Sezon szkolny powoli się kończy, ale ja oczywiście z jęzorem po kolana z nadmiaru pracy. Dziś obudziły mnie rozkminki oczywiście o amerykańskich studentach – czy ja pisałam, że najbardziej nie lubię amerykańskich studentów? Oczywiście nie wszystkich, właściwie większość jest w porządku, ale wystarczy parę egzemplarzy trumpa na klasę i we mnie się gotuje. To poczucie uprzywilejowania, wyjątkowości, bycia osobą, której należą się specjalne względy, chyba u nikogo nie występuje w takim natężeniu i u nikogo mnie tak nie drażni. Na dodatek moja szkoła cacka się z nimi, bo płacą grubą kasę za studia, więc im praktycznie wszystko wolno. Oddają eseje dwa tygodnie po terminie i opiekun roku pisze do mnie, że wyszystko ok, nie zostanie im obniżona ocena.
Wystrzela mnie to w kosmos, bo zawsze udaje się gościom najbardziej bezczelnym, niektórym dobrym studentom wcześniej obniżyłam ocenę, zgodnie z regulaminem, a trumpy robią chcą. Wyobraźcie sobie takich trzech w klasie, którzy chodzą kiedy chcą i robią co chcą, a wszystko z takim szerokim amerykańskim uśmiechem. Zuważyłam, że zawsze są to faceci, feminizm jest tej Ameryce naprawdę potrzebny. Mam wrażenie, że w tym roku jest gorzej niż zwykle, prawdziwy najazd trumpoidów.
Ale w nocy dotarło do mnie, że już więcej ich nie zobaczę, że to koniec, nie muszę się z nimi już więcej użerać i patrzeć na ich szerokie białe amerykańskie uśmiechy. Przyjdą nowe trumpoidy w nowym semestrze, z nowymi uśmiechami, oczywiście, ale przynajmniej z tymi mam spokój. Poczytałam Pratchetta na moim nowym czytaczu i zasnęłam.