Kobieta pod wpływem

Tak, zaraz się zabiorę do pracy, tylko jeszcze podzielę się z wami Cassavetesem i Geną Rowlands. Świechna napisała, że Gena niedawno zmarła i tak mi przypomniała jedną z moich najbardziej ukochanych par amerykańskiego kina.

Kiedyś, dawno, dawno temu prowadziliśmy w Dublinie lewacki klub filmowy Auntie Underground, oglądnęliśmy wtedy wszystkie filmy Cassavetesa i zaprawdę powiadam wam jest to kino, którego się nie zapomina. Cassavetes jako aktor grał w największych Hollywoodzkich produkcjach, jak na przykład Dziecko Rosemary, aby mieć kasę na kręcenie własnych.

I jakie to filmy! A Women under the Influence, Faces, Minnie and Moscowitz, Gloria – jak szukacie czegoś na jesienne wieczory, to jest to kino takie, że od razu żałuję, że już oglądałam.

Ale bez Geny nie dał by rady, w (prawie) każdym z nich jest ona postacią o której nie można przestać myśleć.

***

Znowu się nie wyspałam, obudziłam się o piatej. Menopauza? Stres początku roku? Choroba? Hormony przed okresem? Ktoś rzucił na mnie urok? Pełnia? Koniunkcja Marsa? I do tego śnił mi się dom w dół, zbudowany z pustaków, który zamiast ścian w górę miał ściany w dół, czyli w dziurę w ziemi. Czy to jest właśnie to, co teraz buduję? 😉

Kobieta na skraju

Postanowiam jeszcze zrobić w tym roku podłogę w kuchni, którą swego czasu pomalowałam na kremowo, co okazało się największą porażką dekoracyjną dekady. Farba wygląda tragicznie i tragicznie się ją myje, zrobiła się LEPKA i wszystko się do niej przylepia, każdy proch, brud, włosek, kłaczek i paproszek, utrzymanie jej w czystości to prawdziwa męka, pokuta na kolanach, wiecznie wyglądający na brudny wyrzut sumienia. I oczywiście NIKT tak jej nie umyje jak JA, o to w tym wszystkim chodzi nieprawdaż.

Przypomina mi się matka słynnej Dory, nieszczęśliwa pani domu u której Freud zdiagnozował ‚housewife psychosis’. Kobieta w wieku około menopauzalnym, która całymi dniami zajmowała się utrzymaniem porządku w przestrzennym wiedeńskim mieszkaniu zydowskiej klasy średniej.

Z nich dwóch, córki wpadającej w histeryczne spazmy z powodu nieuświadomionych erotycznych popędów i nieszczęśliwej, wiecznie sprzątającej matki bardziej mnie wzrusza ta druga, starsza i bardziej samotna, z przekwitłą urodą, kobieta, która dziś byłaby starąbabą i moherowym beretem. Myślę o obsesyjnych, nieustannych i od początku skazanych na niepowodzenie próbach uporządkowania świata, starcia kurzy, wypolerowania podłóg, całego tego codziennego, mrówczego buntu przeciw entropii, ciaglej beznadziejnej walce z brudem i robi mi się smutno.

Remont kuchni musimy niestety odłożyć na ‚kiedy skończę studia’, ale postanawiam kupić winylowe przyklejane kafle podłogowe. Pokładam w nich dużą nadzieję, że uchronią mnie przed ‚housewife neurosis’.

Znowu poniedziałek, leje

Synek wyjechał, a raczej wyleciał w środę do USA, przed wyjazdem zaliczając małą sprzeczkę z Re. A my w ulgą oddychamy w swoim domu, bo jednak goście, nawet ukochani, to trudne na małej przestrzeni, w domku z najmniejszą łazienką w Dublinie.

Byli grzeczni i starali się, ale ich wieczny bałagan był dla mnie takim małym ziarenkiem piasku na prześcieradle, które nie pozwala zasnąć (choć może raczej wkurzającym piaskiem z nieumytych po plaży stóp). Tu jedna skarpetka, tu kable, tu worek, książki, szmatki, gumki do włosów, cały stół w dużym pokoju zawalony tak, że nie mamy nawet gdzie usiąść, żeby zjeść. Wracali o północy i bach bach jedne drzwi i drugie, a ja się budzę i przez następną godzinę się wałuję po łóżku, w tę stronę i w drugą i na abarot i wkurzona na siebie, że jestem taka delikatna, no ale nic tu wkurzenie nie pomoże, jak nie mogę spać.

Dom wrócił do swojej przyjaznej postaci, uładzony i ułożony, znowu przestrzenny i wygodny, bez nagłych niespodzianek, cichy wtedy, kiedy potrzebuję. Mam wyrzuty sumienia, że wygodniej mi w domu bez własnego dziecka i choć oczywiście zawsze go przyjmę z dobrodziejstwem inwentarza, gdy się w życiu potknie, to jednak nasz dom jest za mały na CZTERY dorosłe osoby, żyjące swoim osobnym życiem. Doszłam do wniosku, że mogę mieszkać z moimi DZIEĆMI, ale z dorosłymi to już inna bajka. Nie mogę im zarządzać pobudek i ciszy nocnej, nie mogę wymagać, żeby jedli obiad wtedy, kiedy ja i żeby nie gotowali po nocy i nie kąpali się i nie gadali głośno. I tak dalej, nie mogę kontrolować ich życia, co powoduje, że oni wpływają na moje i chodzę niewyspana.

Ale na razie są w USA. Potem wracają do Dublina i ku mojemu zdumieniu postanowili na razie tutaj zamieszkać, podpisali więc wynajem malutkiego pokoju za 880 euro miesięcznie. O-O

Powoli wracamy do codziennego rytmu. W zeszłym tygodniu miałam moje zajęcia na uniwerku, siedziałam od 9 do 5 z otwartą buzią, chłonąc doświadczenie, mądrość i wiedzę naszych wykładowców, wracałam do domu podekscytowana i szczęśliwa, że się na to zdecydowałam. Wszystko jest ciągle niesamowicie ciekawe, ale wydaje się również coraz trudniejsze w praktyce, bo najważniejszym narzędziem pracy kogoś takiego jest jego własna psychika, umiejętność spokojnego MYŚLENIA o tym wszystkim, co przynosi druga osoba do gabinetu. Mówią nam, że terapeuta musi być PORUSZONY historiami pacjentów żeby dobrze pracować, nie może być ciocią Dobra Rada, ale do tego trzeba mieć samemu dobrze poukładane w głowie.

No i czy ja mam?

Zaczynam od poniedziałku

W ten świeży poniedziałkowy ranek jadę  na pierwsze zajęcia. To już ostateczny koniec wakacji. Wczoraj jeszcze szybka kąpiel dla Palestyny (powietrze stopni 15, woda 14) wraz z innymi wariatami, dziś uczesana i ułożona, niekontrowersyjna. Jadę.

Zeszły tydzień był trudny, wesołe spotkanie ze smutnymi wiadomościami, stresująca rozmowa, która okazała się bardzo stresująca, ale poczułam to dopiero po, kiedy wystrzelona w kosmos obudziłam się nad ranem i nie mogłam zasnąć. Było trudno, ale wierząc w to, że mam rację nie ugielam się i nie zgodziłam się nic podpisać. Byli wkurzeni, ale nic nie mogli zrobić, bo mam takie prawo. No, ale teraz jestem na widelcu i muszę się bardzo pilnować. Trudno kłócić się  z instytucją, bo może przejechać po tobie jak walec.

Pierwszy dzień po urlopie

był w miarę łagodny.

Czego nie można powiedzieć o ostatnim dniu wakacji, bowiem kiedy przyjechaliśmy, Adek jeszcze sprzątał poimprezowo.

Nie cierpię wracać do brudnego domu i tak, jak kocham moje dziecko i lubię jego dziewczynę, bałagan, jaki oni wprowadzają, jest czasem nie do zniesienia. Wiem, że ‚kiedy te dzieci się nauczą sprzątać’ to pytanie retoryczne z tej samej półki, co ‚jak karmić niejadka’ i ‚kiedy dziecko zacznie przesypiać całe noce’, ale człowiek potrzebuje jakiejs nadziei. Jako ciekawostkę dodam, że dla odmiany moja córka uwielbia układać swoje rzeczy, brat mi wysłał właśnie zdjęcie znad jeziora gdzie była z jego chłopakami, na którym to zdjeciu Mo jak Marie Kondo siedzi obok walizki z równiutko poskładanymi rzeczami, w kontraście do chłopaków i ich walizek , które wraz z ciuchami rozpełzły się na resztę pokoju. Co do Adka to nie wtrącam się jak mają w swoim mieszkaniu/akademiku/wynajmowanym pokoju, ale w moim domu od razu strzela mi żyłka i czuję kompulsję sprzątania żeby mieć wokół siebie tak, jak lubię.

Ale wracając do pracy – otworzyłam maile, wysłałam parę odpowiedzi i to by było na tyle, nawet jedno dość stresujące spotkanie zostało odwołane. (Znowu męczą mnie zmianami w kontrakcie, które są dla mnie mniej korzystne niż stan obecny, postanowiłam więc ich nie podpisywać, a oni postanowili kontynuować piłowanie czachy namawianie mnie). Nie musiałam się odgrzebywać w pracy, bo odgruzowałam stanowisko przed urlopem i wszystkim posłałam jasny komunikat, że mnie nie ma:)

Przygotowuję się psychicznie do wymagającego roku, na razie mniej więcej wymyśliłam temat magisterki. Dumam jak poukładać klocki mojej pracy, studiów oraz szkoły i zajęć dodatkowych Mo, każdy rodzic zna to wpatrywanie się w plany zajęć, kalendarze spotkań i lekcje dodatkowe i układanie tych tetris tak, żeby się potem nie rozsypały.

W zeszłym tygodniu dostałam pracową wiadomość, której się obawiałam od paru lat, na szczęście jak wiadomo zaczęłam plan B i moja radość z tego faktu nie ma końca.

Powinnam czytać teksty na zajęcia w przyszłym tygodniu. Powinnam czytać książki do magisterki. Powinnam pisać program trzech nowych przedmiotów. Przymierzam się, ale na razie nie mam wystarczająco dopaminy.

Ciąg dalszy wakacji

Za dużo książek do czytania, za dużo ciekawych rzeczy, a już za 21 lat będę miała lat 70! A tu wszystko nieprzeczytane! Gdzieś wyczaiłam nowego Ledera Ekonomia to Stan Umysłu, z ust mi to wyjął. Nie wiem, kiedy to przeczytam, bo przede mną grzebanie do magisterki, jak to jest, że wszystkie rzeczy są TAKIE ciekawe, dopóki nie staną się obowiązkiem?? Czytam więc Class and Psychoanalysis powoli, uważnie, co rusz się rozpraszam i przełączam na Rosenfelda i wiem, że gdybym nie myślała, że powinnam, to bym wsiąkła i podczytywała w tramwaju, w łóżeczku przed snem, przy śniadaniu, kiedy tylko bym mogła się dorwać…

Przyjechał Mi znad morza. Mo pojechała z chłopakami i moimi braćmi nad jezioro. Jak patrzę na tę bandę sześciorga bachorów, to czuję, że mają wakacje życia. Niestety, oprócz Mo same chłopaki. Siedzą na Mazurach tym razem, pływanie na kajaku, łowienie ryb, skok na koło dmuchane i materac i ciągła zadyma. Dziś brat zabrał wszystkich do Olsztyna, przesłał fotkę po wizycie w planetarium i po minach dzieci od razu zobaczyłam, że mega nuda. Nie wiem, jak wytrzymują z taką bandą w domu, moja bratowa chyba będzie musiała pojechać na wakacje po wakacjach, żeby odpocząć.

A my śpimy we dwójkę z Mi w gabinecie snów i już miałam dwa znaczące sny, proszę!

Z rzeczy przyziemnych, zrobiłam sobie okulary – szylkretowe, bardzo psychoanalityczne, stwierdziła Idzia, kiedy wysłałam zdjęcie na whassappa. Myślałam, że lepiej tu niż w Irl, ale okazało się, że ceny w Polsce dorównały. Kawka w knajpie 5 euro, okulary zwykłe 900 zł, czyli 200 euro, a progresywne – 2500 zł. Poprzestałam więc na zwykłych, bo stare już tak porysowane , że wydawało mi się, że jakiś paproch mi na oku siedzi. Ale niestety, muszę też zrobić progresy w Irl, głównie do wykładów online i czytania na komputerze.

Ukryłam się przed mamą u siostry na górze, do mamy przychodzi pani Gienia na dwie godzinki rano i wieczorem, to mam spokój, bo inaczej, to refleksyjne ‚a co mam teraz robić, Aniu?’ w kółko. U siostry mieszkanie jak w serialu, country kitchen i Ikea, przestrzeń, cisza, spokój, cykanie zegara, to udaję, że czytam;)

Sanatorium pod Staruszką

Ze starymi ludźmi to jak z dziećmi, tylko odwrotnie. Wszystko ma swój czas, a każdy dzień ma swój powtarzalny rytm, ale czas płynie bardzo powoli.

Rano leki, te, które na czczo, potem śniadanie i leki. Te, które po jedzeniu. Przebieranie.

Picie.

Odpoczynek.

Potem ćwiczenia, 20 razy rękami z laseczką za głowę, 20 razy nogami do góry. Podciąganie się na trójkącie.

Odpoczynek.

Potem siadanie i spacerek, dwa razy z chodzikiem wokół stołu. Dłuższy bok prostokąta, powoli, drepczemy, drepczemy i drepczemy, skręt w lewo, bok krótszy, drepczemy, skręt w lewo, bok dłuższy, drepczemy, drepczemy, drepczemy, skręt w lewo, bok krótszy, drepczemy. I jeszcze raz, bok dłuższy, drepczemy …

Wracamy do pokoju.

Odpoczynek.

Picie.

Krótka drzemka.

Odżywka dla sportowców w płynie.

Drzemka.

Potem znowu chodzik, ale tym razem drepczemy do fotela na kółkach, siadamy, okulary przeciwsłoneczne i jedziemy na taras.

Odpoczywamy.

Może krótka drzemka, może zaduma.

Bujanie w obłokach

albo w przeszłości.

Wracamy.

Na chodzik i do łóżka.

Drzemka.

Obiad. Łyżka po łyżce (czemu to nie zmielone? Mamo, nie jesteś niemowlakiem, nie będę Ci mielić!)

Leki.

Picie.

Mineło pół dnia.

Czas płynie powoli. Ja czytam. Robię gimnastykę. Jem śniadanie. Czytam. W trakcie jednej z drzemek idę pobiegać. Odpoczywam.

Gra radio Pogoda (od kiedy kontrolę nad radyjkiem przejęły mamuni dzieci, Radjomaryja zostało wygnane na banicję).

Nawet z mamą dużo nie rozmawiam, mama już nie ma dużej potrzeby rozmawiania. Nie ogląda też telewizji, może dlatego, że jej nie ma;D (Pytałam, czy chce – nie chce.)

Mama teraz głównie JEST. I MYŚLI.

(Mamo, nudzisz się? – Nieeee, myślę sobie!)

Zajęta bujaniem w chmurach i czytaniem smsów ze swojego swojego ciała (oj muszę na toaletę! Oj, coś mi w brzuchu burczy!)

Skurczyła się w swoje ciało, zmiejszyła tak, że cała psychika mieści się teraz w środku. Nie bardzo jej interesuje, co poza obrębem jej skóry, a jak interesuje, to są to takie fantazje, do których ktoś z zewnątrz nie ma dostępu.

I z tej cielesności czasem powie coś, jakby błyskawica rozdarła ciemne pokrywy chmur, coś tak celnego i mądrego, że nie mogę uwierzyć. Na przykład dziś ni z tego ni z owego mówi, że ojciec zawsze krzyczał, bo był bardzo niepewny siebie, był takim biednym, małym, najmłodszym, obdartym dzieckiem, dopiero ten krzyk mu dodawał animuszu.

Jakie to celne!