Kategoria: Uncategorized
Zabezpieczony: Halloween, czyli każdy sobie rzepkę skrobie
Zabezpieczony: Popraw kolory, coś nie tak z kolorami
Zabezpieczony:
Zabezpieczony: Nananana, na rowerze w deszczu od rana
Uważajcie na siebie!

Dream furniture
Weekend bardzo pracowity. Sprzątanie zakończone,

a córeczka uruchomiła produkcję nowości pełną parą, oczyszczenie przestrzeni dało jej wyraźnie nowy impuls. Przez weekend walnęła pięć obrazków na płótnie, a raczej płócienkach 5 na 5 cm, bo jest minimalistką. Najwyraźniej jest teraz w okresie japońskim, bo wszystkie to kolejne wersje tej samej japońskiej świątyni.

Powiesiliśmy halloween dekorejszyn, najwyższy czas, szybki bill na naszej ulicy zrobił to w prawie miesiąc temu. Zawisła również w końcu grafika którą dostałam od przyjaciółek na 50tkę – pasuje mi idealnie.

Gosia Kulik została jedną z moich ulubionych artystek.

Pobiegliśmy, standardowo, 5k. Staram się wcisnąć bieganie, póki mogę, bo potem kontuzje, choróbska, niewyspanie i nagle robią się nici z kondycji.
Śpię zadziwiająco dobrze, jak na sny które miewam. Czytam o ‚dream furniture’ jak nasza nieświadomość wykorzystuje niezliczone fragmenty wrażeń i obrazów widzianych na jawie do meblowania nam snów. Fascynujące.
Odebrałam klucze do gabinetu, czy mój breloczek to przesada?;)

I nagle się przestraszyłam – czy jestem gotowa? Oczywiście, że nie, nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Ale będę musiała wskoczyć do tej wody.
Tak mało pytań
Sobota. Wczoraj Mi poszedł na koncert z naszym ulubionym kolegą, który właśnie przyleciał odwiedzić z Australii, a my z Mo miałyśmy pół piątku dla siebie.
Jakież to miałam plany na piąteczek!
Kąpiel w wannie w solach morskich, spacer, może ze dwa odcinki Yellowstone sama ze sobą, skoro Mi chyba nie namówię, bo ma organiczną alergię na amerykanizmy. Skończyło się na książkach i drutach, też dobrze. Kończę Sex, Death and Superego (ale to się czyta!), zaczęłam Being a Character Bollasa, czyli cały czas teksty fachowe na tapecie. Dodajmy do tego literaturę, z którą muszę być na bieżąco w pracy (doszedł mi nowy przedmiot o polityce społecznej, niestety – wymaga on mnóstwa grzebania, bo polityka społeczna się zmienia, nie tak, jak filozofia antyczna albo matematyka;), od stycznia mam kolejny, tym razem o migracji, sama chciałam, jest to mój oryginalny autorski pomysł, a to jak wiadomo oznacza kolejne upojne godziny spędzone na przygotowywaniu zajęć. No i oczywiście wychodzi na to, że znowu nie mam czasu czytać literatury pięknej. Jak to mówią – poczytam sobie w grobie ;D W dodatku im dłużej żyję, tym bardziej wolę powieści, które otwierają okienka w głowie, od tych, co zamykają, czyli prezentują pewną jedyną i prawdziwą narrację, gdzie wiadomo kto dobry, a kto zły, złole zostają ukarani, a dobrzy wynagrodzeni, my wiadomo jesteśmy mądrzy, a oni głupi i tak dalej. Ale może to jest kwestia okresu w życiu, niż samego doświadczenia – oto wpłynęłam na spokojne wody i lubię kiedy książka mnie trochę zmiesza i poruszy. Jak to mówią – tak dużo odpowiedzi, a tak mało pytań.
Jutro odbieram klucze od gabinetu. Musiałam również zainwestować w nowy numer telefonu, coby oddzielić sprawy pracowe od prywatnych.
A teraz muszę się zabrać za ogarnianie SZTUKI mojego dziecka, ratunku!
Zabezpieczony: Sztuka przez małe
Wspaniała ponurość
Piękny, jesienny, ponury dzień. Liście czerwienieją i żółcieją, nad miastem wiszą ciężkie szare chmury, jest cudownie wilgotno, pachnie grzybami i zbutwiałym drewnem. Wspaniały dzień na oddawanie się myślom onirycznym i snującym się jak dym po polach (albo smród po gaciach). Albo na słuchanie utworu WARSZAWA by David Bowie (nie mogę uwierzyć, że tak późno to odkryłam).
Albo na bieganie, ale pobiegliśmy wczoraj, więc dziś ciału należy się relaks.
Tym bardziej, że kiepsko spałam. Położyłam się wczoraj zadając mojej nieświadomości pracę domową ‚pokaż mi co w trawie’ (piszczy), wymyśliwszy sobie – jakże sprytnie! – wykorzystanie nieprzebranych zasobów archetypów i symboli, mając po cichu nadzieję, że nieświadomość nie tylko odmaluje co mi piszczy w trawie w duszy, ale również zajmie się rozwiązaniem piszczenia, czyli wstępną obróbką materiału. Skutkiem tego do pierwszej w nocy rzucałam się po pościeli z fragmentami snu i jawy pod powiekami, które zdawały się dotykać tematu ‚moi przyszli pacjenci’, przy czym nieświadomość postanowiła go niezmiernie szeroko potraktować i puścić wodze fantazji. Nie pytajcie co widziałam, zaraz po obudzeniu zajęłam się zapominaniem:D
Mogłam się tego spodziewać, po tym, jak cały poniedziałem byłam podekscytowana, bo superwizorka dała mi rano zgodę na przyjmowanie pacjentów (klientów? czort wie, jak ich nazywać), więc ja – o naiwna! – się cieszyłam oczywiście jak głupi do sera. A tu w nocy Hitchcock i American Psycho zawitali. Zatem wałowanie się, potem pobudka o jakiejś koszmarnej godzinie, kiedy jest jeszcze ciemno! (kiedy moje ulubione przestawianie czasu?).
No, ale dziś jest nowy dzień. Jesień. Ciepło. Ponuro. Zaraz odbieram córeczkę ze szkoły. Może nawet zajmę się ogrodem (nie sądzę, ale przyjdzie pan do koszenia, a to zawsze pomaga).
Teatr w niedzielę bardzo fajny jako wydarzenie, choć słaby jako przedstawienie. Była to sztuka wg. reguł Boala (o tutaj na przykład fajny artykuł o tym), czyli teatr który ma na celu społeczną transformację. Tutaj – sztuka o imigrantach w Irlandii wystawiona przez imigrantów w Irlandii. Były tam prawdziwe emocje i trudne prawdy, a jednak coś więcej trzeba, żeby przedstawienie było sztuką – trzeba artysty, czyli kogoś, kto przełoży te emocje na wymiar uniwersalny, na coś, co może być zrozumiałe również przez tych, którzy takich doświadczeń nie mają. No ale mi się podobało z innych względów i chętnie wzielabym na to moich studentów, jeśli jeszcze będzie okazja, bo przemawia do mnie idea teatru jako próby znalazienia głosu przez mniejszości, które tego głosu nie mają.