Kolejna wyprawa

Bo dwa dni wcześniej byłam znowu w mojej ulubionej chatce, tej bez prądu i bieżącej wody, tej, do której idzie się  dwie godziny pod górę, a z dzieciakami nawet cztery. A byliśmy właśnie z barcholcami – brat wziął swoich dwóch, a ja Mo. Wchodziliśmy już po ciemku, miały czołówki, więc oczywiście przygoda, choć Mo ‚trochę bolały nóżki’. 

Śmieszne z tymi dziećmi, najbardziej marudzą jak idą po prostym, a kiedy pod koniec było naprawdę stromo, ciemno i ogólnie trudno, to ‚nóżki’ już nie bolały.

Ale aż do chatki nie było zupełnie śniegu, choć dla nas to dobrze, bo po śniegu, zwłaszcza świeżym, to idzie się wyjątkowo ciężko. Posiedzieliśmy w chacie trochę wieczorem, przy stole, przy świeczkach i graniu na gitarze, bo akurat przyszła fajna brygada młodych studentów AWF-u. Studenci przynieśli sobie dwie wielkie butle coli na popitkę i nasze oczywiście, czy mogą trochę, a tamci, że tak, ale muszą zagrać o colę w karty. Ale żeby w ogóle wejść do gry, to trzeba coś postawić. Musiały barcholce wyskoczyć z żelków i oczywiście przegrały, i żelki i colę. Ale zabawa była nieziemska.

Dzieci w końcu poszły spać, a ja uskuteczniałam nocne Polaków rozmowy ze swoim starym kolegą tak skutecznie, że koło 11 też już padłam, pigwówka jest jednak bardzo zdradliwa, bo choć wódka, tej mocy się nie czuje. 

Następnego dnia wybraliśmy się na szczyt, na porządny obiad do schroniska, a na przełęczy zupełna zmiana scenografii.

Zawieje i zamiecie śnieżne. Góry nadal groźne. Nie było daleko, więc doszliśmy, mimo niesprzyjających warunków, choć w sumie jakie to niesprzyjające – w zimie to przecież normalne, że śnieg siecze w twarz i nie widać nic na odległość pięciu metrów.  Zawinęłam Mo jak babuleńkę szalikiem  wokół kaptura, dała się nawet namówić na spodnie na te swoje rajstopki, ale buty miała marne, bo co takie półkozaczki na warunki zimowe jak na Czomolungmie. Bardzo się ślizgała, a do tego zamarzło jej oko – jak je zamknęła na chwilę to powieka górna przymarzła jej do dolnej, jak nie omieszkała później wyjaśnić ze szczegółami. 

A do tego schronisko na szczycie okazało się zamknięte. Na szczęście miła pani Czeszka, którą jakiś dobry duch gór przysłał, zapewniła nas, że trochę niżej inna Bouda otwarta.

To niby prosty odcinek, ciągle w dół, ale przy takiej widoczności prawie się zgubiliśmy. Ale, jak się domyślacie, drodzy czytelnicy, skoro to piszę, jednak przeżyliśmy, dotarliśmy bowiem, a nawet zjedliśmy pysznie a klasycznie smażeny syr s hranolkamy a smazeny kurak dla mnie, popiliśmy czym się dalo i daliśmy radę wejść jeszcze raz na przełęcz i zejść, tym razem już po Polskiej stronie, dzieciaki żałowały tylko, że nie wzieły sanek, bo do samej chatki byłaby niezła jazda. Musieliśmy niestety wracać do domu, zabraliśmy więc zostawione w chacie plecaki, i jeszcze nie opuściliśmy polany, a dzieciory od razu ‘mama/ciocia, a kiedy tu znowu przyjdziemy??’, co traktuję jako swój wielki sukces, bo jak widzicie nie była to kaszka z mleczkiem, tylko prawdziwa górska wyprawa z wszelkimi tego słowa niedogodnościami. 

Mo była już latem, ale zimą, to jest zupełnie inna historia.

Takie pożegnania to lubię

Minęło już tyle dni i wypadałoby coś napisać. Choć i tak pewnie nikt nie czeka, tylko tak mi się wydaje, no, ale miło mieć takie wyobrażenia.

Leżę w łóżku, dziś jest trochę lepiej. Tylko 38 stopni przez cały dzień, to mniej o 2 stopnie niż wczoraj. Czyli już przyszło przełamanie, przynajmniej taką mam nadzieję. Po wszystkich świąteczno- sylwestrowych szaleństwach dopadła mnie w końcu krążąca po Polsce grypa, tak po prawdzie sama sobie na nią trochę zapracowałam. Ale szkoda mi było tych dni, żal tych wrażeń i spotkań, żeby siedzieć w domu i się wzmacniać herbatą z miodem, bo ‚czuję się troche niewyraźnie’. Więc nie zważając na dojmujące uczucie, że coś mnie gryzie, choć jeszcze żadnych objawów poza zmęczeniem nie miałam, no i może lekkim bólem mięśni, który jednak łączyłam z noszeniem ciężkiego plecaka dwa dni wcześniej, pojechałam na jednego z dziwniejszych Sylwestrów w moim życiu.

Najpierw wylądowałyśmy na Sylwestrowym koncercie przebojów operetkowych w małym mieście na Dolnym Śląsku, średnia wieku na widowni 65+. I małomiasteczkowa elita – pięknie poubierane panie, gdzieniegdzie całe rodziny trzypokoleniowe, dziewczynki z kokardami w gładko uczesanych włosach, chłopcy z muszkami i błyszczącymi butami. Przeboje od czardasza po walce Sztraussa, czyli dla mnie najgorszy rodzaj muzyki, bądźmy szczerzy, estetyka operetkowa, starsza sopranistka i konfenansjer-tenor, pianista, skrzypek, klarnecista i do tego wszystkiego tancerka tańców wschodnich. Niezapomniane wrażenie, choc takie, którego w życiu raczej nie będę powtarzać. Male miasteczko w nocy, w tych wszystkich światłach świątecznie przystrojone, wyglądało jakbyśmy byli we Włoszech, albo innej Toscanii, klimat jak z La Nuovo Cinema Paradiso. Jeśli ktoś oglądał.

Po pierwszej części wieczoru pojechałyśmy świętować Nowy Rok dalej, tym razem tak, jak lubię – do lasu. Sylwester na szczycie z ogniskiem, śpiewami, muzyką i nalewkami był najlepszy na świecie, zwłaszcza, że musiałyśmy najpierw tam dojść, co zabrało nam dobrą godzinę i tak przysłowiowego szampana o północy (bo naprawdę to była pigwówka) otworzyłyśmy jeszcze na szlaku. Było cudnie. Niczego z tego bym nie odała i niczego nie żałuję, choć zaraz po przyjeździe miałam już 39.5. Zupelnie nie wiem, jak z taka gorączką łaziłam po tych górach, po raz kolejny przekonałam się, że duch góruje nad materią. Wczoraj miałam juz 40 stopni przed tym, jak w końcu wzięłam coś na zbicie.

Ale to jeszcze nie wszystko…

Mniej więcej tak

WordPress pyta mnie, czego mogłabym robić mniej?

Dobre pytanie, co ja robię cały czas, tak, że nigdy nie mam czasu? Moja ulubiona sąsiadka schudła 50 kilo i chodzi na siłownię i basen 6 dni w tygodniu, ja nie mogę znaleźć jednego wolnego wieczoru.

Festiwal teatralny, który co roku suskrybuję, nie wiem po co, bo nie byłam od dwóch lat, wysyła mi maile zachęcając do kupienia biletów na styczeń. Prawie się zachęciłam, już już kupowałam, ale się zawahałam, kiedy zobaczyłam cenę w dolarach. Okazało się, że sztuka jest w Nowym Jorku. W tym roku w październiku kupiłam nam bilety na JEDNĄ jedyną sztukę z festiwalu, tym razme w Dublinie, zarezerwowałam wolny wieczór, olałam poczucie winy, załatwiliśmy opiekę dla Mo, pojechaliśmy do miasta i występ odwołano z powodu choroby aktora. Mniej przedstawień już nie można oglądać.

Jedno Christmas Party mniej. Długo wyczekiwane Christmas Party. Bo najpierw mieliśmy iść na piwo, ktoś nie mógł, ktoś był chory, ja się wykręciłam, bo przecież mam dużo pracy, no i przełożyliśmy wspólne imprezowanie na Christmas Party. Nawet się ucieszyłam, bo dawno nigdzie nie byłam, dawno nie zakładałam butów na wysokim obcasie, wymyśliłam nawet co ubiorę – sukienkę z czarnego jedwabiu marszczonego w pasie, kupioną kiedyś okazyjnie, więc wystarczy tylko jakąś kolorową szaloną różę dopiąć, miedzy zajeciami wypuściłam się do sklepów i kupiłam buty i wałki do kręcenia włosów, wyciągnęłam z dna szafy przepiękną torebkę jak małe dzieło sztuki, taką, której nigdzie indziej się nie weźmie.

A tu w czwartek w nocy sypnęło śniegiem. Rano samochody go porozjeżdżały, żłobiąc w nim wyraźne koleiny, potem przyszedł mróz. Wracając ze szkoły z Mo na bagażniku rower ślizgał się i chwiał, musiałyśmy iść przez większą część drogi. Zapadał zmrok i robiło się coraz zimniej i coraz bardziej ślisko. Na whassappie wszyscy zaczęli się wykręcać z Christmas Party, połowa chora, połowa nie dojedzie, bo drogi jak szklanka, ktoś ma covid, a ktoś nie ma opiekunki do dziecka. Coraz mniej chciało mi się iść, już sobie to wyobraziłam – będą ludzie, których za bardzo nie znam, z innych departamentów, będę się czuła na tyle skrępowana, że dwa kieliszki wina wydadzą się dobrym pomysłem, a jak wypiję dwa, to kolejne dwa jeszcze lepszym, będę się śmiała z nieśmiesznych żartów i opowiadała historie bez puenty, chwiejąc się na szpilkach kupionych specjalnie na tę okazję, po czterech kieliszkach skuszę się na papierosa, no bo co, raz się żyje!, wyjdziemy zapalić na dwór, ja w sukience bez rękawów i szpilkach, a co tam, po dalszych dwóch kieliszkach może mnie olśni, że czas do domu (a może nie), w końcu zamówię taksówkę, której się nie doczekam, więc wyruszę w marznącej brei na przystanek, gdzie spędzę kolejną godzinę wpatrując się w elektroniczny rozkład jazdy, z którego będą znikały kolejne autobusy.

Już w nocy zacznie mnie boleć gardło, a rano wstanę i będę musiała sprawdzić te 10 esejów, choć nawet zapach kawki będzie wywoływał mdłosci.

No i czego mogłabym robić mniej? Nie da się mniej pracować tak nagle, znienacka, bo oto WordPress został moim terapeutą i zadaje głupie pytania.

Marzę o lesie

Zaprosiliśmy wczoraj naszych ulubionych sąsiadów na japońszczyznę w podziękowaniu, przy okazji niektórzy oglądali mecz, oczywiście. Irlandczyk i Hiszpanka kibicowali Polsce, a nasza córka Francji… Efekt wciskania polskości?

Mi zdał egzamin na prawko! Bardzo, bardzo nam to ułatwi wiele spraw, na przykład będziemy mogli pojechać na wycieczke do lasu. Marzę o lesie. I na wycieczkę nad morze. Marzę o morzu. I będziemy mogli odwieźć naszą córkę samochodem do szkoły w niektore zimowe, ciemne i zimne poranki Irlandzkie, które wyglądają tak romantycznie w kinie, bo wieje, leje i gradobije, a nasza córka na bagażniku roweru, okutana od stóp do głów, w sztormiakach, kaloszkach, dwóch parach skarpet, kasku i rękawicach.

Mi jest tzw. essential worker na co dostał glejt z pracy ze wszystkimi pieczęciami i podpisami, co znacznie przyśpieszyło egzamin. Ja nadal czekam. Jego zdane prawko trochę mi pomoze, ale nie tak bardzo – nadal nie mogę z nim jeździć, bo nie jest wystarczająco doświadczony. Ale już będzie mógł mnie zawieźć w jakieś ustronne miejsce, gdzie poćwiczę sobie parkowanie. No i będzie dużo taniej – wg. moich wyliczeń wydaliśmy już na nasze lekcje około 5.5 tys euro. W samym listopadzie 400 euro na jego jazdy, na moje nas nie było już stać.

Grzywka

Ach, siostra! Siostra jest super. Z nikim się tak nie pokłócisz, jak z siostrą. Nikt ci tak nie nawrzuca, jak siostra. Nikt ci też jak siostra nie pomoże.

Piekła ciasta, które nawet JA moglam jeść, została w domu z Mo, jak musieliśmy iść do pracy, jeździła z nami samochodem. Aaaale było fajnie!

Moja młodsza siostra, z którą przez długie lata dzieliłyśmy pokój i mój boże! jak ja ją STRASZNIE dręczyłam! Ona od zawsze kocha zwierzęta i marzyła, żeby mieć jakiegoś małego zwierzaczka, na co ja się oczywiście nie zgadzałam, znacie mnie, bo śmierdzi, bo brudzi, bo jestem uczulona. W końcu łaskawie pozwoliłam jej trzymać w naszym pokoju rybki i pewnej nocy mama oglądała do późna 997 i tak się nastraszyła, że zamknęła nas w pokoju na klucz i właśnie owej nocy moją siostrę zaatakowała grypa żołądkowa, a kiedy nie mogłyśmy otworzyć drzwi, kazałam jej wymiotować do akwarium. A ona wzięła moją ulubioną puszkę na ołówki … Byłam po prostu WŚCIEKŁA!

Już nie mówiąc, jak pewnego razu ścięłam jej grzywkę tuż przy skórze, bo ona ma takie piękne gęste włosy i wydawało mi się, że będzie pięknie wyglądać, ale wyglądała tak, że przez następny miesiąc, albo dwa, musicians chodzic do szkoły w czapce… ‚Byłaś zazdrosna o moje włosy!’, ‚Nie prawda, chciałam tylko, żebyś wyglądała jak te francuskie aktorki!’ ‚A dlaczego SOBIE nie ściełaś tak grzywki???’ Dlaczego, dlaczego, no wiadomo dlaczego, bo ja mam marne włosy i wielki nos i nigdy nie było nawet cienia szansy, żebym wyglądała jak francuska aktorka. ‚No właśnie, byłaś zazdrosna o moje włosy!’ Nieprawda, właśnie chciałam, żebyś pięknie wyglądała!

A oprocz tego nie wiem, co ten listopad ma w sobie, ale co roku, co ROKU orientuję się, że ZNOWU gonię własny ogon i ledwo co odgruzuję jedną półeczkę, już następna się zapełnia. W tym roku dostałam jednak nowy kontrakt, ten, w związku z którym tak panikowałam, i niby mam mniej godzin, niżbym chciała, ale się okazuje, że i tak za dużo, niż powinnam, bo ledwo wyrabiam na zakretach. Ach, zapomniałam jakie to bycie na etacie jest upierdliwe! Tu zebranie, tam spotkanie, czworo studentów piszących prace licencjackie, do tego artykuł do skończenia, nowy przedmiot, na którym się mało znam, od czasu do czasu chore dziecko w domu i zaczynam się zastanawiać, czy leci z nami pilot.

Ostatnie dwa tygodnie to głównie chora Mo, która, wiadomo, jak to dziecko z gorączką była marudna i zajmująca i nie dało się przy niej pracować. Do tego po pierwszych dwóch dniach postanowiliśmy znacznie ograniczyć jej dostęp do youtuba i idiotów, bo zauważyliśmy, że jest to naprawdę BARDZO UZALEŻNIAJĄCE gówno, dzieciaki potrafią tych kretynów oglądać godzinami, a tam nic rozwijającego nie ma, tylko taka guma do żucia, że JUŻ ZA CHWILECZKĘ, JUŻ A MOMENCIK COŚ NIESAMOWITEGO SIĘ STANIE, oglądajcie nas, like & subscribe, tylko nie przerywajcie, zapomnijcie o mamie, tacie, jedzeniu, piciu i siusiu. Oni nawet normalnie nie mówią, wszystko jest wykrzyczane podekscytowanym dyszkantem, po dwóch godzinach oglądania takiej sieczki dziecko wygląda jak zombi i wpada w histerię, jak się je odciąga od ekranu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że czasem nie mam wyjścia i muszę jej dawać coś, co ją zajmie na dłuższą chwilę, na przykład kiedy właśnie mam spotkanie online albo akurat powinnam popracować. Ale zauważyłam też, że po paru dniach większej niż zwykle histerii i tłumaczeniu w kółko, DLACZEGO może oglądać tylko godzinę dziennie, było już troszkę łatwiej. Nadal jednak nie dało się pracować:(

A tytuł jak zwykle od czapy.

Żyjemy

Cześć i chwała nowoczesnej medycynie!

Trzy dni później biega po domu, awanturuje się, kłóci się, pyta, kiedy już może pójść na dwór do dzieci.

– Idę tylko na minutkę do pana sąsiada.

– Idę z tobą.

– Nie możesz, dopiero byłaś chora!

– Nie zostanę SAMA w domu!’

– Nie sama, tylko z żółwiem i nie zostajesz wcale, bo ja idę się tylko coś zapytać pana sąsiada.

Ubiera kurtkę.

– No dobra, ale załóż tę grubą.

Antybiotyk to jednak jest wielkie odkrycie, przecież mnóstwo dzieci umierało kiedyś na takie zwykłe zapalenie płuc, a tu po DWÓCH dniach zrobiło się lepiej. Jeszcze jest osłabiona, jeszcze nie ma apetytu (jak to przy antybiotyku), schudła dobre trzy kilo, ale nie jest już to umierające dziecko, które lekarka radziła nam zawieźć do szpitala, bo dawno nie widziała tak chorego dziecka, to dziecko, którego oddechu nasłuchiwałam całą noc, bo bałam się, że się udusi.

Nie poszliśmy do szpitala, co oznacza, że zaoszczędziliśmy co najmniej 320 euro. Bo w Irlandii za pobyt w szpitalu się płaci, nawet z chorym dzieckiem, przyjemność taka kosztuje 80 euro dziennie.

Nie idzie oczywiście jeszcze do szkoły, jest bardzo osłabiona, na szczęście jest moja siostra i zgodziła się zostać parę dni dłużej, żeby posiedzieć w domu z Mo, bo my musimy do pracy. Siostra przyleciała na ferie świąteczne, mieliśmy sobie wszyscy pojeździć w góry i nad morze, na wycieczki po Irlandii że hohoho, gdzie to my nie mieliśmy jeździć!, a skończyło wykradzonymi chwilami, na zmianę, żeby trochę potrenować jazdy.

Bo w Irlandii nie ma w ogóle zwolnienia na dzieci, można się rozchorować samemu i iść na swoje zwolnienie, można wykorzystać urlop, można błagać o pracę z domu (dzieki Ci covidzie!), ale nie można zostać w domu z chorym dzieckiem. W kwietniu tego roku rząd szumnie ogłosił, że wprowadzi 5 dni zwolnienia rocznie, które można brać na dziecko i jak na razie na tym się skończyło. Czyli na tym, że ogłosił, nie, że można brać. To tak, jak ze zniesieniem opłat za wizytę lekarską dla dzieci poniżej 8 r.ż. – ogłosili dwa lata temu i nadal nie wprowadzili w życie i każda wizyta to 60 euro plus leki, tym razem wyszła nam stówka, Mo ma siedem lat, pewno rząd czeka aż skończy osiem, zawsze to jakaś oszczędność dla rządu. Irlandia ma bowiem nadal politykę społeczną przystosowaną do matek siedzących w domu z dziećmi, opieka przedszkolna i świetlicowa jest najdroższa w Europie, dzieci zaczynają szkołę o 9, kończą o 1 lub 2 i szkoły są zamykane, nie ma w szkole żadnej świetlicy, w której dziecko może spędzić czas.

Jutro koniec wolnego, kurcze jakoś nie czuję, żebym wypoczęła. Odpocznę sobie w pracy;D