Jak nie działać

Weekend spędziłam na walce z oporną materią językową, jestem obecnie na etapie ‘nie ma szans, żebym to napisała’. Jeszcze nie mam w głowie obrazu całości, słowa nie chcą mnie słuchać, kotłują się, biją i uciekają, a do tego opowiadam historie, a mam zrobić kwerendę tego, co kto na temat napisał, suchą i nudną. Wymyśliłam sobie fantastyczny temat, ale na razie słabizna.

Wczoraj odwiedzili nas Ad z Re, przyszli do Mo, bo Mi jako osoba aktywistyczna wyjechał protestować na lotnisko Shannon, a ja zakopana w papierach. Fajnie, jak Ad i Re mieszkają w Dub, musimy korzystać teraz, bo mają plany, żeby się jednak wyprowadzić – płacą 1000 euro za mały pokój w domu z POJEDYNCZYMI SZYBAMI w oknach. Na razie się rozglądają i myślą, nie chcą na wieś, bo jak to młodzi ‘a co my będziemy na wsi robić?‘. Ja ich rozumiem, bo jak kocham wieś i chciałabym być wieśniarą, to w głębi duszy nie jestem, lubię mieszkać w mieście i dziękuję opatrzności, że nam coś nie strzeliło do głowy, jak szukaliśmy domu, że może pod Dub, że może bliżej morza, że może piękny krajobraz i duży ogród, a teraz byśmy spędzali cudowne godziny w samochodzie dojeżdżając do pracy, na uczelnię, wożąc Mo na zajęcia gimnastyczne, plastyczne, muzyczne i tak dalej. Więc nie, na wsi nie. Choć ostatnio bardzo mi się takie Greystones spodobało, może na starość, na emeryturę się gdzieś tam nam uda przenieść, a może za 10 lat jak już Mo będzie sobie sama na studia dojeżdżała. Takie pomysły snują mi się po głowie.

Przemyśliwuję też sobie ostatnio różne rzeczy, np. dlaczego ludzie nie chcą iść na terapie, choć wszelkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że terapia ma szansę im pomóc. (Są oczywiście powody finansowe, ale dość często powody finansowe to wymówka, żeby czegoś nie zmienić, bo jakoś zawsze bardziej racjonalne wydaje się wydanie na wakacje/samochód/remont łazienki czy kurs włoskiego). Ja pamiętam, że oprócz tych wszystkich racjonalizacji i wymówek, miałam dwa największe strachy, jeden, może nie racjonalny, ale chyba powszechy, że terapia mnie zmieni, że będę ZUPEŁNIE INNĄ OSOBĄ, że nie będę już tym, kim jestem. Brzmi to trochę śmiesznie, no bo przecież po to właśnie idzie się na terapię, żeby się zmienić, ale strach przed utratą samego siebie, choćby najbardziej pokaleczonego, jest dość podstawowy. Jest to strach przed zniknięciem, nieistnieniem, anihilacją. Ja się autentycznie bałam, że stanę się kimś innym. Może chodziło o to, że ten ktoś inny, w kogo się zmienię, będzie ukształtowany przez terapeutę/tkę, nie będzie moją własną emanacją samej siebie?

Z tym jest związany strach drugi, że terapeuta będzie coś SUGEROWAŁ, czyli mi WMAWIAŁ, albo mną manipulował, wymyślał, rzeczy, których nie czuję i wmawiał mi, że one są w mojej NIEŚWIADOMOŚCI. Jest to chyba też strach powszechny i dość częste postrzeganie roli terapeuty jako kogoś, kto coś SUGERUJE I RADZI. A sugerowanie i radzenie to są dwie rzeczy, które są w naszych studiach postrzegane jako błędy kardynalne, właściwie większość tego, czego się uczymy, to jak NIE ROBIĆ, niż jak coś robić – jak raczej NIE MÓWIĆ, niż mówić, jak nie radzić, nie naprawiać, nie robić niczego za pacjenta, nie zabierać mu sprawczości. Winnicott kiedyś powiedział, że terapeuta interpretuje (komentuje) głównie po to, żeby pokazać pacjentowi, że terapeuta też może się mylić. (Tutaj mam taki cudny cytacik z tekstu, który właśnie czytam na jutrzejsze zajecia: Quite unexpectedly one day Miss K reflected on her relationship to me saying it
was different from any other that she’d ever known: ‚You don’t press me into
any kind of shape. You give me elbow room and space to move around in‚*)

Na moim szkoleniu uczą, jak kogoś zrozumieć. Najbardziej absurdalne, z mojego punktu widzenia, uczucia i fantazje mają sens z punktu widzenia osoby, która je odczuwa, są traktowane jako racjonalne w kontekście tego, co jej się przydarzyło, jej środowiska, przeżytych traum i świata wewnętrznego. Zrozumienie to właściwość nie tylko intelektualna, ale też emocjonalna, oznacza współ-czucie, czyli poczucie tego, co czuje pacjent, co jest podstawa każdej ewentualnej interwencji. Jeśli tego się nie potrafi, to nie ma szans na sukces. Ale rozumienie nie oznacza roztkliwiania się, usprawiedliwiania czy obsadzenia siebie w roli wybawiciela, a pacjenta w roli ofiary, czasem jest odwrotnie, pacjent zamienia się w prześladowcę, a terapeuta (czasowo) godzi się na bycie najgorszą osobą na świecie, dopóki to jest potrzebne pacjentowi. Oczywiście, zgoda na prześladowanie przez pacjenta musi się mieścić w pewnych ramach, do takiego stopnia, do jakiego jest to potrzebne komuś, żeby się spotkał ze swoją agresją. Jak można się domyśleć, jest to dość skomplikowane i nie za bardzo mam tu miejsce, żeby wchodzić w szczegóły, bo oczywiście prześladowanie terapeuty nie może przekraczać granicy cielesnej itd. Ale wiemy, że pacjenci ‚wyżywają’ się na terapeut/kach i kiedy terapeuta potrafi się nie mścić, tylko ‚pokazywać’ co się dzieje, może to być czynnik leczący.

Ciekawe jest też, że największe lęki wzbudzają formy terapii najbardziej niedyrektywne, czyli takie, gdzie terapeuta mówi najmniej, a już na pewno nie radzi i nie sugeruje, jak psychoanalityczna czy psychodynamiczna, a te najbardziej dyrektywne, jak kognitywno-behawioralna, gdzie terapeuta ma bardziej aktywną rolę – sugeruje, modeluje, zadaje prace domowe, częściej się odzywa – są łatwiej akceptowane. Studiuje z nami psycholożka kliniczna, która prowadzi terapię bólu w szpitalu i opowiadała nam, jak w pracy ma różne schematy działań i reakcji, prawie jak w programie komputerowym, że jeśli A to B, a jeśli C to D i po dziesięciu latach takiej pracy z pacjentami zaczęło ją to coraz bardziej uwierać, bo widzi, jak płytko może pracować, jak to pomaga w najmniej skomplikowanych przypadkach, a cała reszta ludzi po 10 spotkaniach dostaje wypis, że skończyli kurs i tyle. (Ale nas też uczą, że jak pacjent jest bardziej oderwany od rzeczywistości, to musimy być bardziej obecni niż standardowo, częściej się włączać i odzywać, żeby nie miał poczucia jeszcze większego odrealnienia.) Cała ta historia z infantem, czyli obserwacją niemowlęcia, to też jest trening jak NIE DZIAŁAĆ I NIE RADZIĆ i okazuje się to takie trudne! Mamy często chcą nas widzieć w roli eksperta, mimo, że wiedzą, że jesteśmy tylko studentami. Mama mojego niemowlęcia często skarży się na nieprzespane noce, kłopoty z karmieniem butelką, czy treningiem czystości starszego dziecka i od razu czuję wtedy coś takiego, że mam ochotę coś jej od razu doradzić, powiedzieć, co wiem, bo coś tam już wiem, wskoczyć w rolę cioci Dobra Rada. Ale nam nie wolno. I jest to bardzo trudne.

Myślę jeszcze, że ludzie często boją się bólu psychicznego, rozdrapywania starych ran, tego całego ‘i po co to komu?’ Ja akurat dawno temu byłam już w takim stanie, że niczego się nie bałam, bo nie mogłam sobie wyobrazić, że może być coś bardziej bolesnego od tego, co czułam. Jak ktoś bym mi wtedy powiedział, że odetnie mi rękę i przestanie mnie dusza boleć, to bym to na serio rozważała. Bo wszystko wokół było jak popiół, jak krajobraz po bitwie. Ale wiem, że strach przed rozgrzebywaniem ran jest dość częsty. Ludzie boją się też ruszania całego, często chorego układu rodzinnego, że jak się zdecydują na A to będą musieli powiedzieć B, czyli – nie wiem – rozwieść się albo wyprowadzić z przemocowego domu. A jak mają się wyprowadzić, jeśli nie wierzą, że w ogóle można mieć dom nieprzemocowy?

No i takie rozkminki chodzą mi po głowie.

*Całkiem nieoczekiwanie pewnego dnia panna K, zastanawiając się nad swoim stosunkiem do mnie, stwierdziła, że różni się on od wszystkich innych, jakie kiedykolwiek znała: „Nie zmuszasz mnie żebym przybrała jakiś kształt. Dajesz mi miejsce na rozpychanie się i przestrzeń, w której mogę się poruszać’ (Winnicott, 1980, Fear of Breakdown. A Clinical Example’)

Padada

Pada, mokro, wilgotnie, mglisto.

Poszliśmy z Mi na spacer po okolicy, pozaglądać ludziom w okna.

Kupiłam w Lidlu hosty do posadzenia pod płotem. Muszę przyciąć róże! Narcyzy już nie mogą dłużej czekać:

Mam wrażenie leniwego dnia, a jednak od rana walczę z oporem materii w temacie praca mag. Wczoraj Mo została zabrana prosto ze szkoły na nocowankę, więc mieliśmy cały dzień i wieczór dla siebie. To chyba starość, kiedy człowiek cieszy się, że ma cały dzień na pracę, a wieczorem przedkłada obejrzenie filmu we własnym łóżku i wyspanie się, nad wyjście do knajpy. Ale skończyłam papiery do jednego kursu, a dziś wstaliśmy o dziewiątej rano z tym cudownym uczuciem jakie się ma po całej nocy dobrego snu. Gimnastyka, dobra kawka i znowu papierzyska, choć elektroniczne. (Pod choinkę kupiłam Mi matę do jogi i teraz ćwiczy ze mną).

W przerwie kupiłam sobie 7 ciuszków na przecenie w Benettonie, dwa swetry koloru wściekłej fuksji, wściekle zielone spodenki i trzy koszule do pracy, jedna różowa, jedna biała w wielkie czarne grochy i jedna granatowa. I torebeczkę w serduszka. Kocham ich kolory i tkaniny, a zadowolenie z życia można mierzyć u mnie na skali tęczy – im więcej mam czystych kolorów na sobie, tym lepiej się czuję. Dawno, dawno temu, kiedy czytałam Simone de Beauvoir, nosiłam prawie wyłącznie czerń, wiadomo, co nosi nastolatka, której się wydaje, że jest zbuntowana. Im jestem starsza, tym rzadziej noszę żałobę, jako i szarość, albo inne nudne spokojne kolory. Życie jest wystarczająco nacht und nebel, żebym jeszcze się musiała tak ubierać.

A wczoraj w Irlandii wprowadzili ograniczenie prędkości na drogach lokalnych z 80 do 60 km/godz, co mnie ogromnie cieszy. Na autostradach jest max. 120, na drogach ekspresowych 100, regionalnych 80 a lokalnych teraz 60. I mają dwa razy mniej wypadków śmiertelnych niż Polska, gdzie wszyscy jeżdżą ‚szybko ale bezpiecznie’.

I tak mi się w oczy rzucił jakże trafny slogan:

Pożyczone z tej strony

Krótka przerwa

pomiędzy spisywaniem obserwacji infanta i produkcją dokumentów na rewalidację. W sypialni, gdzie dziś pracuję, jest obecnie stopni

😱

Włączone ogrzewanie nie podniesie temperatury powyżej 18 stopni, bo jak w sypialni jest 18, to w pokoju na dole 22, więc za gorąco. Muszę poważnie pomyśleć o ociepleniu strychu.

Karuzela mi przypomniała moje kąpiele w morzu w ciąży, w lutym czy listopadzie. Zimne kąpiele są bezpieczne dla ciężarnych, a moja córka ma na imię Móirín, co oznacza w wolnym tłumaczeniu z irlandzkiego Jasna-jak-morze:) Okazało się, że jest to bardzo tradycyjne irlandzkie imię, coś jak nasza Kazimiera i wszyscy moi irlandzcy znajomi, jak je słyszą, to się cieszą się i mówią ‚Ooo jakie piekne imię! moja prababcia miała tak na imię! Mo bardzo je lubi i pieczołowicie wyrysowuje tak zwane fada nad literkami o i i, czyli przedłużony akcent. (Pamiętam jak leciałam kiedyś do Polski i jakaś wścibska baba w samolocie usłyszawszy, jak wołam moją córkę obruszyła się na cały głos ‚a nie można było dać dziecku jakieś polskie imię?! Było to tak absurdalne, że aż się roześmiałam. Obca kobieta czuje się dotknięta tym, jak JA nazwałam SWOJE dziecko;) Za to na drugie ma Jutrzenka, pseudonim z AK mojej babci.

Pamiętam, że w ciąży robiłam ogólnie to, co chciałam i uważałam za stosowne, stwierdziłam, że będę się kierować jednynie własną oceną sytuacji (popartą literaturą fachową). Kąpałam się zatem w lodowatym morzu, jak też biegałam na pięc kilometrów i jeździłam na rowerze. Pamietam, jak kolega z pracy (imigrant z bardzo partiarchalnego kraju, może to istotne) bardzo się ofuknął, że jeżdżę na rowerze w ciąży, trochę mnie to wkurzyło, bo uważałam moje jeżdżenie za bardzo bezpieczne, byłam niesamowicie ostrożna i uważna i jeździłam wolno. Powiedziałam mu, że w Holandii wszyscy jeżdżą na rowerze cały czas.

Najbardziej niebezpieczną sytuację z rowerem miałam na przejsciu dla pieszych, kiedy to ja byłam pieszą i ruszyłam na ulicę na zielonym świetle, a jakiś rowerzysta wyskoczył na mnie tak, że mnie popchnął i prawie potrącił. Byłam w siódmym miesiącu ciąży i nie było widać brzucha, bo miałam płaszcz. Ciąża i wczesne macierzyństwo to czas trudny i trochę mistyczny, więc istnieje tysiące kulturowych zakazów i nakazów, niektóre oczywiście mają sens, a inne sensu nie mają za grosz, ale ludzie czują się w obowiązku mówić ciężarnej, co mniemają, że powinna, a co nie.

Mnie ostatnio zszokowało co innego, otóż ostatnie badania Instytutu Matki i Dziecka na podstawie analizy składu chemicznego włosa matki, która właśnie urodziła dziecko, wskazują, że w czasie ciąży alkohol piło 49% kobiet, w tym 11% regularnie i w dużych ilościach. I tu mi się włos jeży na głowie. Przyznam się szczerze, że w całej ciąży wypiłam dwa kieliszki wina czerwonego i się potem zastanawiałam, czy w ogóle było to sensowne.

PS. Przyszła wiosna w postaci Pana-który-kosi mi trawę. Jest Pan, jest wiosna. Muszę przemyśleć ten barbarzyński zwyczaj, ale mam pewne układy z panem, więc tego.

Ssssssspokój

Za nami Długi Weekend, dla nas nawet bardzo długi, bo w piątek szkoła Mo zamknięta z powodu braku wody. Weekend który spędziłam na pracy, jednej i drugiej, wczoraj jeszcze rzutem na taśmę machnęłam z 15 wypocin , a zabawy miałam przy tym co niemiara, bo część były to prezentacje, które studenci nagrywali i przysyłali, więc jeden nagrał tam, a drugi owam, jeden nie miał dobrego połączenia, więc widać piąte przez dziesiąte, drugi nie mógł wrzucić na Moodle, więc przysłał mi w mailu, trzecia wysłała link do dropboxa, tyle tylko, że dokument zahasłowany. Z tego wszystkiego Miś przeklinak włączył mi się wczoraj wieczorem i rzucałam kurwami, bo za dużo, za dużo.

I tak cały weekend siedziałam w papierach, z któtką przerwą na urodziny Mi, praca mag, sprawdzanie wypocin, papiery na egzamin, a jeszcze wróciła szefowa po 3 miesiącach i zagoniła nas do roboty nad rewalidacją, bo jednak będziemy mieli w tym roku, więc dodatkowa produkcja dokumentów pod dziurki w nosie. W moich trzech s nie ma stresu, więc staram się nie dać pochłonąć wymaganiom i presji czasu, może nareszcie przyszedł czas na spotkanie z perfekcjonizmem podlewanym narcyzmem i spokojne pogodzenie się, że mogę tylko tyle zrobić, ile mogę.

Wczoraj czułam się przytłoczona. Mówię sobie, że to tylko 4 miesiące i wszystko wróci do normy, a dziś świeci słońce i jadę sobie do mamy mojego niemowlaka. A potem do pani. A potem na zajęcia.

Sentymentalnie kontynentalnie

Co u mnie, ktoś mnie pyta przez telefon albo osobiście. Ano jak zwykle nic, u mnie nic się nie dzieje, poza nocnymi randkami ze zwierzakami pędzę życie przykładnie drobnomieszczańskie, wręcz hipsterskie, ktoś by mógł powiedzieć. Jeżdżę rowerem do pracy, piję kawę z mlekiem owsianym, robię sałatki z quinoi i granata i czytam książki, w dodatku, a fe! na czytniku. W przerwach chodzę do pani, obserwuję niemowlę, marzę o biblioteczce w sypialni, może być regał BILLY, nie jestem wybredna.

Muszę zainwestować w Billiego

W pracy rozmawiam o polityce, ze studentami i wykładowcami. Czemu ci amerykanie zagłosowali na Trumpa?  Pytanie wisi w kantynie w powietrzu zawsze, kiedy tylko tam wejdę, a ja się ich pytam ‚czemu ta Irlandzka polityka jest TAKA NUDNA?’ No bo tylko dwie partie, które w Irl rządziły od początku świata, dwie partie, z których nawet nie ma co wybierać, bo obie są liberalne, choć uważają się za centrowe, obie są spoko, obie są za gay marriage oraz oczywiście pro choice, obie są grzeczne i dobrze wychowane, reprezentują większość, przez co nikogo nie reprezentują. Przepraszam za te rozkminki, wiem, że życie polityczne Irlandii nikogo nie obchodzi, bo to mały kraik na środku oceanu, nie da się nan przejść suchą stopą, z czego wszyscy tutaj się cieszą, do czego rzadko się przyznają. No, bo neutralność, trzymanie sztamy z USA, a ewentualny ekstremizm kończy się jak zwykle, jak od 800 lat, na Brits Out! Oraz może the Troubles.

Mówię im o tym, że kładę Mo spać czasem o 22, ‚that’s very continental’ odpowiadają, na początku nie wiem o co chodzi, co to znaczy, że coś jest kontynentalne? A potem już rozumiem. Francja jest kontynentalna, piękna pogoda jest kontynentalna, picie wina do obiadu i podawanie czarnej herbaty dzieciom jest kontynentalne, tak samo jak późne kładzenie ich spać. Darmowe studia są kontynentalne i jazda na rowerze, pieczenie chleba, zbieranie grzybów, wszystkie fajne rzeczy, zabawa i dobre jedzenie są kontynentalne. Ja też, wychodzi na to, mimo, że z Europy wschodniej, to wciąż jestem kontynentalna.

Wczoraj przebiegłam pół miasta szukając wegańskiego tortu i może kawałka bezglutenowego ciasta. Dziś świętujemy urodziny Mi.

I pierwszy dzień wiosny, choć na kontynencie jeszcze zima.

Złyzwierz

Nie śpię, po nocach, czasami do szóstej rano. W nocy otwierają mi się przejścia w głowie, zwierzęta wyłażą na wolność, niektóre, warczą kąsają i gryzą. Nie mogę spać jak tańczą, zapadam w sen i budzi mnie skurcz, jak ugryzienie w serce, nie śpij! Nie śpij! Nie śpij!

Nie śpię.

Wchodzę głębiej w ciemy las. Nie chcę, ale wchodzę, bo jeśli chcę stać się, kim jestem, to muszę tam wejść. Zwierzęta biegają, słychać skowyt, las płonie. Rozgrzebuję stare rany, ściągami brudne bandaże, wsadzam palec, tam, gdzie boli, muszę czuć, muszę wiedzieć, muszę zawsze mieć to w pamięci, bo gdy zapomnę, gdy zamknę drzwi, to już na zawsze zostanę w plastikowym świecie, w pułapce wiecznego lunaparku pędząc na karuzeli z innymi nieszczęśnikami o zamkniętych oczach, nie wiedząc dokąd, ani po co, ani dlaczego, tylko szybciej i szybciej i szybciej otwierając puszki przesłodzonej koli i zatykając usta rosnącą w nich watą cukrową.

Ból jest ważny.

Dawno, dawno temu spotkałam smutnyzwierza, rozpoznaję go, kiedy wychyla głowę ze swej nory. Czas, żeby spotkać złyzwierza. Złyzwierz jest ważny, złyzwierz gryzie, jak ciebie gryzą, ale czasem gryzie wszystkich i swojego człowieka też i wtedy jest najgorzej. Złyzwierz zawsze tam jest, od początku czasu, tylko wolimy go nie widzieć, a ślady jego obecności tłumaczymy ‚historią’.

Nie jestem pewna, czy można oswoić złyzwierza.

Literatura Pany

Nie śpię, po nocy walę Żulczyka.

Lubię Wilq, scenka trochę mi się kojarzy z blogami o książkach. (Mam kompleksy/wyrzuty sumienia, że czytam tak mało literatury pięknej).

Dobra książka to przyjaciel, chujowa książka to nieprzyjaciel

wyszyję sobie na ściereczce kuchennej.

I jebać tych, co za plecamy czytają streszczenia!

Keep it Alive

Musisz je trzymać przy życiu, tłumaczę Mi, bo wreszcie zrozumiałam jak to jest z tym pisaniem i koniecznie, koniecznie muszę się tym podzielić. – Pisanie jest jak dziecko, musisz je karmić i doglądać, nie możesz samego zostawić na dłużej, bo się zgubi, skonfunduje, pomylą się wszystkie wątki. Albo jak zakwas, musisz codziennie mu sypnąć mąką, bo inaczej skiśnie, skwaśnieje, zrobi się niestrawny. Czuję się jakbym odkryła przepis na życie, a co najmniej na przetrwanie ważnej pisaniny.

W przerwie przy obiedzie podczytuję Żulczyka i nagle bach! Żulczyk się ze mną zgadza;) Tylko robi to po Żulczykowemu, czyli od strony degrengolady: Tekst nie dojrzewa. Tekst gnije. Jego sens paruje, ucieka w powietrze. Po miesiącu leżenia pokrywa go gruba kołdra pleśni. Gdy siada się do niego z powrotem, zaczyna się od czasochłonnych prac ratunkowych.

Piszę ku pamięci własnej.

Wczoraj

Leje, wieje, windy.com nie nastraja. Przewalają się prądy pogodowe jeden po drugim, więc nie zostało mi nic innego, jak siedzieć w domu i pisać;)

Ale za to wczoraj napasłam się rozmowami i śmichami chichami, najpierw w klasie, potem w przytulnym, drewnianym, tradycyjnym irlandzkim pubie (cydr już po 7.60 nożkuwamać!) na urodzinach jednego Brazylijskiego kolegi z roku. Jednak jestem wesołym futrzakiem, przekonałam się po raz kolejny, macham ogonem i szczekam i podskakuję z radości, kiedy jestem w grupie osób, które lubię, uwielbiam imprezy i towarzystwo ludzi, z którymi mam o czym rozmawiać. Teraz nareszcie mam z kim w tym Dub spędzać czas wgłębiając się w psychologiczne rozkminki, rozdzielając włos na czworo i wiercąc dziurę w brzuchu osobom innym niż własna rodzina.

Po jednym cydrze zaplanowałam wycieczkę do Wietnamu, akurat chłopak jednej naszej koleżanki jest Wietnamczykiem, po dwóch wymyśliłam potluck summer party u mnie w ogrodzie dla całego roku na zakończenie zajęć i oczywiście zaczęłam już zapraszać ludzi, na szczęście po wytrzeźwieniu pomysł nadal wydaje mi się dobry, a Mi wyraził aprobatę, a wiadomo, że z pomysłami po alko bywa różnie. Na tym kursie jesteśmy tak przemieleni emocjonalnie, że mamy kombatancką potrzebę spotykania się, czujemy się trochę jak weterani jakiejś psychologicznej gry wojennej, jakbyśmy wiedzieli co komu może odpalić i w jakim momencie. I dlaczego.

Wracałam do domu wdychając zapach mokrych liści i wilgoci, było ciemno, pachniało wiosną i oczekiwaniem na nie wiadomo co, na wszystko i nic konkretnego, niebo było pogodne, z knajp dochodziły głosy ludności świętującej koniec sztormu albo środek weekendu. Wydawało się, że jeszcze można naprawić świat.