Kategoria: Uncategorized
Zabezpieczony: Skwar
Zabezpieczony: Lato
Codzienność
Przyjechały chłopaki, a więc zaczęło się lato. Biegają teraz na ulicy z innymi i oblewają się wodą, szwagierka mówi, że mamy fajną bandę na ulicy, bo podobno to obecnie coraz bardziej niespotykane. Też się cieszę, na razie drą ryja i czekam, aż wyleci jakiś sąsiad ich uciszać. No ale przecież lepiej, żeby darli ryja na ulicy, niż siedzieli na komórkach w swoim pokoju, prawda? Chłopaki mają 11 i 13 lat i są naprawdę jak młode źrebaki, bardzo ich lubię, są dobrze wychowane, ale energia ich rozpiera i gdyby nie to, że rano mają obóz sportowy, to by roznieśli dom bez najmniejszego wysiłu. Dopiero z nimi widzę, jaki ten nasz domek malutki, z dwójką dodatkowych dzieciorów robi się ciasny.
Mój dzień obecnie to wożenie dzieciorów, rano rozwożę wszystkich na zajęcia, chłopaków na obóz sportowy, gdzie dostają wycisk, na szczęście dla nas, już dziś ledwno chodzili takie mają zakwasy, a Mo na gimanstykę, potem mam trzy godzinki wolne, a potem odbieram Mo i jadę po chłopaków, obiad, i zaraz jest wieczór. Dziś w pomiędzy dokończyłam malowanie, dopiero trzecia warstwa zakryła porządnie ten granat. Teraz farba schnie. Będzie jeszcze zabawa ze zdzieraniem taśmy malarskiej, domalowywaniem niedoróbeka itd. Ale letni projekt prawie zakończony, a to jest jedyny letni projekt w tym roku, bo w sierpniu znowu jadę opiekować się mamą.
Czekamy na Godota
Teraz jest trochę taki vibe teatralny, bordowy plusz, zaciemnienie i tak dalej.
Buraczek nie jest łatwy, ale można go okiełznać, nawet z ciemnożółtymi oknami, jak pokazuje moja poduszka poniżej.

Kremowy, wszystkie odcienie zieleni, żółty i jasno niebieski, jako akcent. Do tego dużo drewna. Muszę zmienić dywan w dużym pokoju na taki z elementami czerwonego wina, żeby ‚spiąć’ przedpokój z dużym pokojem, już dawno miałam coś z dywanem zrobić, bo ma sto lat. I tak z malowania przedpokoju będą zmiany w całym domu oczywiście 😂
Okien malować nie będę, bo to duża operacja i nie mogę przemalować jednego okna na inny kolor, a resztę zostawić.
Nie lubię białych/jasnych scian w małych ciemnych pomieszczeniach, moim zdaniem nie zrobią z pokoju większego, ale pokazują, że jest mały, a ktoś chciałby większy, a to zawsze źle wychodzi😁 Choć może kiedyś zmienię zdanie, nie zarzekam się.
Moja filozofia na razie to podkreślać wady i zrobić z nich zalety😊
Ale ewidentnie wyszłam ze strefy komfortu😂
W dodatku cała w buraczkach
Nie wiem jak ja wymyśliłam ten cholerny buraczkowy, chyba mi coś na mózg padło, ja pitole, co to za kolor cholerny!

Namęczyłam się ogromnie, bo granat przebija oczywiscie, a kolor wyszedł jak tapicerki krzeseł ze skaju z lat 60-tych. Takich, jakie miała pani pedagog w seledynowym gabinecie i kiedy się wchodziło te krzesła z tym seledynem się gryzły, że patrzeć się nie dało, a co dopiero usiąść. To jeszcze pierwsza warstwa, będzie mniej plam, ale nie będzie łatwo 😂😂😂
Tak jakby zapomniałam, że mam żółte okna😁 Cytrynowe drzwi też nie dodają urody buraczkom.
W dodatku jutro przylatuje bratowa z dzieciakami, ja to się lubię urządzić.
Zabezpieczony: Spalony Burak
Zabezpieczony: Tożsam-ość
Belfast Intensywnie
Przyleciałam z Pl w środę wieczorem, w czwartek rano Mo miała wizytę w szpitalu, która mnie pozamiatała, co poczułam parę godzin później, ale zobaczymy. Mamy kolejną wizytę w tę środę.
Więc w czwartek po szpitalu szybko szybko, bo w piątek mieliśmy jechać na północ Irlandii, spotkać się ze znaną i lubianą F i jej dzieciorami. Ja jeszcze jedna noga w Polsce, nie całkiem wrócona, jeszcze walizka nie rozpakowana, a tu drugą trzeba pakować.
Niektórzy pamiętają F, blogową koleżankę z Irl, cały czas (15 lat??? chyba tak, bo najmłodsza miała 1.5 roku jak ją widzieliśmy pierwszy raz) mamy ze sobą kontakt i po ostatnich odwiedzinach umówiłyśmy się na pomysł wspólnego wyjazdu. Może na wstępie od razu powiem, że wspólne wyjazdy ze znajomymi bywaja różne, ale z F nigdy żadnych kwasów nie było, lubimy się i dajemy radę się ciągle lubić na wakacjach. A do tego okazało się, żę F ma tę zaletę dla nas, że ma córeczki uwielbiane przez moją córkę, która wpatrzona jak w obrazek w dwie nastolatki spędza z nimi cały czas, chce jeździć autem tylko z F i z córkami i w ogóle wszędzie chodzi tylko z nimi. Skrzętnie to wykorzystaliśmy, żeby sobie zrobić wycieczkę polityczną po Belfaście tylko we dwójkę, tak, jak lubimy najbardziej – na piechotę, z niespodziankami, zatrzymując się na kawkę wedle pragnienia w lokalnych lokalach, zagadując do ludzi i łażąc i włażąc, gdzie nas oczy poniosą. Nie straszny nam industrial, tagi na murach, city walk pod wiaduktami, turystyczne miejsca trochę męczą, jak jest dużo ludzi, nużą i nudzą, choć oczywiście nie wszystkie.
Belfast jest intensywny. Północna Irlandia jest intensywna. Już zaraz jak wyjechaliśmy z Dublina zaatakowały nas flagi brytyjskie, Union Jack, albo Butcher’s Apron (fartuch rzeźnika), jak niektórzy je tutaj nazywają. Miałam wrażenie, że te flagi są tak specjalnie, taka pokazówa, że tutaj jest UK in your face. Mały rebeliant we mnie miał ochotę zaśpiewać ‚up the RA!’ na cały głos, co jeszcze teraz mogłoby się skończyć niewesoło (grzywna, pouczenie, złe oko lokalsów). Lokalsi mają bardzo charakterystyczny akcent, który brzmi mi znajomo, bo tak mówi dziewczyna Adka – słowa się lekko podnoszą, zupełnie innaczej niż w Dublinie.
Ale w piątek Belfast był normalny, bo poszliśmy do muzeum nauki – a muzea nauki są wszędzie takie same, muzea nauki łączą ludzi i udają, że jesteśmy zupełnie racjonalni, zainteresowani światem, motywowani chęcią poznania i tworzenia. Mo się dość podobało, niestety ostatnie piętro, dla niej najciekawsze, miało zepsutą klimę i było tak okropnie gorąco, że wszyscy mieli już dość po pół godzinie. A szkoda, bo złudzenia optyczne, design, roboty, rysowanie, to cały świat mojej córki. Ja za to spędziłabym chętnie więcej czasu w częsci medycznej, oczywiście, serce, układ krwionośny, szkielet, uwielbiam, powinnam była zostać doktorem, tfu lekarzem. Nie poszliśmy do Titanica, bo dziewczyny były dnia poprzedniego, a mnie by pewnie znudziło. Może nie, ale aż takiej wielkiej potrzeby oglądania wykwitu pychy ludzkiej nie miałam. Jakoś mnie nie grzeją te największe statki, najwyższe wieże w doha czy innych arabiach saudyjskich, nawet komercyjne loty w kosmos z muskami jakoś mnie nie kręcą, koniec dygresji.
W sobotę dzieciaki nadal chciały do Belfastu, a nasza córka wzgardziła naszym towarzystwem i wybrała Ogród Botaniczny, zamiast super interesującej wycieczki politycznej śladami napięć etnicznych. Jej strata;D Nam rzutem na taśmę udało się wymienić przeterminowane 400 funtów, które dawno temu dostałam od wujka, a potem na piechotę doszliśmy do West Belfast, centrum uciskanych katolików, albo terrorystów, zależy kogo pytasz. Zdjęcia walk ulicznych przerażające, czołgi na ulicach, strzelanie do tłumu kojarzyły mi się z martyrologią Solidarności, ale było tu dużo gorzej – wiele niewinnych ofiar, zastrzelonych dzieci i nastolatków, strajki głodowe zakończone śmiercią i tak dalej. Mała społeczność, łódeczka na wodach historii, uciskana przez grupę dominującą, ciągle na baczność, ciągle skoncentrowana na walce. Ludzie, którzy przez lata żyli podziałem my-oni, żyli myślą o odwecie, o walce, o zjednoczonej Irlandii. Gdyby nie porozumienie Wielkopiątkowe nadal by się wysadzali, strzelali, zastraszali. Teraz już mineło prawie 20 lat od porozumień, ale przechodząc się przez słynną Falls Street ciągle widać napięcie i polityczne sympatie – rzędy flag Republiki Irlandii i Palestyny, razem.


Sympatie nie dziwią, wygląda to na zrozumienie jak się czuje mały naród pod butem większego, przecież Irlandczycy też byli znani jako terroryści. Koszulki ‚no dogs, no blacks, no Irish’ teraz każdy sobie może nosić na wesoło, ale przecież skądś się wzięło to ‚no Irish’. Akenson w The Irish Diaspora, A Primer twierdzi, że w XIX wieku Irlandczycy byli jedną z najbardziej dyskryminowanych mniejszości w USA i UK i nawet Engels (ojciec myślenia równościowego!) pisze o nich z pogardą:
Ci Irlandczycy, którzy migrują za cztery pensy do Anglii, na pokładzie parowca, na którym często są stłoczeni niczym bydło, wnikają wszędzie. Najgorsze mieszkania są dla nich wystarczająco dobre; ich odzież niewiele ich obchodzi, dopóki trzyma się na jednym tylko włókienku; butów nie znają; ich pożywienie to ziemniaki i tylko ziemniaki; wszystko, co zarobią ponad te potrzeby, wydają na alkohol. Po co takiej rasie wysokie zarobki? Najgorsze dzielnice wszystkich wielkich miast są zamieszkane przez Irlandczyków. Gdziekolwiek jakaś okolica wyróżnia się szczególnym brudem i szczególnym zniszczeniem, odkrywca może być pewien, że napotka tam głównie te celtyckie twarze, które od razu da się rozpoznać jako inne niż saksońska fizjonomia tubylców, oraz śpiewny, z aspiracją akcent, którego prawdziwy Irlandczyk nigdy się nie pozbywa.









