Chrzanię wielkanocną kuchnię

Poświąteczne puzzle. Kolejny klient/pacjent się zgłosił i moje godziny zacznają wyglądać jak tetris: pacjenci/klienci, terapia, superwizja, szkoła, zajęcia dodatkowe Mo, od września znowu Amerykanie, których muszę wpisać w grafik, wychodzi z tego ból głowy, a teraz z klientami jeszcze większy. W to popołudnie, które mam akurat wolne w pracy, gabinet jest zajęty przez kogo innego, jeden pacjent pracuje na zmiany, czyli będę musiała rezerwować dwa różne dni i tak dalej. Mi pociesza, że na początku zawsze jest trudno, a ja układam tę układankę starając się mieć wiarę, że się da. Powoli.

Świąteczna zastawa pochowana, dostałam na 50tkę Bolka i już zawsze będzie bolek, na wieki wieków amęt. Lubię, a w dodatku nie mam miejsca na inne uroczyste talerze i miski.

Jedzenie świąteczne furrory nie zrobiło, okazało się, że u mnie w domu wszyscy kręcą nosem na weganski żurek, oprócz męża i mnie,  oraz nie ma amatorów białej kiełbasy – Mo nie lubiła, dziewczyna mojego syna nie je mięsa, Mi wiadomo największy woke w domu. Ciasto pistacjowe to już w ogóle tylko ja wcinam – okazało się, że smak zbyt intensywny dla pozostałych. Tak bywa. Mogłam zrobić bigos, no ale przecież to wielkanoc. Ta wielkanoc to za bardzo nie ma oryginalnej kuchni ani nic ciekawego, w Polsce jeszcze zawsze czekało się na nowalijki, ale teraz to żadna atrakcja, jak ogóry i szczypiory w Lidlu przez cały rok, więc nowości nie robią już stołu. No to co – chrzan?? kurcze blade.

Przez święta łyknęłam Instytut Żulczyka i prawie kończę Czarne Słońca. Instytut taka trochę kryminałka, czytadło, jak na Żulczyka proste, każda postać to stereotyp, ale dobrze wchodzi. Czarne Słońce to literatura odpychająca, dystopijna, nużajaca się w zgrozie i obrzydliwości i musiałam troche odpoczywać po pewnych paragrafach, ale jako czytadło dobra. Taka przerażająca fikcja polityczna, co by było gdyby faszole z kościołem przejęli władzę. Może trochę zbyt blisko rzeczywistości się robi i nie wiem, czy da sie w Pl czytać z dystansem – i tu trochę się cieszę, że nie mieszkam w ojczyźnie ani na łonie. Ojciec Prezydent, my ass.

Hail Mary skończyliśmy i mam mieszane odczucia. Naiwność filmu trochę odrzuca, ale też trochę pociąga – chyba brakuje nam wszystkim takich pozytywnych wizji właśne w tym momencie historii, kiedy tak na świecie się spierdoliło, a demencyjni wariaci robią co chcą. Ale czułam sie troche jak przedszkolak no i kto czytał braci Strugackich, tego Amerykańska wersja obcych nie ruszy. Dla mnie to taki trochę manifest Amerykanów, że jednak można zobaczyć w irakijczyku człowieka – bo tak mi się ten alien kojarzył, taki wytwór pustynni. Takie kino bardziej ku pokrzepieniu serc (no i jak ci obcy mogą latać ale nie znają promieniowania rentgenowskiego ani teorii względności?? Nie rozszczepili atomu??)

Ostatni tydzień zajęć w szkole. Staram się trochę posprawdzać zaległych wypocin, ale już wiem, że nie dam rady wszystkiego. Za to w klasie znowu będziem oglądać Pavee Lackeen i La Haine. I dobrze.