Sama sobie dodaję animuszu, pokrzykuję zachęcająco, ustawiam do pionu, tylko tak dalej! dajesz! super Ci idzie! musztruję i koszaruję samą siebie, ale wszystkie te okrzyki brzmią pusto, jak metalowa miska, co upadła na kafle w wyziębionej kuchni.

W której już nic nie ma. Żadnych zasobów, żadnych zapasów, żadnych konfitur ‚na czarną godzinę’, a i godzina nie jest czarna, lecz co najwyżej szara, jak lutowe niebo. Ale i tak pusto.

Przednówek.

Dziś mi bardzo obrazowo wytłumaczono, że moje ciało atakuje samo siebie. Moje biedne, nerwowe białe krwinki, krążą po całym ciele jak czujni policjanci na posterunku, przemęczeni i niewyspani do tego stopnia, że w zmęczeniowym zwidzie przestają odróżniać swoich od obcych.

Zupełnie jak ja.

Atakuję samą siebie. Od lat i z uporem, naprawdę godnym lepszej sprawy.

Poniżam, lekceważę, gnębię, ubliżam, pomijam, za dużo wymagam, mam się za nic, atakuję siebie myślą, słowem, uczynkiem i zaniedbaniem. Skrzętnie spisuję przewiny, a lista ich jest długa, i NIGDY NIE ZAPOMINAM.

Biorę na siebie wszystko, co dają i jeszcze dokładam sobie szczerze, od serca. Z liścia.

Jestem już tak bardzo zmęczona, że ani jeden mięsień nie drgnął na mej twarzy, kiedy dziś usłyszałam pierwszą dobrą wiadomość – moja choroba jest w całkowitej remisji, nie mam żadnych objawów i nie muszę brać żadnych leków. (Pan doktor oczywiście uprzejmie dodał ‚na razie’). Nie mam wody w stawach (może dlatego, że jem ryby?).

Dziś urodziny Mi, notabene wodnika, a ja nie mam prezentu, resztki fantazji skończyły się w grudniu, sklepy zamknięte, nawet nie miałam czasu przypilnować Mo, żeby zrobiła kartkę. Moja wina.