Banki mydlane

Ściana tekstu, jak ściana deszczu, nie wiem kogo to wszystko obchodzi, co pałęta mi się po głowie, ale mój blog moje klocki, więc wrzucam.

Oprócz tego życie płynie, w piątek miałam ostatnie zajęcia w szkole w tym roku akademickim, właściwie nie zajęcia, ale pilnowanie studentki piszącej test. W sobotę wstałam raniutko, pogoda całkiem wiosenna, czyli akurat świeciło słońce, cały dom jeszcze spał, kiedy wsiadłam w moją hondkę i popędziłam na zajęcia.

Wczesno poranne kwietniowe słońce, czyli jakby taka mgła słoneczna, zimno, a niby ciepło, domy i trawniki przyproszone złotym pyłem. Puste ulice, bo kolejny dzień protestów paliwowych i wszyscy, co tylko mogli, to zostali w domach. Muzyka w głośnikach, kawka w termosie. Jadę, w środku mnie wznoszą się w górę i pękają malutkie kolorowe wesołe banieczki. Potem cały dzień zajęć, ciekawe i trochę męczące jednocześnie, tym razem było o borderline. Przerwa, kawka, przerwa, kanapki na lunch, siku, znowu przerwa i grupa. Jak zwykle było niesamowicie ciekawie i żywo, choc wykładowczyni podpadła mi jednym małym komentarzem, ale powstrzymałam się z moimi uwagami i nie wdałam się w dyskusję, z czego jestem niesamowicie dumna, haha. (Ja się nie boje kłócic z władza, ale jestem dumna, że się powstrzymałam, bo nie bylo to potrzebne. Uczę sie:).

Niedziela była jak zasłużony odpoczynek, późno wstaliśmy, relaksik, lunch, spacer tylko z Mo, bo Mi zawirusowany w łóżku. A w parku było tak:

Mo nie dala sie namowic na spacer wokół parku, tylko siedziała na drzewie i rysowała.

Znajdź Mo
Wieczorem zrobiła zakładki do książek