Co ludzie powiedzą

Dwa przedstawienia – wczoraj i przedwczoraj. (Nie będę pisać recenzji, bo kogo interestują recenzje sztuk których nie widział i na które się nie wybiera? A zatem tylko refleksje, socjologiczno-psychoanalne).

Dobry, porządny teatr, tradycyjny czyli gadany, bez olśnień, ale też bez wtopy, w tematyce, powiedzmy – kobiecej. Na marginesie – czy jest jeszcze podział na tematykę kobiecą i nie-kobiecą? ‚Tematyka kobieca’ brzmi seksistowsko, ale poród, poronienie, aborcje, ukrywanie ciąży to to jednak były i są sprawy – albo raczej problemy – kobiet, niezależnie od naszej oceny, czy tak powinno, czy nie powinno być. (Nie, nie powinno). I tak też było to ujęte w sztukach. Pierwsza, BAN, czyli KOBIETA, to katolicka, parafialna Irlandia końca dwudziestego wieku, nieślubne dzieci, ukrywanie ciąży i strach ‚co ludzie powiedzą’, czyli ksiądz & co. Taki strach przed tym, co ludzie powiedzą nie był bezpodstawny w kontekscie wysyłania kobiet do pralni św. Magdaleny i umieszczania nieślubnych dzieci w niechlubnych przytułkach, w których umierały one na potęgę. Dlatego oficjalna statystyka do dziś nam mówi, że w Irl w 1950-1970 tylko 4% dzieci było rodzonych poza związkiem małżeńskim, a w praktyce wiele najmłodszych się dowiadywało po latach, że ich dużo starsza siostra jest tak naprawdę mamą, a mama – babcią. Jeśli ktoś jest zainteresowany wpływem kościoła katolickiego na seksualność polecam artykuł The Catholic Church and Married Women Sexuality , kawał dobrych badań socjologicznych od których nadal włos się jeży na głowie. Młode mężatki w późnej ciąży, które nie wiedzą, którędy dziecko będzie wychodziło, i boją się, że rozprują im brzuch ‚czyms w rodzaju sierpa’, kobiety z ósemką dzieci, które na spowiedzi mówią księdzu, że nie mają co do garnka włożyć, bo mąż wszystko przepija i nie chca miec wiecej dzieci, a że nie było żadnej antykoncepcji, to muszą mężowi zacząć odmawiać seksu, a ksiądz im na to, że nie da rozgrzeszenia, i ‚wróć córko kiedy będziesz gotowa mieć rodzinę’. Kobiecie z ósemką dzieci. No i Irlandia cały czas tę traumę przerabia, BAN to sztuka młodej reżyserki, która wychowywała się już w zupełnie innej rzeczywistości, ale widać, że mierzy się z tym, co było, widać, jak jej się w głowie nie mieści, że wszystko te rzeczy to były kobiece sprawy, które się żyło, ale o których się nie mówiło. W sztuce nie ma mężczyzn, bo w tym czasie, jak kobiety rodziły, roniły, wychowywały i karmiły, to mężczyźni robili politykę, siedzieli w pubie, albo pisali arcydzieła literatury światowej.

Sprawy kobiece są też osią drugiej sztuki, polskiej, na której byłam wczoraj. Poród, który kończy się tragedią i tragedia, z którą nie wiadomo co zrobić, nie wiadomo jak sobie poradzić i jak nadać jej jakikolwiek sens. Rodzina, która chciałaby, żeby tę tragedię kobieta jakoś porządnie nosiła, przerobiła, zakończyła, jeśli nie jakiś inny, to może społeczny sens jej nadała – włożyła żałobę i była smutna. I kobieta, której uczucia nie mieszczą się w społecznie wyznaczonych ramach przeżywania tragedii. Tragedia, która jest nie do wyobrażenia, rozsadza formy żałobnych rytuałów i norm codziennych. Zagubiona rodzina, kobieta, która jest w piekle, z którego nie chce/nie może wyjść. Sztuka kończy się pozytywną nutą, która nie do końca mnie przekonała, choć może była potrzebna, żeby nie zostawić nas wszystkich widzów z gorącym kartoflem żałoby, tylko zamknąć jakoś temat i dać nam wszystkim poczucie sensu i nadziei.

Jeszcze jeden wątek w obu przedstawieniach mnie zastanowił: ‚co ludzie powiedzą’. I tak, jak w pierwszej historii ‚co ludzie powiedzą’ miało wymiar bardzo konkretny, od tego bowiem zależeć mogło całe życie dziewczyny – to, czy zostanie w domu rodzinnym i sobie jakoś jednak poukłada życie, może nawet wyjdzie za mąż, czyli ‚wszystko bedzie dobrze’, w drugiej z ‚co ludzie powiedzą’ został już tylko wymiar symboliczny, bo we współczesnej Polsce praktyczny wpływ społeczności na życie matki jest żaden – nie grozi jej bycie karnie wysłaną do instytucji. A jednak była to sprawa istotna dla jej własnej matki, drżącej ‚żeby cię ludzie na języki nie wzięli’.

Przyznam się, że ja tego nie znam i nie bardzo rozumiem, ale wiem, że istnieje. Miałam to szczęście, że w mojej rodzinie nigdy nie było ważne, co ludzie powiedzą, istotne było co się tak naprawdę dzieje i jak się czujemy, a nie opinia sąsiadów, krewnych i koleżanek z pracy. Jako dziecko to ja się trochę wstydziłam, kiedy nasza mama cała dumna nas wszystkich przedstawiała – to jest Kasia, Rysiu, Misiu, Basia i Zosia, rodzina wielodzietna, czyli w oczach niektorych ludzi – patologia. Nasza mama miała gdzieś opinię sąsiadów i wszystkich świętych i tego nas nauczyła, co też nie jest dobre i długo musiałam się sama uczyć, że opinia też czasem jest ważna. Zastanawiam się, czy to nie jest różnica kulturowa, która wrasta w człowieka – pomiędzy, powiedzmy, kulturą miejską i wiejską – w małej społeczności twoje być i nie być zależy od tego, co ludzie o tobie mówią, jeśli oszukujesz, ludzie to wieść się niesie i wkrótce nie będziesz mógł robić interestów, jeśli uważają cię za niegodnego zaufania, nikt ci tego zaufania nie udzieli. W Irlandii nawet umowy o pracę nie muszą być pisemne, równie ważna jest umowa ustna, bo społeczność jest mała i wszyscy się przeważnie znają, a ludzie, którzy mieszkają od 20 lat w małej miejscowości nadal są traktowani jak ‚przyjezdni’ (blow-ins). W mieście jesteśmy bardziej anonimowi, zmieniamy pracę, przeprowadzamy się, a zatem co ludzie mówią nie jest aż TAK istotne, człowiek uzyskuje wolność od ścisłej, duszącej kontroli narzucanej w małej społeczności.

Ale możliwe, że to bardziej kwestia charakteru, kwestia tego, czy osoba ma bardziej skłonności do wstydu, uczucia bardziej dziecięcego, związanego z tym, jak mnie ludzie widzą, czy winy, która jest związana z zauważeniem drugiego człowieka i zrozumieniem, że mogło się komuś wyrządzić krzywdę.

A zaraz idziemy znowu, do teatru oczywiście:D

Poszukuję kota w worku

Omatkojedyna, wygląda na to, że sama się uszczęśliwiłam za jakieś własne grzechy.

Zaraz idziemy do teatru, tym razem Irlandzki BÁN luźno oparty na sztuce Lorki. Sekrety rodzinne, cztery siostry, dramy i dylematy, czy mówić, czy zachować dobre relacje, a raczej czy da się być szczerym w rodzinie, czyli dobra rozkminka. Brzmi zachęcająco, tym razem to Abbey theatre, w którym nie pamiętam, czy byłam kiedyś? chyba byłam.

Problem w tym, że jestem okropnie zmęczona, bowiem pobudka dziś o piątej, łeb nawala bo wczoraj zasnęłam późno, jak już od paru dni, zasypiam późno, wstaję wcześnie, nie mam czasu przerobić myśli kłębiących się w głowie po wieczornych dyskusjach, te nocne wykłady i ranne zajęcia mnie wykończą. A do tego zimno się bardzo zrobiło, więc dziś marzę tylko o posiedzeniu z książeczką i może grzanym winem i wzięłabym ciepłą kąpiel i poszła bym wcześnie spać, takie oto mieszczeńskie mam marzenia.

A tu teatr czeka. I nie tylko, bo jutro znowu zajęcia od 9 do 17 a po zajęciach – tadadada! oczywiście, bo jakżeby nie – idę na kolejną sztukę, tym razem polską. I w niedzielę powtorka.

Prawdę mówiąć jak o tym myślę, to nienienienie, robi mi się coś na nie, najchętniej to zasnęłabym na zimę i obudziła się na wiosnę i wtedy mogę iść i szaleć, założę różowe spodnie i okulary i heja na imprezę do rana.

Żyć już nie chciala, choc do teatru chadzala,

Bo się nie wysypiala.

Ale cóż, nie ma lekko, kultura nie czeka.

Kwaśna Pani

Pani z muzyki jest kwaśna.

Zapomniałyśmy zeszytu z nutami i Mo całą drogę bardzo się denerwowała, w końcu powiedziała mi, że pani z muzyki jest kwaśna. A jak ona, Mo, nie będzie miała nut, to będzie jeszcze kwaśniejsza niż zwykle. Zgodziłam się zatem pójść do pani przed jej lekcją i się pokajać i rzeczywiście, okazało się, że pani wygląda jak cytryna, jest młoda i taka skrzywiona! (A może po prostu przestraszona? Niepewna siebie?)

Mo u pani, a ja siedzę kawce, trzeciej dzisiaj (wczesniej jedna w milym towarzystwie, pozdrawiam!), przeglądam notatki do wykładu z polityki społecznej, który mam wieczorem.

Moja ulubiona

(Aaaa, wieczorne zajęcia, ratunku! Kończę o 21.30 i jestem jeszcze nakręcona jak mały samochodzik co najmniej przez dwie-trzy godziny, wczoraj nie mogłam zasnąć do pierwszej, a dziś oczywiście w szkole od samego rana).

Myślę sobie, że też byłam taką kwaśną panią, kiedyś, na samym początku mojej przygody ze szkołą – brałam wszystko poważnie i uważałam, że tak powinno być. Nauczyciel/wykładowca ma zawsze racje i wszyscy mają się go słuchać. Przez chwilę byłam idealnym wytworem polskiego szkolnictwa. Stało się to zaraz po tym, jak dostałam od życia mocno po tyłku i postanowiłam,  ze jednak nie zostanę wiecznym buntownikiem. Zidentyfikowałam się z moim okrutnym superego, jak by powiedzieli psychoanale. (Kto oglądał Psychozę Hitchcocka pamięta postać mamusi głównego bohatera, rezydującej na samej górze w fotelu inwalidzkim – ucieleśnienie okrutnego superego).

Dziś wiem, że kwaśniepanieństwo było związane z moją niepewnością, strachem, przerażeniem, że studenci odkryją pokłady mojej ignorancji. Również oczywiście z językiem angielskim, bo nawet w normalnych warunkach, czyli w rodzinnym języku jak najbardziej polskim notorycznie mi się zdarza spalić puentę, a po angielsku nikt nawet by się nie zorientował, że właśnie powiedziałam jakiś żart.

Ale, na szczęście moje i moich studentów, jakoś mi to minęło, może moja ignorancja się zmniejszyła, a może dałam sobie więcej luzu, a może po prostu wyciągnęłam ten kij com go miała wiadomo gdzie;D i zdetronizowałam potworną mamusię.

Poniedziałek już od wtorku poszukuje kota w worku

Karmić duszę

Cały dzień słońce, wali oślepiająco po oczach i lusterkach. Ciepło. Nie wieje. Człowiek aż zapomniał, że jeszcze parę dni temu wyrywało drzewa z korzeniami, siekło deszczem po oczach i przewracało rower.

Mi kupił kolejne bilety na niedzielę. W ten sposób idę do teatru w piątek, sobotę i niedzielę. Nie wiem, czy nie przedawkuję sztuki, no ale raz w roku jest taki festiwal, a duszę trzeba czymś karmić. Jeszcze mi się przypomniał Fringe, to taka młodsza siostra DTF, ale zawsze o niej pamiętam za późno, myślę sobie, że jest po DFT, a ona kończy się tuż przed. A może być ciekawszy, na pewno jest bardziej eksperymentalny. Ona czy on? Płcie mi się plątają,  i taki jest właśnie Fringe.

Co jeszcze karmi duszę? Pływanie w zimnym morzu.

Spacery, najchętniej dalekie.

Sen i sny.

Czytanie, ale nie wszystkiego.

Wieczorne rozmowy z moim dzieckiem (no ja jestem dobra z matmy! Dzisiaj mieliśmy 15 minut na 18 pytań, takie piętrowe dodawanie i odejmowanie i miałam tylko 2 źle! Bo mnie różowy gołąb rozproszył na końcu, myślałam sobie i popatrzyłam przez okno, żeby wiecej pomyśleć, a tam na dachu siedział różowy gołąb i się zdekoncentrowalam. Bo był taki trochę filoletowy też, i taki brudno różowy trochę).

Zew Wolności

W niedzielę teatr. Udało nam się sprzedać dziecko do koleżanki, wsiedliśmy do samochodu i poczuliśmy zew wolności. Przed przedstawieniem przeszliśmy się przez turystyczną część D, spacerkiem wzdłuż Liffey, potem skręciliśmy gdzieś koło Temple Bar, Grafton, Dawson, i naokoło TCD, żeby wejść na kampus wejściem północnym, od Pearse Street.

Sztuka była w moim ulubionym teatrze, nie żadne Gaiety ze skaczącymi dziewczynkami z zielonymi koniczynkami, ani narodowe Abbey, tylko studencki Beckett, czysta, teatralna forma bez żadnych uładnień, ułatwień i uwygodnień. Niewygodne krzesełka, czarna widownia, czarna scena i ‚gender-neutral toilets with urinals’ które mnie zawsze rozśmieszają i o których mieliśmy krótką rozmowę przed wejściem.

Mi wraca z toalety: urynały są zaraz koło kranu do mycia rąk, myślisz, że to ok jak facet będzie sikał z fiutkiem na wierzchu, a kobieta będzie tuż obok myła ręce? Chyba może to trochę odstraszać? Ja: a może zachęcać?

Deaf Republic była dobra. Nie idealnie dobra, nie perfekcyjna, ale dobra. Bardzo porządny teatr, pełen przemyślanych pomysłów technicznych i świetnych rozwiązań scenograficznych. Może nie do końca połączyli wątki, może trochę za dużo różności reżyser chciał zmieścić, ale lepsze to niż obsesyjne łączenie wszystkiego i ograniczanie się do ogranych schematów. Wyszliśmy napełnieni sztuką prosto w kolorową Dublińską noc, nie mam pięknych zdjęć, bo pędziliśmy, żeby odebrać dziecko i położyć je spać o sensownej porze (pora niestety nie okazała się sensowna ostatecznie i Mo była bardzo niedospana dzisiaj), ale na moście się na chwilę zatrzymałam:

(s)Pokój wewnętrzny

Napisałabym, że jesień się rozgościła, ale nie napiszę, bo to nuda i banał, choć prawda najprawdziwsza. Na podjeździe, który używamy namiętnie od kiedy kretyn nam walnął w samochód zaparkowany na ulicy, wala się kupa żółtych liści, nie wiadomo skąd. Bo przecież nie z naszej magnolii.

Dalej się gniewam na ogród i oprócz dobrego pana z kosiarką, który przychodzi co dwa tygodnie – spotkałam go przedwczoraj koło ronda, ‚będę w następny poniedziałek, to już ostatnie koszenie w tym roku’ – nie dzieje się tam NIC. Bo jestem obrażona. Zaczynamy mieć z ogrodem relację sado-maso, boli mnie jak na niego patrzę, a on z lubością rozkrzewia się i kiełkuje, rośnie, dziczeje, liany włażą na ściany, żyrafy włażą do szafy, dzikie jeżyny od sąsiada płożą się na mojej ławeczce. A tu tymczasem sadzenie tulipanów za pasem! Ostatnia ostoja mojej dumy ogrodnika, jak nie posadzę tulipanów, to znaczy, że już zupełnie na zmarnowanie wszystko.

Obiecuję (sobie) solennie, że zaraz, już, w przyszłym tygodniu nastąpi ten dzień ogrodowy. W końcu odzyskałam moje weekendy, morze wolnego czasu.

Tymczasem sprawa gabinetu dalej na tapecie. W piątek pojechałyśmy z Mo oglądać kolejny. Cena całkiem znośna (15e/za godzinę) i wygoda wynajmowania ad hoc, czyli kiedy się pojawi potrzeba, co oznacza, że nie mam na dzień dobry dodatkowych kosztów. Okolica dość dobra, dzielnica ceglanych domów nie tak daleko od centrum, właścicielka bardzo miła, ale… Bo oczywiście jest zawsze jakieś ale. Dom dwupiętrowy, podzielony na pięć-czy sześć gabinetów, toaleta, mała kuchnia w centralnym punkcie, gdzie można sobie zrobić herbatę czy pogrzać lunch. Ale mieszkanie nie remontowane od bardzo dawna, pokoje ładne, niektóre duże, ale jakby trochę zapuszczone – tu mała dziurka na dywanie, tam trochę zabrudzona sofa, stare meble, wytarte bibeloty, wszystko takie, jak tu mówią ‚shabby’ – jakby zmęczone życiem. Całe miejsce przypominało mi mieszkania, które wynajmowaliśmy na początku naszej emigracji, takie z lekko pozaciekanymi łazienkami z linoleum na podłodze, meblami z lat siedemdziesiątych i wszędobylskim zapachem wilgoci. Pokoje nazwane po słynnych terapeutach, i tak np w gabinecie Junga afrykańskie rzeźby, na ścianach sztuka, którą ludzie nazywają ‚egzotyczną’, czyli taka luźna wersja Pożegnania z Afryką. Ja się dość dobrze tam czułam, wyraźnie nie jestem przyzwyczajona do luksusów;D ale Mo, którą wzięłam na oglądanie, bo nie miałam co z nią zrobić w piątek po szkole, stwierdziła, że pokoje kojarzą jej się ze starością i jej się nie podoba. Więc chyba nie.

Ale zaczynam się stresować finansami, bo budżet mi się na razie nie spina, żeby się spiął, muszę mieć co najmniej trzech pacjentów, oczywiście prawie po kosztach, czyli stawka minimalna.

Sobota. Wczoraj wieczorem machnęłam odkurzanie całej chałupy i sprzątanie naszej sypialni (jestem jak ten facet, co zjada śniadanie na kolację:

Mi zajmie się łazienką, a ja mam luzik. To znaczy miałabym, gdybym nie obiecała dziecku wyjścia do kina, żeby być fair, skoro my idziemy jutro do teatru i sprzedajemy ją mamie najmniej lubianej koleżanki. Więc dziś zgarniam jeszcze dwójkę fanów anime i czeka mnie Demony Slayer w 4D. Już się nie mogę doczekać.

Z książek znowu utknęłam w literaturze fachowej. Ale jak to się czyta! Na przykład Seks, śmierć i superego Brittona. Omatko i córko! Książka oprócz technikaliów pracy z różnymi, powiedzmy, stanami, zawiera mnóstwo apetycznych kawałków na temat słynnych szalonych analiz kobiet z początku 20 wieku, jak Anny O, czyli Berthy Pappenheim, pierwszej na świecie pacjentki psychoanalitycznej (nie do końca, bo jeszcze psychoanalizy nie było), która potem została feministką, walczyła o prawa kobiet, założyła dom dziecka i wykradła setkę dzieci żydowskich ocalałych z pogromów w carskiej Rosji, czy Sabiny Spielrein, która w trakcie nieudanej (?) analizy została kochanką Junga.

Pośród śród mokrych jak mokradła

Moj boże, środa. Nawet ładna była, po 4 godzinach wykładu i jednej superwizji świat wyglądał słonecznie i miło. Pani superwizorka mieszka w starym domku z cegły z wysokimi sufitami, no przecież oczywiście, a wokół drzewa, żółte liście i zapach palenia w kominku. Pojechałam po Mo, z nią na gimnastykę, potem do domu, a potem z powrotem do szkoly. Nie lubię tych późnych wykładów środowych, kto to widział kończyć o 21.30. Studenci też juz wykończeni, po całym dniu pracy i trzech godzinach zajęć. W klasie trzy osoby, online trochę więcej, część skorzystała z okazji i zalogowała się na zajęcia z pracy, samochodu, autobusu. Niestety, nie może tak być, bo wtedy mam czarny prostokąt i głuchy telefon.

W domu o 22, padłam i obudziłam się o 3.40, wyraźnie stresik szkolny już się wkręca. Albo co innego, bo po spotkaniu z superwizorką uświadomiłam sobie ile stracę mojej wolności. A teraz muszę mieć wakacje ustawione pół roku naprzód, nie wiem czy podoba mi się takie zero spontanu.

O siódmej jeszcze ciemno, nie cierpię wstawać w ciemnościach, nieprzytomna pod prysznic, dopiero zimna woda mnie trochę budzi. Potem trzy godziny, w tym jedna online, trochę popracowałam w biurze (white noise na uszach jest odpowiedzią na office small talk, oh yeah, w tej chwili w uszach siecze deszcz!). Potem znowu po Mo, tym razem na piano, lekcje muzyki ma bardzo blisko miejsca, gdzie mieszka moja superwizorka, czyli w pięknym starym Dublinie, domach dla bogatych ludzi, a nie budownictwa socjalnego dla plebsu takiego jak ja. (Inna sprawa, że obecnie budownictwo socjalne dla plebsu w Dublinie może kosztowac pół miliona).

Idzie ku dobremu, moje włosy powinny już urosnąć o 40 mm.

W niedzielę idę na pierwszą sztukę, podobno dobra. Nienawidzę sztampowych nudziarstw, klasycznych kawałków granych ku uciesze gawiedzi, Deaf Republic jest grana w Beckett Theatre, co sugeruje, że ma szansę być dobra. ZObaczymy. Mo sprzedaliśmy do naszej koleżanki. Jeszcze musimy ją sprzedać trzy razy, bo Mi nie wytrzymał i kupił dla nas bilety na kolejną sztukę, tym razem Theatre of the Oppressed, z którego sie szkolił. I tak idziemy do teatru w przyszły piątek, sobotę i niedzielę. Oh yeah!

A tymczasem pada. Pachnie mokrą ziemią, zbutwiałymi liśćmi i drewnem w kominku. Wracamy z miasta na rowerze z Mo, zakutane po sam czubek nosa, trasa wiedzie wzdłóż południowego kanału, a Dublin jest piękny.

Wieczorem dokańczamy oglądanie Wesela Smarzowskiego, pierwsza wersję z 2004. Wszystko dalej aktualne, rytualy, kościół, wiara, kasa, picie, pozycja spoleczna. Piękne, aż boli. Szykujemy się na drugie Wesele, ale słyszałam, że słabsze.

.

Sny do wynajęcia

Dzień jak cukierek.

Błękity, zielenie, żółto czerwone liście na drodze. Słońce. Krystaliczne powietrze.

(Oczywiście crisp, rano siedem stopni).

Wczorajszy dzień też cukierek, ale nie potrafiłam się cieszyć, bo zawzięcie przegryzałam coś pracowego, jeszcze przeżuwania nie skończyłam, jeszcze mi chwilami kością w gardle staje, ale już lepiej. Już mogę oddychać. Do tego Mo chora, oczywiście, znowu tylko katar, ale kaszle, no i nie mogłam jej puścić do szkoły.

(Dziś już ją odwiozłam, doprawdy przesada tak chorować).

Noc z głowy, wcześniej jeszcze wieczorny wykład, gdzie mój umysł postanowił być gdzie indziej i momentami błądził po bezdrożach, a do tego w trakcie okazało się, że ktoś już wcześniej ze studentami przerobił MOJE SLADY, no burdel na kółkach, nie wyszło to najlepiej. Prawa autorskie do wszystkich materiałów, które robimy na zajęcia ma szkoła, ale odkrycie, że ktoś uczy z twojego wykładu, używa twoich przykładów i case studies jest dość nieprzyjemne. (Zdarzało mi się uczyć z czyjegoś, więc nie jestem święta).

O północy zrozumiałam, że nie zasnę, wzięłam więc kawałeczek tabletki – pomna ostrzeżeń, staram sie odgryźć jak najmniejszy i brać tylko wtedy, gdy absolutnie nie widzę innej możliwości. Wybudziłam się po trzech godzinach z uczuciem, jakbym w ogóle nie spała. Serce dalej wali, w głowie dalej ciężko, nic się nie przejaśniło, nic mi się nie śniło, nic mnie nie uratowało, ze spania dalej nici. Bywa.

Udaję, że jestem
Nawet bad dreams są lepsze niż no dreams. Oba zdjęcia z wystawy w Immie

Kolejne 1/3 tabletki, bo przecież rano wykład i to i siamto i w ogóle. (Dzieci nie bierzcie dragów, nawet tylko nasennych!).

Z tego wszystkiego rano odkryłam, że dwa dni spóźniłam się z wysłaniem zgłoszenia na odebranie dyplomu, co oznacza, że być może w tym roku nie zostanę magistrem. Nie dostanę tytułu, bo nie zgłosiłam, że chcę, takie są tu zasady. Wysłałam już maile do dziekana i wszystkich świętych i zaraz idę im płakać do biura.

Takie małe, ale cholerne kłody pod nogi i upierdliwości codzienne potrafią człowiekowi zrobić z głowy niezłą zupę. Ale czasem są wymówką, żeby nie myśleć o DUŻYCH SPRAWACH. A czasem są w zastępstwie DUŻYCH SPRAW. Kto to wie, dlaczego coś tak małego może czasem nas tak łatwo wytrącić z równowagi.

(Zawsze płaczę, jak widzę ludzi protestujących na marszach – tak, jak niektórzy płaczą przy muzyce, filmie, obrazach, ja płaczę jak słyszę skandowanie i widzę banery. Ryczę jak bóbr, od razu. Czy to pozostałość po dziecku wychowanym w latach 80tych, do tego w mieście pomarańczowej alternatywy?)

Przeczytałam świetny opis osobowości histerycznej: histeryk to osoba, która idzie przez życie udając, że jest tym, kim jest naprawdę (McWilliams). (A propos diagnoz, jeślibym miała się zdiagnozować, to najbliżej mi do obron histerycznych;D nie ma się czego wstydzić, histerycy najlepiej rokują;)

Tak czy siak, damy radę.

Na weekend jesteśmy same, znowu, bo Mi pojechał na drugą część szkolenia z psychodram (nie wystarczy mu drama w domu?). Planuję w końcu trochę pobyć w ogrodzie, bo przyszedł pan i skosił, z tyłu i z przodu, ale reszta o pomstę do nieba woła. Chcę też obejrzeć Mean Girls z Mo, podobno obowiązkowy film dla nastolatek.

Z seriali obecnie leci Big LIttle Lies – ktoś widział? Majstersztyk. Drugą serię nakręciła moja ukochana ostatnio Arnold (ta od American Honey).

Wynajmę sny na dzisiejszą noc. Ktoś coś?