Nie chce misie

Taki miałam przeokropny dziś dzień niechcemisienia! Od czasu pracowej afery straciłam chyba motywację, naprawdę próbowałam się dziś zmusić do CZEGOKOLWIEK – w końcu od poniedziałku zaczynamy – ale moja głowa wymyślała co chwilę jakąś inną wymówkę. Naprawdę nikt tak człowieka nie udręczy, jak on sam się potrafi.

Dzień zaczął się o piątej rano okropnym snem, w którym palił mi się komputer, a jedna pracowa koleżanka, która reprezentuje zawód, na który chcę się przekwalifikować, pomagała mi go gasić. Nie trzeba być psychoanalitykiem, żeby go rozkminić, sen prosty jak budowa cepa. Po tym śnie nie mogłam spać, oczywiście, zasnęłam w końcu pół godziny przed budzikiem. A potem cały dzień się snułam, a żeby to jeszcze naprawdę coś się teraz działo! A to już dawno po sprawie, nawet udało mi się podpisać dwa dni temu nowy kontrakt, lepszy niż stary, ale oczywiście nie tak dobry, jak się spodziewałam, a już oczywiście zadręczałam sie, że pozamiatane. Czyli niby wszystko dobrze, to dlaczego mi tak mizernie? Straciłam serce do tej pracy.

I gdyby nie popołudniowy bieg (5.5 km), można by ten dzień naprawdę wyrzucić do kosza.

Przesądy

Chyba zacznę wierzyć w przesądy, jak Taka jedna. Odmówiłam w zeszłym roku prowadzenia jednych zajęć na uniwerku – bo tak byłam zajęta – voila! w tym roku połowa moich godzin w głównej pracy znika. Finansowo byłaby to katastrofa, gdyby nie to, że Mi ma dobrą pracę, więc przeżyjemy.

Ale co to za życie?;)

Mo znowu w domu, bo byłyśmy rano na badaniu oka, a trudno czytać w klasie po atropinie.

Nie mogę się zabrać za skończenie artykułu, ta niepewność bytu mnie od trzech tygodni dekoncentruje.

Ale może to tylko wymówka:D

Cała ta sytuacja spowodowała jednak, że zaczęłam myśleć o zmianie kariery, na co nigdy nie zdobyłabym się w spokojnych czasach. Nie koniecznie oznacza to zupełną zmianę kierunku, tylko raczej rozwój w trochę inną stronę. Zobaczymy.

Trzymajcie kciuki.

Piękni dwudziestoletni

I na to wszystko przyjeżdża wesoła ekipa dwudziestolatków, hej!

Najpierw przyjechał jeden. Zaparkował precyzyjnie tyłem na podjeździe – teraz już zwracam uwagę na takie szczegóły! – i stoi na deszczu, prowadząc uprzejmą konwersację ze mną, panią w średnim wieku, jakby nie było. Wysoki, przystojny, uprzejmy, nie, bardzo dziękuje za herbatę, poczeka na mojego syna siedząc sobie w aucie, zamówił sobie nawet takeawaya, żeby mnie kłopotać, tylko czy mogę mu pożyczyć widelec? Mój syn, jak to on, oczywiście spóźniony, przyjeżdżają z En. i Za. półtorej godziny później.

Wracają z dziesięciodniowej włóczęgi po zachodniej Irlandii, pod koniec której mieli nocować u nas, ale wiadomo, covid, więc co tu teraz zrobić. Ceny noclegów w mieście oszalały, 70 euro za noc. Dużo jak dla studenta.

Leje coraz bardziej. Stoją na dworze we czwórkę i prowadzimy debatę. Mieli nocować w namiotach w ogrodzie, ale teraz jest mi ich szkoda. Strumyki deszczu spływają po kapturach i twarzach, cieńkie kurtki wyglądają na coraz bardziej przemoczone. Mokną im buty i spodnie.

Czy zgodziłabym się, żeby przenocowali. Czy myślę, że się zarażą.

Chcą jeszcze pozwiedzać Dublin, zostawili już część ekipy w pubie na Temple Bar.

Więc co myślę.

Zaczęło się

Zwiariuję z tym covidem.

Oczywiście Mo chora. Nie pomogło moje okłamywanie się i zaprzeczanie rzeczywistości (a może bezobjawowo przeszła przede mną?), w piątek o 10 rano telefon ze szkoły. Źle się czuje, ma gorączkę i ‚proszę jak najszybciej odebrać dziecko’. Mi na zebraniu, z którego nie może się zwolnić, ja z covidem, ale już sześciodniowym, na jedynym, najważniejszym spotkaniu online na którym management przeprasza nas za kompletne olewanie od dwóch miesięcy i wystawienie pod pręgierz medialny. No ale co było robić, założyłam maseczkę, wzięłam taxi, poprosiłam o otwarcie okien i pojechałam po dziecko. (Na marginesie: choćby z powodów humanitarnych powinni mi pozwolić zdawać ten egzamin na prawko, nie sądzicie?)

W domu Mo spektakularnie rozwinęła temperaturę 39.5, wtedy przestałam mierzyć i dałam dziecku Calpol. I nagle do mnie dotarło:

Zaczęło się.

Pierwszy tydzień i siedzimy chore w domu.

Ja tego nie wytrzymam!

W histerii nie dała sobie zrobić testu, Mi chwycił się umierającej nadziei ‚a może to jednak coś innego? Jest mnóstwo innych wirusów’. Jakby to było coś innego, to może poszłaby w poniedziałek do szkoły. Jak covid, to tydzień w domu. Tydzień, który już powinnam przeznaczyć na pracę. Tydzień, kiedy będę znowu stawać na głowie, żeby nie oglądała durnych jutubów i tiktoków na okrągło, nie grała na telefonie, koszmarny tydzień nerwówki i poczucia winy. Mojego stresu i wyrzutów sumienia.

W końcu późnym wieczorem zgadza się na test.

Covid jak w mordę strzelił.

Piszę wiadomość na klasowym WhatsAppie i wyobrażam sobie wkurzenie rodziców, że miałam covid i puściłam dziecko do szkoły. Przekonuję siebie samą, że (1) zrobiłam jej test w środę, była negatywna, (2) nie miała żadnych objawów (aż do teraz), (3) obecnie nie ma zaleceń, żeby trzymać ‚bliskie kontakty’ w domu.

Niech mnie ktoś obudzi wiosną!

Dzień czwarty

Lepiej. Objawy (ku pamięci) to bardzo mocne przeziębienie i ogromne osłabienie. W nocy nie spałam z powodu kichania, przez cztery godziny nie mogłam przestać. Lekki ból gardła. Brak kaszlu i gorączki.

Zadzwoniła szefowa, ściągają mi 1/3 godzin z planu. Tak, jak myślałam. Nie będzie luksusów, ale raczej przeżyjemy, pod warunkiem, że będzie nabór na inne kierunki.

Będę miała więcej wolnego czasu.

Ale w głowie układa mi się plan Wielkiej Ucieczki do Przodu, na razie mierzę się z takim jednym pomysłem i obracam go w myślach. Byłoby to bardzo trudne i kosztowne, inwestycja na wiele lat, ale może byłoby kolejną przygodą mojego życia? Pomysł podsunął mi Mi, sama bym nie śmiała o tym nawet myśleć, bo wiąże się to z zainwestowaniem mnóstwa czasu i pieniędzy. Ale dostałam też błogosławieństwo siostry, która jest w ten materii ekspertem. A zatem może?…

Może to, a może coś innego. Jak zaczynam myśleć o planach alternatywnych, przestaję się czuć jak w pułapce.

Ogród szaleje. Nie miałam jeszcze czasu ogarnąć tyłu domu, gdzie zaczyna przypominać dżunglę. Roślinki, które posadziłam dwa lata temu właśnie zadusiły mi róże i wyglądają teraz tak:

Dzikie wino i passiflora. Próbują mnie uglaskac przepięknymi kwiatami (zobaczcie w powiększeniu!), ale są ogrodowymi łobuzami i muszę je przywołać do porządku.

Z kolei to, co posadziłam przy ścianie na końcu ogrodu, mając nadzieję, że się rozrośnie, zmarniało. Paprocie schną, pnąca hortencja więdnie, funkia podeptana przez dzieci, klon japoński zagłuszony przez powojnik. Chaos i zniszczenie. Wygląda na to, że jednak nie jest tam tak ciemno i wilgotno, jak sądziłam i muszę posadzić inne roślinki.

Darkness

Na zewnątrz prawdziwy huragan, moja firma pojawiła się wczoraj ogólnokrajowych Wiadomościach;D

Niestety, nie są to dobre wiadomości:(

Być może będę musiała sobie szukać innego zawodu.

Nie wygląda to dobrze. Sytuacja jest skomplikowana, rozumiem studentów, jest to dla nich straszny cios i niesprawiedliwość, ale to, co się stało nie jest winą żadnego z wykładowców. Sytuacja jest konsekwencją poplątanych interesy wielu grup, niektóre nie chcą mieć konkurencji. Nie pomaga to, że kierownictwo szkoły nas również trzyma w ciemności co do szczegółów, jedyna osoba, która widziała odpowiednie dokumenty, musiała obiecać, że nic nikomu nie powie, pod groźbą utraty pracy.

Na razie nie wiemy, czy mamy do czego wracać pod koniec września.

Z tej okazji mam możliwość podglądnięcia jak działają social media i nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak bardzo jest to słabe. 99% ludzi, którzy się wypowiadają nie ma żadnego, nawet bardzo ogólnego pojęcia o sprawie, wszyscy natomiast mają bardzo zdecydowane zdanie na temat tego, kto jest winny i najchętniej by go ukamieniowali. Ale co, kiedy winny nie jest KTOŚ tylko raczej system regulacji, zasad i umocowań instutucjonalnych? Najbardziej popularne są wypowiedzi najbardziej emocjonalne, niezależnie od tego, jak bardzo absurdalne lub nieprawdziwe. Teraz wiem, co oznacza słowo ‚gównoburza’.

Wczoraj, żeby nie siedzieć cały dzień w tym bagnie i zadręczać się niepewnością, rzuciłam się do prac ogrodowych, ogarnęłam ogród od frontu, mimo rozwijającego się przeziębienia. Dziś od rana czułam się słabo, z czystej zatem ciekawości naukowej zrobiłam test i voila!

Znowu mam covid.

Z dobrych wiadomości: skończyłam czytać After You’d Gone. Jak dobrze, że mi nikt nie umarł!

Schronienie

Na zewnątrz nabiera rozpędu pracowa burza, która niechybnie mnie zmoczy, ale korzystając z ostatnich dni wolności zakopuję się w książkach.

I wychodzę, parę godzin później, wieczorem, jeszcze jedną nogą w tamtym świecie, jeszcze nieprzytomna, z błędnym wzrokiem potykam się o sprzęty codzienności.

Żeby nie być idiotką (ach, te feminatywy!), kupiłam sobie Empuzjon, równocześnie czytam Houellebecqa, Szczygła, wielką Almudenę Grandes i Maggie O’Farrel. Ciekawe, co skończę pierwsze.

Almudena jest moim wielkim czytelniczym wyzwaniem, to wspaniała pisarka, ale męczę się z nią od dwóch lat, bo dopiero niedawno nauczyłam odróżniać postaci od siebie, tych wszystkich Franciszków Ignaciów i Alonsów Franciszków, Marie Munoz i de Menes, panoramiczność opowieści i meandry narracji nie ułatwiają sprawy. Literatura poniewiera moją głową, paradoksalnie schronienie znajduję w artykułach naukowych, gdzie wszystko jest wyłożone kawa na ławę, logicznie i precyzyjnie.

Houellebecqa muszę równoważyć O’Farrell, pustynia emocjonalna bohaterów jest dla mnie strawna dopiero, kiedy zagryzę ją gęstymi uczuciami z prozy irlandzkiej pisarki. Empuzjon jak na razie dobrze doprawiony, posolony i popieprzony gdzie trzeba, ale jestem dopiero na 40 stronie.

Przekonuję siebie, że nie mogę zaczynać nowych książek, a tu czeka Chiamamanda Ngozi i Murakami.

Wpadła bomba do …

Wróciliśmy. Samolot opóźniony, ogród zarośnięty, dom pełen pajęczyn. Wczoraj dochodzilimy do siebie.

Mo poszła do kolegów i koleżanek i nie było jej w domu parę godzin. Okazjonalnie przychodziła na jedzenie i pytanie, czy już mogą w Nintendo. My wstawiliśmy parę prań i posprzątaliśmy dom. Ogród czeka na swoją kolej, a raczej nie czeka, bo zarasta i to jest właśnie problem.

W pracy wybuchła wielka bomba.

Sprawa bardzo poważna w skutkach. Teraz już wiem, dlaczego szefowa nie chciała podpisać mi umowy etatowej na więcej godzin – szkoła musiała już o tym wiedzieć parę miesięcy temu. Sprawa będzie miała dla nas bardzo nieprzyjemne konsekwencje, napewno stracimy jeden rocznik, może nawet cały kurs. W najgorszym przypadku skończy się procesem sądowym, w najlepszym będziemy w stanie naprawić ten błąd w ciągu dwóch lat. Ja dostanę rykoszetem i stracę 1/3 godzin. Najgorsze jest to, że wszystkie osoby zaangażowane miały dobre intencje i działały w ramach udzielonych kompetencji. Tym razem cieszę się, że jestem tylko małym trybikiem i za nic poważnego nie odpowiadam, a swoją malutką działeczkę uprawiam zgodnie z wszelkimi regułami sztuki.

Szukając jasnych stron cieszę się, że będę miała czas na rozwijany od jakiegoś czasu projekt. I że nie zrezygnowałam zupełnie z mojej dodatkowej pracy, jak radził Mi w ciemne zimowe miesiące, kiedy miałam tyle roboty, że nie mogłam zasnąć ze zmęczenia.

Gratulujemy sobie również zmiany zawodu Mi, to była świetna decyzja.

Przyklejam się do krzesła

Upał w Polsce jest nie do zniesienia.

Ostatnie dni w Polsce, jest pięknie, ale piekielnie gorąco. Już dawno się odzwyczaiłam od takich temperatur i teraz ten ukrop mnie wykańcza. Mimo, że gościmy w dużym domu z ogrodem i (małym, ale jednak) basenem, jest mi ciągle słabo. Czuję się jak mucha pływająca w gęstej, lepkiej mazi. Krótkie chwile oddechu zapewnia jedynie zanurzenie się w wodzie. Ale już pół godziny po wyjściu jest na powrót nieznośnie gorąco. Pewno dla Was, mieszkających w kraju, to nie żadna nowość, ale moje ciało błaga o Irlandzkie 20 stopni. Wytchnienie. Wiatr. Ochłodę. Przez trzy dni nie wystawiłam stopy poza obręb ogrodu, oprócz krótkich spacerów do sklepu i do apteki, po których dyszałam jeszcze godzinę.

Dziś odważyliśmy się na wyprawę do galerii handlowej, tylko dlatego, że jest klimatyzowana. 500 m do przystanku zupełnie nas wykończyło, Mo cała czerwona zaczęła płakać, że chce do Irlandii.

Globalne ocieplenie mnie przeraża.