Ciągle marudzę, że jestem zajęta, a potem dokładam sobie studia 🤔😀
Wednesday, mimo, że poniedziałek
Kompletna zajętość powoli do mnie dopełza, sprawy kłębią się i pęcznieją i nagle nabierają mocy urzędowej i nie ma zmiłuj, trzeba usiąść i odwalić robotę. Eseje na zaliczenie, spotkania zespołu, remont łazienki za rogiem, a tu jeszcze ostatnie poprawki do rozdziału – profesorka napisała w środę, czy mogę do piątku jej odesłać, przy okazji podesłała ciekawy artykuł, który może warto jeszcze wspomnieć. Skończyłam w niedzielę rano, bo w sobotę poszliśmy na Warhola.
Warhol to odkrycie. Myślałam, że to nic takiego, poza pozerstwem i skandalami, pop sztuka, Marylin Monroe i Mao z pomalowanymi powiekami, a okazało się, że umiał rysować. Jego wczesne prace w stylu Chagalla zachwyciły mnie. Poźniejsze robienie sobie jaj ze snobistycznej elity również – kiedy stał się sławny i każdy chciał mieć Warhola na ścianie, namalował serię krzeseł elektrycznych w wesołej kolorystyce. Powieście sobie coś takiego na ścianie w dużym pokoju.
Halloween w tym roku minął bez szaleństw, prawie już o nim zapomniałam. Ja byłam na zajęciach – bardzo dziwnych, cztery godziny siedzieliśmy wśród odgłosów wybuchów i skojarzenia z bombardowaniami Ukrainy i Gazy nasuwały się same. Mo z Mi dotarli do domu późno, szybkie przebranie i Mo wyszła z domu na zbieranie słodyczy.

A wiecie, że kiedyś w Irlandii wcale nie krzyczało się ‚trick or treat’ i nie rzeźbiło dyni? Ludzie się wprawdzie przebierali, ale dzieciaki wołały ‚help the Halloween party!’ i rzeźbiły w rzepce, nie w dyni. Trick or treat, jak wiele Irlandzkich tradycji (np. marsz na świętego Patryka), przyszło z Ameryki.
Ulubiona zmiana czasu tym razem mnie rozczarowała – niby mam godzinkę więcej, ale gdzie ona jest???
Zabezpieczony: Dzienniczek refleksji
W granicach normy
I znowu poniedziałek.
Nowe studia wciąż wydają mi się fascynujące, cieszę się jak dziecko nową zabawką, bardzo droga ta zabawka, ale może tego warta? Przemeblowuje mi w głowie, chcę już, teraz, na raz, natychmiast wszystko przeczytać i wszystko wiedzieć, podskakuję i zachwycam się, mam tysiąc pomysłów na godzinę, czuję się znowu bardzo młoda. Dziś przyniosłam z biblioteki kolejne pięć książek, kiedy ja to wszystko przeczytam? W sobotę zajęcia 9-17, myślałam, że będą się dłużyły, ale wyszłam z tamtąd jak naelektryzowana.
Na froncie zwierzątak domowych cisza, żadnych śladów życia, może w końcu wyginęły? Jak to w niedzielę, rozbebeszyłam nasze łóżko, wyciągnęłam materac i oglądnęłam każdy szew, każdą belkę i nit bardzo dokładnie, melduję, że nowych śladów nie ma. Ale na wszelki wypadek kupiłam nowe łóżko, takie z nóżkami, które włożę w pułapki na insekty, teraz dopiero im pokażę – nawet, jak siedzi jakiś niedobitek w szparze podłogi, to się do nas nie dostanie. Koleżanka zachwalała king size, ale pozostałam przy podwójnym – może jak już się przestaniemy lubić z Mi, king size sie przyda. Ucieszyło mnie, że jeszcze nie teraz.
Poza tym wszystko w normie, Mo znowu chora dziś, a właśnie dziś rano się pytałam na grupce rodziców o szczepionkę na grypę, bo po zeszłym roku, kiedy grypa skończyła się u niej zapaleniem płuc postanowiłam być zapobiegliwa. Ale tak sobie od razu pomyślałam, że zaraz się pewno rozchoruje i nici.
I nareszcie znalazłam odpowiedz na pytanie po co ludzie piszą blogi?
Taki ładny poniedziałek
Mo na lekcji muzyki, ja nad wodą.


Siedzę nad Dublinskim kanałem i próbuję czytać Freuda na zajęcia, ale myśl mi co chwila odpływa jak ten łabędź.

Znowu poniedziałek, ale jakże inny! 😉

Koleżanka się podzieliła wynikami ze swojej komisji w Dublinie: KO 51%, Lewica 14%, PiS 11%😁 Coś imigranci nie lubią miłościwie wam panującego ***.
Zrobiło się bardzo zimno, w nocy przymrozek, ale w dzień słońce. A póki nie pada, pogoda na rower wyśmienita.
Założyłam dziennik snów, moje nowe studia utrzymoja mnie w stanie nieustającej ekscytacji😊 Ale czy się nadaję? Ależ kogo to obchodzi, dopóki sprawia mi to frajdę. Na razie mnóstwo się uczę, zauważyłam, że już mi to pomaga na zajęciach że studentami. Ćwiczę umiejętność rozpoznawania procesów grupowych i wytrzymywania tego, co się akurat w klasie wydarza. I akceptacji swoich uczuć, kiedy nie mam odpowiedzi.
No idę
Przez wiele lat miałam zasadę, że skoro nie mieszkam w kraju, to nie głosuję.
Ale w tym roku idę. Bo nie są to wolne wybory. Bo przejęli TVP. Bo ‚partyjny bełkot to nie informacja’. Bo kobiety, aborcja, edukacja, kościół, uchodźcy, Unia Europejska. Nie głosuję na liberałów, bo serce mam po lewej stronie. Ale każdy głos się przyda.
Chyba będą kolejki, do każdego punktu wyborczego zarejestrowało się ponad 2 tys osób. Może nie zdążą policzyć głosów. Ale trzeba iść.
Jestem chora
… ach jak cudownie!
Dzień rozpościera się jak morze.
Wakacje, wypełnione czytaniem i odpoczywaniem.
Pamiętam jak byłam dzieckiem i w taki dzień chorowania przeczytałam jeden tom Ogniem i Mieczem.
(Wprawdzie poodpowiadam na maile, ale we własnym łóżeczku, a to zupełnie co innego niż w biurze).
Odwołałam zajęcia, niby tylko 2 godziny, a jakie miałam wyrzuty sumienia!
Bo to przecież nic poważnego, zwykłe przeziębienie. Ale przecież nie mogę przez godzinę smarkać i kichać w klasie z trzydziestoma studentami. Na szczęście od czasu Covidu ludzie zdają sobie sprawę, że zarażanie innych jest niefajne.
Panna Anna Hanna Wanna
Dziecko się pluska, mam chwilę na bloga.
Taki miał kiedyś Mi sen o mnie, byłam Panną Anną Hanną Wanną.
Dziś w telegraficznym skrocie. Zwierzątka domowe się nie chcą wyprowadzić i wczoraj mieliśmy trzeci oprysk😭 Zastanawiam się nad kupnem nowego łóżka, z tego powodu mam rozkminki nad rozmiarem. Koleżanka mówi ‚kup king size, zobaczysz jak się dobrze śpi!’- nawet mi to nie przyszło do głowy. Mi mówi, że w king size będziemy się szukać w nocy, ale za to jak wejdzie nam do łóżka Mo, to będziemy mogli spać. Ale czy ona tak będzie jeszcze wchodzić, jak ma już 8 lat?
Miało być w skrócie, ale chyba nie potrafię.
Wiadomość miesiąca: będę miała wannę! Pewna nasza znajoma, znana tutaj niektórym jako Freya, ma pewnego dobrego znajomego, który robi innym ludziom łazienki i nie tylko. Ludzie podobno czekają na niego długo, bo robi dobrze i tanio. A zatem z głupia frant kiedys poprosiłam Freye, żeby się zapytała znajomego, bo przecież od roku mamy łazienkę z kafelkami na klocki lego. I oto znajomy dzwoni tydzień temu, że ma wolny termin w listopadzie 🫣
Nie wiem jeszcze skąd weźmiemy na to pieniądze, bo przecież moje studia to studnia (bez dna), do tego ciągle jeszcze studiujący Adek, ale kombinuję.
Na fali zmian postanowiłam też w końcu wyprowadzic Mo do jej pokoju, wyniosłam łóżeczko i przestawilam meble w naszej sypialni, tak, że jej łóżeczko już się nie zmieści w naszym pokoju. Za to teraz mozemy mieć nawet małą biblioteczkę, na którą czeka mój nowy zawodowy księgozbiór 😁 Planuje również naszą sypialnię pomalować, aby pasowała nam do obrazu Wróżki Cycuszki.
Na tym kończę, bo wyszła z basenu.
Drama Queen
Doszłam do wniosku, że potrzebuję trochę dramatu w życiu, więc poszłam do teatru. Dwa razy. Lepiej chodzić do teatru, niż być drama queen, nieprawdaż. Akurat trwa Festiwal Teatru w Dublinie, więc mogłam się wyżyć.
Ach! Jak ja kocham teatr. Lubię wszystko dramatyczne, przesadzone, uwypuklone światłem reflektorów. Stanowczo za mało korzystam z tej przyjemności.
Sztuki były nowoczesne, pomieszane, szalone, nielinearne, z cytatami z literatury i popkultury. Kocham. Zabraliśmy jeszcze koleżankę polonistkę, której się nie podobało, bo woli klasyczny teatr. Fredro i Dziady, spokojnie, linearnie, z dobrą dykcją i bez bałaganu. Dziady dla dziadów, ja przy takiej sztuce umieram, dla mnie musi być chaos, kolor, światła, kurz, nieoczywiste połączenia, przekraczanie granic i jazda po bandzie.
Na co dzień mam problemy ze snem, a po takich sztukach śpię jak dziecko 😀
Właściwie nie wiem, jak się czuję
Kolejny tydzień za nami, cały dzień moich zajęć wczoraj, w sobotę, w tygodniu dwa spotkania ze Śmiesznym Dziadkiem i piewsze wykłady. Mamy mało studentów w tym roku, gdybym nie wymyślila sobie nowej drogi życia, już bym panikowała, myślę sobie, oddycham z ulgą, że jednak poszłam, zaryzykowałam, spóbowałam.
Choć Nowa Droga Życia też trochę straszna – ekscytująca, ciekawa, ale nowa, jeszcze niewygodna, jeszcze nie wiem, czy Moja, czy jakaś taka niemoja jednak. Mam ogromne opory, są chwile, kiedy czuję, jakbym odnalazła dawno zagubioną część siebie, coś się zgubiło i teraz znalazło, halo halo! oto jestem tu i zawsze byłom, radość zapala się jak słoneczko. Ale są też chwile, kiedy chciałabym uciec, jak wtedy po całym tygodniu zajęć, kiedy biegłam do cukierni po ciasto urodzinowe dla dziecka mojej ulubionej sąsiadki, myślałam, że biegnę do cukierni, bo ją zaraz zamkną, ale kiedy tam się znalazłam, żadne ciasto nie było dość dobre i uświadomiłam sobie, że biegłam od, nie do, uciekałam skądś, a nie biegłam dokądś.
A do tego moja ulubiona sąsiadka rozstaje się z facetem. Jest to koniec ich świata i naszego też, myślę sobie egoistycznie. Mieliśmy tak fajnie, tak wygodnie, przyjęcia i urodziny, seanse filmowe i gry planszowe, mogliśmy podrzucić im Mo, a oni nam swojego syna, spotykaliśmy się w parku i na spacerach, na Halloween i Christmas. Ulubiona sąsiadka zna setki ludzi i zawsze z kimś ciekawym nas poznała. A najgorsze w tym wszystkim, że nie wiem, co się stało, bo nas unika, to znaczy cały czas CHCE się ze mną/z nami spotkać, umawiamy się od miesiąca, ale cały czas coś jej wypada, odwołuje, albo umawia się ze mną tak, żebym czasem nie dała rady przyjść. Nie widzieliśmy się od trzech miesięcy, bo wyjazdy, nasze i ich, bo potem u nas chłopaki, czyli moi bratankowe i wakacje, a teraz już miesiąc mija i ciągle jakoś nie po drodze. Nie wiedziałam, że tak mnie to zaboli, jakby nie tylko z facetem zerwała, ale także ze mną.