Mam pół godziny zanim muszę pojechać po Mo, to może zmarnuję ją na bloga.
Radosna codzienność, jak pisze Karuzela, objawiła się w sobotę wszami u dziecka. Wykorzystałam tę okazję do obcięcia letnich kolorowych warkoczyków, już najwyższa pora pożegnać się z latem.
W pracy Żmija słodka jak sztuczny miód, kiedy poskarżyłam się na problemy z opieką nad dzieckiem. Żmija ma dwoje i udaje matkę zaangażowana, ale jak wiadomo to taka osoba, która strzepnie ci pyłek z rękawa, drugą ręką wbijając ci nóż plecy, choc pogadać sobie możemy. Tylko trzeba się pilnować, żeby nic nie powiedzieć.
Martwi mnie polexit, nadal nie mieści się w głowie i wydaje się nieracjonalny i niemożliwy, ale Cameron też nie chciał brexitu, tylko wzmocnienia pozycji swojej i partii i obudził się z ręką w nocniku.
Mo wzgardziła własnym pokojem, na razie walczymy, żeby sama spała w swoim łóżku, bo we trójkę nam nieco ciasnawo jednak. Co ją chcemy położyć do jej łóżeczka, to zaczyna chorować. Pewnej więc ciężkiej nocy, kiedy obudziła mnie po raz szósty kręceniem się i zarzucaniem na mnie nog, poszłam spać do pokoju Adka.
Tak wyobrażam sobie niebo.
To jest jakaś cudowna jaskinia snu, tam człowiek po prostu zamyka oczy i otwiera je rano. Dziś śpi tam mąż.
O błogie te chwile, kiedy człowiek w biurze może w cichości ducha pracować! Nie zaprzątając sobie głowy, czy dziecko się wlaśnie nudzi, brudzi, polewa wodą, smaruje plasteliną, włazi na blat w kuchni i staje na paluszkach, żeby sie dostać do słodyczy, krztusi mlekiem z miodem, rośnie sobie goraczkę, przytrzaskuje sobie raczkę (niepotrzebne skreślić).
O te rozkoszne biurowe godziny, z kubkiem goracej herbaty Barry’s Tea, z termosem kawy rozpuszczalnej, ulubionym notatnikiem, z dużym, wygodnym ekranem i szybkim łaczem.
O cudowne momenty, kiedy stoi się na wprost studentówm, na samym środku wielkiej sali i mówi się do nich, albo pyta, albo zawiesza głos, a oni słuchają i widać to po twarzach nachylonych w skupieniu (albo nie słuchają i widać to po głowach zwieszonych nad komórkami), albo odpowiadają, albo czekają na ciąg dalszy (albo się nudzą jak mopsy i idą do toalety) i można chodzić po klasie w tę i z powrotem, jak perypatetyk, monotonnym rytmem kroków porządkując myśli.
Po ostatnim miesiącu tygodniu czuję się jak wełniany sweterek wyprany w 90 stopniach i wyciągnęty z wirówki po 1800 obrotach. Zmęczona, skurczona, pomięta.
Otóż Mo wytrwała całe trzy dni w szkole, w piątek zaczęła trochę kichać, więc odwołaliśmy weekendowe spotkania w parku/galerii/na spacerze, sprytnie kombinując, że potrzymamy ją dwa dni w domu i będzie dobrze, w poniedziałek pójdzie do szkoły.
Nasza naiwność doprawdy nie ma granic.
W niedzielę wieczorem już nie mogliśmy się okłamywać i zaczeły się rodzicielskie negocjacje. ‚Ja naprawdę nie mogę zostać w domu, mam 9 godzin wykładów’, ‚Nie, to ja naprawdę nie mogę zostać w poniedziałek w domu, mam dyżur telefoniczny’, ‚ale ja muszę być w szkole, już w ostatni poniedziałek byłam w domu i musiałam organizować wykłady online!’, ‚ale ja mam NOWĄ PRACĘ i jestem na okresie próbnym!’, no i oczywiście wypadło na mnie. Napisałam maila do managerki, że naprawdębardzoprzepraszamniestety, tym razem córka jest chora, muszę zostać w domu, więc albo znajdzie kogoś na zastępstwo, albo musimy jechać po bandzie, czyli wprowadzać broadcasting – jestem w domu, studenci w klasie i gadam do nich z wielkiego ekranu. (I tu mi brakuje emotikonki kobiety z ręką na twarzy).
W poniedziałek miałam dziewięć godzin wykładów, z sześcioma różnymi grupami.
Moja menagerka nie zauważyła maila w niedzielę, więc w poniedziałek rano studenci siedzieli sami w klasie czekając, aż się pojawię na ekranie, jak ich poinformowałam w mailu o drugiej w nocy, kiedy obudziła mnie myśl, że powinnam to zrobić. Ja w tym czasie siedziałam w domu przed ekranem czekając, aż mnie ktoś włączy w klasie. (Mo siedziała w pokoju na dole, oglądając głupie bajki). Wreszcie jeden sprytny student otworzył zooma na komórce i dowiedziałam się, co się dzieje. Dzwonię do szkoły. Recepcja przełącza mnie do adminów, którzy nic nie wiedzą. Dzwonię to IT, które też nic nie wie. Wysyłam smsa do menagerki, która w końcu osobiście przychodzi do klasy i ustawia broadcasting. Właśnie mineło pół godziny zajęć, zaraz kończymy. Może to i dobrze, bo mogę tylko przemawiać, bo kiedy studenci próbują odpowiadać, słychać ogłuszający pogłos.
Kończy się pierwsza godzina, jeszcze przede mną pięć.
W kolejnej klasie managerka włącza wprawdzie sprzęt na czas, ale kamera nie działa, muszę mówić do czarnej dziury, nie wiedząc nawet kto siedzi w klasie i czy w ogóle siedzi. WIem, że jest managerka, bo to ona przecież podłączyła sprzęt i ma mnie na podsłuchu (gdzie jest ta emotikonka kobiety z ręką na twarzy???).
I tak jeszcze trzy razy. Trzy klasy. Trzy grupy. Trzy razy cyrk do kwadratu. W dziesięciominutowych przerwach sprawdzam, czy dziecko żyje (tak), czy czegoś nie chce (chce mamy) czy jest głodne (tak, wyciągam jogurt i bułkę, chyba wytrzyma do pierwszej na suchej karmie) i biegnę na górę. Wreszcie mam godzinę przerwy. Karmię siebie i dziecko, idę siku, robię sobie herbatę. Wracam do sypialni do pracy. Jeszcze tyko dwie godziny z kolejną grupą i wraca z pracy Mi.
Czekam na męża. Nastawiam obiad, zjadam obiad, dziecko nie chce jeść, mąż przychodzi o 5.30. Wyruszam do szkoły na dalsze trzy godziny. Jestem pięć minut spóźniona, w klasie czeka na mnie managerka, która włączyła już broadcasting i nie może mnie znaleźć na zoomie. (facepalm facepalm facepalm). Wyjaśniam, że pisałam jej, że potrzebuję zajęć online tylko z dziennymi, na wieczorowych mogę być osobiście. Zaczynam wykład. Włączam Zooma, bo w klasie jest połowa roku, druga połowa online. (W dobie koronawirusa szkoła dała studentom wybór formy uczestniczenia na zajęciach).
Jest dobrze. Jeszcze tylko ostatnie półtorej godziny, tym razem online, ale, że już jestem w szkole i nie mam możliwości dotrzeć do domu na czas, prowadzę zajęcia w budce telefonicznej. Nie żartuję, proszę bardzo:
Tydzień temu ze stresu nie mogłam mówić, teraz już mnie nic nie rusza. Siedzę w trumnie i gadam do studentów. Przynajmniej ich widzę i słyszę.
To był poniedziałek. A potem wtorek środa czwartek piątek.
We wtorek myślałam, że w środę pójdzie do szkoły, a w czwartek myślałam, że w piątek to już na pewno, ale kiedy rano spakowałam już jej plecak okazało się, że nie może otworzyć jednego oka. Infekcja. Nawet się nie pytajcie o piątek, wspomnę tylko, zapłaciłam 50 euro za dwie taksówki, którymi Mo przejechała pół miasta i z powrotem, 60 euro za telefoniczną poradę ‚proszę przemywać oko ciepłą wodą i zakrapiać tymi kropelkami, które już pani ma, a jakby się pogorszyło pojechać na pogotowie’ i ‚a tak przy okazji, to proszę zrobić test na koronawirusa, bo inaczej dziecko przez 10 dni nie będzie mogło wrócić do szkoly’ (przypominam, że tydzień temu robiliśmy dwa testy, bo była na kwarantannie), wróciłam do domu z Mo i jej kolegą na spektrum autyzmu, żeby się odwdzięczyć jego mamie, która zaopiekowała się Mo przez 4 godziny, które ja spędziłam w pracy, potem wrócił Mi z pracy i zabrał nasze dziecko do testing centre, żeby zrobic ten cholerny test, a dzieciak koleżanki został ze mną.
Wczoraj rano było więc lusksusowo, bo Mo była po prostu z tatą, kiedy miałam dwa wykłady z zaocznymi.
Znowu lekcja muzyki dziecka. Pół godziny relaksu w słońcu dla mamy.
Siedzę sobie nad Dublinskim kanałem, oglądam łabędzie, woda w śluzach szumi, samochody stoją w korku. Jesienne słońce przypieka, pogoda w sam raz na żółte spodnie, na które nie będzie już niedługo sposobności.
Dziś pierwszy dzień bez dziecka w domu, bo po odsiedzeniu w domu przepisowych 12 dni dostało wczoraj wynik negatywny i mogło pójść do szkoły! Na grupce rodziców tańce, hulanki, swawola, huczne celebracje powrotu do szkoły.
Tym razem odpuściłam zupełnie naukę zdalną. Nienawidzę nauki zdalnej, a Mo chyba jeszcze bardziej. Na fali bycia dla siebie dobrą, postanowiłam olać zadania szkolne. Zamiast tego codziennie rano przez pół godziny czytałyśmy po angielsku, a potem grałyśmy w rymowanki po polsku.
Wiecie, że po polsku łatwiej się nauczyć czytać? Prawie zawsze czyta się tak, jak jest napisane, język angielski to przy tym ciężka jazda. Np ‚hen’ czyta sie ‚hen’ ale już ‚heap’ czyta się ‚hip’, tak samo jak ‚hip’. ‚Peep’ czyta się ‚piiip’, ‚pip’ też się czyta ‚pip’, tylko krótsze i. Z wrodzonego lenistwa wkładam dużo wysiłku w czytanie z Mo, bo wkrótce będę miała dziecko z głowy, kiedy samo zacznie czytać. Choć w przypadku Adka nie do końca się to udało, do dziś czyta mało i bardzo bardzo powoli, ale za to WSZYSTKO pamięta.
Po czytaniu miałam czas na własną pracę, ale nie mogę się pochwalić zbyt dużymi sukcesami na tym polu. Bajki lecące w tle skutecznie mnie dekoncentrowały.
Na pewno nie byłam nią od samego początku, choć już gdzieś tam musiało czaić się to szaleństwo poświecenia, to paradoksalne ‚im mam się gorzej, tym lepiej’, to wypruwanie sobie żył i słynne ‚dam radę. Pewno, że dam!’
Niestrudzenie wymyślam codzienny tor przeszkód, szczurzy labirynt, klatkę drucianej matki, której nie powstydziłby się Harlow w swoim laboratorium i batożę się w duchu, kiedy opadam z sił.
Aż wreszcie coś mi zaświtało w głowie, zapukało w czaszkę, jak pomysłowemu Dobromirowi i postanowiłam BYĆ DLA SIEBIE DOBRA.
I tak trzy tygodnie temu odmówiłam swojej menagerce, kiedy próbowała mi wcisnąć jeszcze cztery przedmioty (a każdy to hohoho! dodatkowej kasy). Wzięłam tylko dwa, ale wyrzuty sumienia zżerały mnie od środka jeszcze przez dwa tygodnie. Potem jeszcze odrzuciłam oferte jednej szefowej zakładu, a potem wystarczyło tylko postawić się w moim drugim Uniwerku i stanowczo powiedzieć, że nie wezmę 47 studentów, jak grupy mają być trzydziestoosobowe. Nadmienię tylko, że mam już obłożenie godzinowe na cały etat i dodatkowe zajęcia na innym Uniwerku. Lata ledwo co wiązania końca z końcem najwyraźniej wyrzeźbiły głębokie bruzdy w płacie czołowym.
Ale jednak postanowiłam być dla siebie dobra.
Nie wiem, co było impulsem, może terapia, a może choroba, a może wreszcie po prostu do tego dojrzałam i tak oto wczoraj również dotarło do mnie – eureka! – że jechanie do pracy na 9, siedzenie tam do 16 z czterema godzinami wykładów po drodze, odebranie Mo o 16.30, przywiezienie jej do domu o 17, poczekanie na męża do 17.30 i ponowna podróż do pracy, by zostać tam do 21.30 z trzema godzinami wykładów dla wieczorowych, a wszystko na rowerze, tam i z powrotem, tam i z powrotem dwa razy, 24 km, to już chyba lekka przesada, nie?
Postanowiłam zatem być dla siebie dobra i załatwiłam, że Mo zostaje godzinę dłużej w świetlicy.
Patrząc na dostojny budynek i zgromadzonych rodziców, poczułam się jak w tajnym klubie ludzi kulturalnych, do którego wcześniej nie miałam dostępu. Bo słoń mi nadepnął.
Mo chodziła do szkoły tydzień. Zaczęli 6 września, bo nie wyrobili się z remontem. Nie żartuję.
W niedzielę dostaliśmy wiadomość, że zamykają klasę, bo jedno dziecko jest zarażone.
W poniedziałek wieczorem okazało się, że ponieważ wydział zdrowia nie skontaktował się ze szkołą, wszystkie dzieci mogą wrócić do szkoły od środy. Oprócz tego, co ma wynik pozytywny, oczywiście.
Na WhatsApp bulgocze wulkan. Jedni rodzice umówili test już w niedzielę, inni w ogóle się zastanawiają, czy jest sens, jeszcze inni czekają na kontakt lokalnego wydziału zdrowia, który przeważnie wysyła smsy z terminem testu. Ale nie tym razem. Rodzice dziecka, które latem przechorowało covid panikują, pojechali go przetestować i im odmówiono. Nie rozumieją dlaczego ;D Anty-covidowcy siedzą cicho.
Nikt nic nie wie.
We wtorek są już trzy przypadki w klasie, ale dostajemy wiadomość, że zostają w domu tylko te dzieci, które siedziały przy stole z dziećmi zarażonymi. Reszta wraca do klasy. Mo siedziała z zarażaczem, więc zostaje w domu. Trafia mnie jasny szlag.
Na szczęście jesteśmy zaszczepieni, więc Mi może chodzić do pracy. Kwarantanna ma trwać 10 dni od ostatniego dnia kontaktu, w trakcie trzeba zrobić test dnia piątego i dziesiątego. Bez negatywnego wyniku Testu Dnia Dziesiątego, dziecko musi siedzieć w domu całą wieczność cztery dni dłużej. Przeważnie wszyscy robią Test Dnia Dziesiątego.
Dziś kolejne dziecko ma wynik pozytywny i wydział zdrowia zamyka całą klasę. A te dzieci, które miały szczęście i dziś są w szkole, mają być jak najszybciej odebrane. I jeśli między nimi jest jakieś dziecko, które otrzyma wynik pozytywny, kwarantanna liczy się im od jutra. Cieszę się, że Mo została w domu.
I tak to mamy drugi tydzień szkoły. W domu. Ja zaczynam zajęcia od poniedziałku, a cały misterny plan jak to spokojnie zdążę ze wszystkim (no wiecie, rano kawka, potem blogi, a potem spokojnie sobie popracuję) poszedł do lasu. Mo znowu pół dnia ogląda bajki, a ja mam wyrzuty sumienia.
Piszę do managerki, czy mogę mieć w poniedziałek wykłady online, czy znajdą zastępstwo.
W klasie jest 28 dzieci. Pocieszam się, że skoro ośmioro już ma/miało covid, to jeszcze tylko najwyżej 20 razy;D
W sobotę Dublin w słońcu był mój. Jechałam na egzamin z teorii jazdy przez całe miasto, a potem jeszcze w poprzek, ze wschodu na zachód i z powrotem, z północy na południe. Siedziałam na samej górze double deckera (który jest tak samo charakterystyczny w Dublinie, jak w Londynie) i oglądałam sobie moje miasto z góry.
Najpierw przez moją dzielnicę, jeden z pierwszych wielkich projektów budownictwa socjalnego, rozpoczęty w latach 1950 jako odpowiedź na tragiczny stan starych angielskich kamienic w centrum Dublina, gdzie od ponad stu lat mieszkała w czynszówkach Irlandzka biedota gnieżdżąc się w paręnaście osób w pokoju z wychodkiem na zewnątrz. Niewiele osób wie, że jednym z powodów ambitnych planów mieszkaniowych młodego państwa był strach przed komunistyczną rewolucją i owa obawa, że Dublińska klasa pracująca rozpocznie skuteczny przewrót polityczny sprawiła, że rządzący zgodzili się na ogromne inwestycje w budownictwo socjalne w latach 1930-1970. Dziesiątki tysięcy ludzi dostało wtedy własny kąt, a mały domek 2-up-2-down, z dwiema sypialniami na górze i dwoma pokojami na dole, stał się popularnym elementem krajobrazu miejskiego w Irlandii. O, taki:
W jakim i ja mieszkam.
Po paru minutach wjechaliśmy do starszej części miasta, kawałeczek dalej jest teren Guinnessa, który w roku 1795 ten skuteczny przedsiębiorca wydzierżawił od miasta za grosze – czyli 45 funtów na rok – na 9000 lat! Skręciliśmy w lewo, przejechaliśmy przez most na rzecze Liffey i naszym oczom ukazał się obrazek znany z tysięcy pocztówek:
Szeroko rozlana rzeka, przecinająca miasto na biedną północ i bogate południe, otoczona niziutką, najwyżej trzypiętrową zabudową, ze sklepami i biurami na parterze. Nisko, płasko, szeroko. Dwie najważniejsze arterie miasta – na wschód, po północnej stronie rzeki i na zachód, po południowej – łączą port i największy park Europy.
Ale my skręciliśmy w lewo, minęliśmy handlowe serce miasta – O’Connell Street, Henry Street, St. Mary Street – i wjechaliśmy w biedniejszą dzielnicę starych czynszówek, dirty old town, gdzie dziś zamiast rdzennej Irlandzkiej biedoty, służących, kwiaciarek i ulicznych sprzedawców, częściej mieszkają imigranci: Chińczycy, Pakistańczycy, Hindusi i oczywiście Polacy. Po prawej Summerhill, jedna z najbardziej zaniedbanych i niebezpiecznych dzielnic centrum Dublina, z ogromną przestępczością i problemem narkotykowym. Tylko trochę dalej po prawej, ale niżej, bliżej rzeki, usadowiły się nowe inwestycje Google, eBaya, Facebooka. Biurowce i błyszczące, szklane apartamenty, które można wynająć za dwa tysiące euro dzieli tylko dziesięć metrów asfaltu od starych, rozpadających się czynszówek i mieszkań komunalnych.
Jedziemy dalej. Dublin jest karłowaty, rozlany, płaski, ciągną się rzędy identycznych – starszych, trochę droższych, bo większych i bardziej przestrzennych, po-angielskich domów:
I nowszych, robotniczych, tańszych, mniejszych, o prostej, wręcz purytańskiej konstrukcji, pokłosie wielkiego budownictwa społecznego ubiegłego wieku:
Większość z tych domków jest już w rękach prywatnych, a ich cena często znacznie przekracza 300 tys euro! (oczywiście zależnie od dzielnicy).
Rzadko jakiś budynek jest wyższy niż trzy piętra, najsłynniejsze blokowisko w Ballymun (o którym śpiewało U2 w tej piosence) zostało właśnie niedawno zburzone.
I tak jechaliśmy i jechaliśmy, ja z przodu, na samej górze wysokiego, trzęsącego Dublińskiego autobusu, sama, ciesząca się tą sobotnią samotną podróżą, a poniżej tłumy Dublińczyków, zdążających na mecz Gaelic Footbal, pierwszą imprezę masową od-nie-wiadomo-kiedy, korzystających z ostatniego jesiennego słońca, ucieszonych, roześmianych, zmęczonych, zabieganych, zrelaksowanych, z rodzinami, flagami, wózkami, gołymi nogami i w krótkich rękawkach.
Przyjechali. Zostają dziesięć dni, będą ‚brudzić i budzić’ jak mówi Mi. (Jeszcze dwa dni temu wysprzątałam cały pokój, nie był tak czysty chyba od przeprowadzki.) Ale i tak się cieszymy. Mo spędziła z nimi cały wieczór w pokoju, oglądając bajki na łóżku z Renią.
Przez prawie dwa miesiące szwendali się po Europie, zazdroszczę im takich wakacji. Skończyli w Londynie, gdzie, jak mówią, ‚nie ma żadnego wirusa’ i wszystkie kluby i bary pootwierane. Londyn ich oczywiście zachwycił i zaczarował, jak potrafi to zrobić z każdym młodym człowiekiem. A młody Irlandczyk to już w ogóle nie ma szans, żeby się temu miastu się oprzeć. Wszyscy mówią po angielsku i wszyscy kochają Irlandczyków. Teraz, bo kiedyś różnie z tą miłością bywało, oczywiście.
Przyjechali razem, mimo, że Renia już nie ma, jak to się mówi, ‚interesów życiowych’ w Dublinie, bo jest z Irlandii Północnej, tutaj tylko studiowała. Ale są teraz nierozłączni, rozumiem, że chcą jeszcze ze sobą pobyć zanim Adek wyjedzie do Bonn.
W sierpniu do Wrocławia przyjechały ich dwie koleżanki. Mieszkali wszyscy w AirBnB, u dziadków byłoby ciasno, a u wujka daleko od centrum, ale Adek chciał jeszcze się zobaczyć z dziadkami i wymyślił, że przyjdą do nich i ugotują im obiad. Przewidując możliwe katastrofy, odwiodłam go od tego pomysłu, więc postanowił zaprosić dziadków do restauracji na obiad z koleżankami.
Był to najbardziej osobliwy obiad na jakim byłam.
Adek, trzy jego koleżanki Irlandki (jedna z pochodzenia Łotyszka, co jest istotne dla dalszej części historii), moi rodzice i ja. Babcia w ogóle nie zna angielskiego, dziadek trochę rozumie, choć słabo mówi. Miałam dojechać godzinę później, ale kiedy przyjechałam, dziadkowie jeszcze się ubierali, a Adek im pomagał. Bardzo się ucieszył, że jestem. Dziewczyny już były w restauracji i jadły zupę.
Kiedy dotarliśmy, dziewczyny były po zupie i pierwszym drinku. Babcia zamówiła pierwsze i drugie danie, my tylko drugie. Dziewczyny zamówiły po drugim drinku. Babcia jadła zupę. Dziadek, który rzadko pije, zamówił piwo. Babcia jadła zupę. Ja zamówiłam drinka. Babcia zapomniała lekarstw, więc pobiegłam po nie do domu. W międzyczasie przynieśli danie główne. Dziadkowi nie smakowała wątróbka z koniakiem i stwierdził, że kiedyś jak się szło do knajpy to jedzenie było jak domowe i można było się najeść, a teraz cudują. Z tego wszystkiego zamówił drugie piwo. Babcia zaczęła śpiewać po polsku improwizowaną piosenkę pt. ‚siedzimy sobie tutaj wszyscy i bardzo się cieszymy’, rozedrganym, modulowanym głosem z Lwowskim akcentem. Dziadek opowiadał o swoich studiach w Moskwie i wykładowczyni z Łotwy, która się nazywała tak i siak. Pytał się, czy koleżance Adka coś mówi to nazwisko. Nie mówiło. Babcia przestała śpiewać. Dziadek zamówił trzecie piwo. Dziadek zaczął dyskusję, jaki to język angielski jest brzydki, nie to co śpiewny język rosyjski. Zaczał śpiewać ‚na stiepach za dikim Bajkałom..’. Dziewczyny zamówiły trzeciego drinka. Dziadek zamówił czwarte piwo i zaczął śpiewać narodowowyzwoleńcze pieśni radzieckie. Ja zamówiłam drugiego drinka. Dziadek zaczął namawiać Adka, żeby śpiewał razem z nim.
Impreza miała jeszcze duży potencjał, kiedy zarządziłam opuszczenie restauracji. Koleżanki dobrze się bawiły. Adek zapłacił za wszystkich. Wydawał się bardzo kontenty z przebiegu całego wyjścia. Jestem dumna z mojego syna.