
Chłodniemy atmosferę miasta, w duszne, sierpniowe popołudnie ostatnie chwile z Kafka na kawce pod hiszpańską synagoga.

Chłodniemy atmosferę miasta, w duszne, sierpniowe popołudnie ostatnie chwile z Kafka na kawce pod hiszpańską synagoga.
Byłam już w Pradze wcześniej, może ze dwa razy, ale nie zrobiła na mnie tego szczególnego wrażenia.
A teraz się zakochałam! Chciałabym tu zamieszkać. Ma wszystko, co jest mi potrzebne do życia i na dodatek trochę luksusu. Cudny klimat, urodę i bliskość do mojego miasta rodzinnego. Fantastyczny transport.
Dziś poszliśmy na wzgórze Petrin, zgodnie z sugestiami Salmiaki. Na Strahov nie dotarliśmy, ale oglądaliśmy sobie cała Pragę z wieży.
-Teraz się zakochałaś? Nie mogłaś wcześniej? – mówi Mi – Teraz już za późno.
Za późno. Już nie wywroce życia do góry nogami dla tej miłości.
Žižkov, pokój na drugim piętrze w pensjonacie. Duszno. Z okien klatki schodowej widać stadion Viktorii Žižkov.
Leżymy we trójkę na łóżku, zmęczeni górami i podróżą. Jest trochę ciasno, bo łóżko dwuosobowe. Bolą nogi, jesteśmy też trochę niewyspani. Te wszystkie zachody słońca i rozmowy przy ognisku zawsze kończą się później, niż się planowało.
Właśnie wróciliśmy z wieczornego spaceru i przejażdżki tramwajem. Udało nam się coś zjeść w japońskiej restauracji, a z tym jest zawsze problem z weganem, niejadkiem i moją wariacka dietą. Żałuję, że nie ma czajnika w pokoju, bo mam ochotę jeszcze na gorąca herbatę. Bez herbaty nie umiem żyć.
-Z Tobą mogę wszystko i wszędzie – mówi Mi.
A tyle się zdarzyło.

Doszliśmy do chatki, gdzie ani prądu, ani bieżącej wody. Ognisko, podziwianie zachodu słońca i pełni księżyca, nocleg na strychu za piecem, a dziś ruszyliśmy dalej. Górami do Czech, a potem autobusem do Pragi.
Znowu jedziemy. Trochę wyprawa w nieznane, a trochę znane. W góry, śpimy w chatce bez prądu, właśnie tej, gdzie raz w roku wódkę z gwinta, co zwodzi jak zachód słońca.
Ale tym razem nie możemy dać się zwieść, bo musimy przejść granicę górami i pociągiem dostać się do Pragi. A potem dalej, tam, gdzie się robi bardzo śmierdzące sery – Olomoucké tvarůžky. Na inną chatę, zaprzyjaźnionego Czecha.
Idziemy z dzieckiem i plecakami, jedziemy pociągami, autobusami i na piechotę. Przygoda i niewygoda (czy nie jestem za stara na takie atrakcje?).
Ale chcę pokazać Mo magię lasu o świcie i rozkosz kąpania się w strumieniu. Ognisko i gwiazdy. Wypalić w jej duszy wszystkie te kiczowate obrazy, które potem śnią się ludziom przez resztę życia.
Jeszcze zdążyliśmy trochę się nacieszyć:

Pływaliśmy codziennie, czasem dwa razy dziennie.
Mo slaba i chudziutka, ale z każdym dniem lepiej i przez ostatni trzy dni chodziła z nami. Wprawdzie musieliśmy podjeżdżać do morza samochodem, albo meleksem, ale choć na chwilę była na plaży. Tylko w ostatnim dniu przeszliśmy się moja ulubiona ścieżką przez las do dzikiej plaży.
Przeżyła ‚najgorsze urodziny’, na których nie mogła nawet spróbować ciasta.
A dziś jedziemy dalej.
Rotawirus nad morzem.
Siedzimy w pokoju, w pensjonacie, cała noc rzygala co pół godziny, musieliśmy mieć zapalone światło, żeby trafiać do miski koło łóżka. Teraz już tylko gorączka i biegunka.
A wokół pachnący sosnowy las, za którym przepiękny Bałtyk.
W ten nudny, gorący wtorek poszliśmy biegać. Było tak duszno, że ruszałam się jak mucha w smole i sapałam jak lokomotywa, a czas mieliśmy najwolniejszy od pół roku. Ale – jak to mówią – i tak zwyciężyliśmy, bo poszliśmy. Pobiegliśmy.
Czas mi w wakacje tak okropnie ucieka, że w środę nie mogłam w nocy spać, bo budził mnie resentyment (‚moi koledzy i koleżanki, już zostali profesorami i profesorkami’) oraz poczucie winy, że a) nie pracuję wystarczająco nad projektem i już nigdy nie będę umiała dobrze pisać po angielsku oraz b) ze wszystkich zaplanowanych prac remontowo-dekoracyjnych, na które nigdy nie mam normalnie czasu, przyczepiłam tylko kominek, c) marnuję swoje życie.
Z tego wszystkiego w środę, kiedy Mo poszła na urodziny do Camerona, jak siadłam do roboty, to się ocknęłam dopiero kiedy Mi przyszedł z pracy. A na wieczór dołożyłam sobie sufitem.
Sufit już dawno miał zostać pomalowany, bo widniały na nim plamy z przeciekającej łazienki, która jest umiejscowiona tuż nad dużym pokojem. Kafelki prysznicowe sześć tygodni temu zostały naprawione na klocki lego, a w dużym pokoju nad głowami ciągle jeszcze straszyła mapa świata w kolorach sepii. Ale nareszcie mogę odtrąbić zwycięstwo – mapa zniknęła bowiem pod grubą warstwą białej farby (a raczej primera do sufitów), a ja czuję satysfakcję z dobrze wykonanej, nikomu nie potrzebnej – bo kto normalny patrzy na sufit? – pracy.
Pokój Adka nadal nie ujarzmiony.
Na razie postanowiłam go przechytrzyć – zamówiłam 10 kartonów i mam zamiar tam to wszystko powsadzać. I wysłać w kosmos. (Zorganizować sprzedaż garażową? Wysłać Adkowi do akademika w Bonn? Postawić w pokoju i czekać aż znikną w innym wymiarze?). Nic bym z tym nie robiła, gdyby nie to, że muszę go odgruzować, bo siedlisko owe ma przejąć Mo, która obecnie śpi ze mną w moim łóżku i nie bardzo chce się przenosić, bo w tym wygodnym dla siebie układzie nie dość, że ma mamę pod bokiem, to cały nasz dom traktuje jak swój prywatny gabinet i człowiek się wiecznie potyka o jej arcydzieła porozrzucane wszędzie. Własny pokój ma być w tej sytuacji łapówką. Ale muszę go odgruzować, pomalować i upiększyć.
Dziś Mo siedzi sobie przy stole i coś tam skrobie: – ojej, jakie piękne, co to jest? Co jest tutaj narysowane? – Mo z pogardą wobec mojego braku obeznania w sztuce – To się nazywa ‚sketching’!
Jak widać jestem co najwyżej malarzem sufitowym.
Żaden inny tytuł nie pasuje, bo to taki zwykły sobie dzień, taki właśne wtorek. Ani to pełen wyzwań poniedziałek, ani też relaksujący piątek, środkowa środa, po której już bliżej niż dalej, tylko właśnie tak: wtorek.
Zabieram się do sprzątania pokoju Adka/Mo jak pies do jeża, albo rolnik do pisania książki. Samo sprzątanie nie jest takie trudne, ale zaraz za rogiem piętrzą się decyzje ‚a co zrobić z książkami?’, ‚A co zrobić z zeszytami Adka?’, ‚A szachy szklane? A gry na CD?’. Zapytałabym się Adka, ale ma jutro egzamin, więc dam mu dziś spokój. Najprościej byłoby mieć piwnicę albo duży strych i wszystko tam zanieść, a potem odkryć to po 20 latach, jak Adka dzieci będą robiły projekt do szkoły. Ale nie mam wnuków ani piwnicy, a strych by wymagał najpierw zamontowania podłogi, żeby można było na niej postawić pudła z tymi wszystkimi rzeczami, które są zupełnie niepotrzebne, ale wydają się takie ważne i nie można się z nimi rozstać. Zaraz po rzeczach Adka są prace Mo, które już zaczęły zajmować przestrzeń pod biurkiem. Trzeba je przejrzeć, podpisać, niektóre zostawić, resztę wyrzucić, jeśli nie chcę mieć w domu muzeum. Jak o tym myślę, to już mi się robi słabo, moje dzieci są takie kreatywne. I takie przywiązane do swojej twórczości.
Ale może to wszystko przez abberacje pogodowe. Wczoraj temperatura doszła do 33 stopni, absolutny rekord wszechczasów dla Irlandii. Dziś już niby mniej, ale jest duszno i burzowo. Siedziałabym tylko w fotelu i czytała książkę.
Termometr pokazuje 29 stopni, a jeszcze nie powiedział ostatniego slowa. Takie rzeczy nie wydarzają się w Irlandii, wiec czuję się jakby w alternatywnej rzeczywistości. Mam wolne, ale nie jedziemy nad morze – pespektywa tarabanienia się pociągami i autobusami w takim upale nie zachęca. Honda stoi na podjeździe i się uśmiecha, nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła po prostu do niej wsiaść i pojechać, nie oglądając się na rozklady jazdy i nie nosząc bagaży jak wielbłąd na plecach.
Wczoraj założylam się z Moja Ulubioną Sasiadką, że na Boże Narodzenie 2022 będę miała prawko i jedziemy nad morze na świąteczne pływanie, które wygląda tak:

Nie, zdjęcie nie oddaje potwornego zimna wody i powietrza.
Ale jeśli ja będę miała prawko, to ona wejdzie do lodowatej wody. Stoi.
Siedzimy w domu, bo nawet w ogrodzie praży, a ja w dodatku postanowiłam sobie popracować – nie skończyłam jeszcze tego, co miałam skonczyć, a co mi idzie jak po grudzie. I nie umiem używać komputera na dworze w upale. Mo oglada filmiki na Youtube, ostatnie trzy dni polkolonii byla chora, więc za dużo nie popracowałam.
Myślę o synu – Adek ma w środę ostatni egzamin, a we wtorek w Bonn ma byc 37 stopni. Jego malutki pokoik w akademiku zamieni się w saunę. Dzwonię:
-Jesli chciałaby pani porozmawiać z Adkiem, to proszę zadzwonić na mój numer, bo zamieniliśmy się telefonami – mówi Ren.
Własciwie to wole rozmawiać z Ren, bo przynajmniej czegos sie dowiem. Czy Adek sie denerwuje? Jak sie czują? Czy jest bardzo gorąco? Czy Adek już jest załamany, leży w głębokim dole i mówi, że jest głupi? To wszystko w normie.