Sztorm

Zadyma w parlamencie od wczoraj, bo niezależnym, którzy poparli rząd, bez którego to poparcia rząd nie miałby większości, przyznano czas na przemówienia z puli opozycji, która się wkur… i zerwała obrady i nie można było wybrać Premiera, czyli tiszoka (Taoiseach).

Niedawne wybory wygrała centro-centrowa (bo przecież nie lewicowa) partia Ta co Zawsze wygrywa na przemian z Tą Drugą i oto znowu mamy rząd centro-centro-prawicowy, choć moi prawacy z pracy mówią, że wszystkie partie w Irl są lewicowe.

Zadyma za oknem, wszystkie dzieci się cieszą, bo sztorm Éowyn zamknął jutro szkoły, wiatr w porywach do 190km/h.

Zadyma w rodzinie, znowu się martwię siostrą, nie spałam dziś od trzeciej w nocy i do szkoły poszłam nieprzytomna.

W domu zadyma, bo wyszłam do pracy i nie nakarmiłam żółwia, dziecko mi ryczy i się obraża.

Na studiach wprawdzie nie zadyma, ale magisterka straszy, co się przekłada na niespanie.

Na całe szczęście w pracy odpoczywam, bo nie wiem jak to się stało, ale lubimy się ze studentami tym razem i dobrze nam się rozmawia i tematy mamy fajne – tym razem gender, coż może być ciekawszego i bardziej emocjonującego. Chyba tylko metodologia badań naukowych;)

Kuracja paradoksalna

Rano pomęczyłam się trochę nad pisanina, czy jest w ogóle ktoś, kto lubi pisać magisterki?? Ja lubię czytać, niekoniecznie magisterki oczywiście, a raczej wszystko inne tylko nie wypociny studenckie, i lubię się uczyć, szczególnie o czymś ciekawym, ale jak mam pisać, a zwłaszcza na ocenę, to mi się flaki przewracają. Choć nie zawsze. No, ale wczoraj to mi się przewracały i przewracały, tak, że zmitrężyłam mnóstwo czasu, aż w nocy nie moglam zasnąć, bo dotarło do mnie, że jednak czasu coraz mniej zostało mi i jak będzie tak mi to szło jak krew z nosa to będzie słabizna. Z mocnym postanowieniem poprawy poczytałam Diagnozy do poduszki, bo nic tak nie usypia jak DSM-5.

Więc o 10.14 dzisiaj, jak już rzuciłam okiem na zegarek po drugiej kawie, byłam już przy trzecim akapicie poprawek. Bo w nagrodę mieliśmy pojechać nad morze, w pierwsza podróż naszą Blue.

Po drodze zabraliśmy Adziarza i najpierw było tak:

A potem nie wytrzymałam i było tak:

Bo teraz zawsze już wozimy stroje i ręczniki, a nuż coś nam wpadnie do tych durnych głów i oczywiście zawsze wpada, jak nie to, to tamto.

Było bosko!

Mi też wszedł, jakżeby nie, zrobił sobie taką paradoksalna kurację, bo od tygodnia łaził w domu w czapce i kamizelce puchowej i pociągał nosem. Teraz wóz albo przewóz, albo stanie na nogi, albo😂

Ponuro, zimno, mżyło. Cudownie.

Nic nie poradzę

No co ja poradzę, że jest dobrze. W nocy jasno, obudziłam się gdzieś o niewiemktórej i z bocznego okienka w korytarzu światło zupełnie białe, dziwne, księżycowe. Ale to dwa dni temu.

A w dzień, co dzień słońce! Zalewa okna, oślepia, wciska się w każdą szparę. Nie mam za bardzo czasu, żeby nim się spokojnie cieszyć, między zajęciami wychodzę po lunch do sklepu naprzeciwko, a ono mi włazi do oczu, naprasza się, obwieszcza, że wreszcie jest. Wracam z Beef Bourguignon, ryżem jaśminowym do mikrofali i mieszanką sałat, z miodem i Earl Grey pod pachą, mrużę oczy i wystawiam twarz. Jest dobrze, choć osiem godzin wykładów. Wieczorem rozmawiam z moimi ulubionymi studentami na moje ulubione tematy, trzeci rok, luźny przedmiot, więc gadamy o wszystkim, co tylko się da wcinąć w temat rodziny. Tym razem o emocjonalnej regulacji i klasie społecznej.

No i mam wreszcie Amerykanów, których da się lubić. To jest taka grupa, że mogłabym powiedzieć, że aż chce się iść do pracy, gdybym nie miała ciekawszych rzeczy do robienia w domu niż praca, hehe. Nagle, z głupia frant, kiedy nikt by się tego nie spodziewał, bo wiadomo co pisałam w zeszłym roku, bach! najlepsze zajecia. Takie, kiedy w ogóle slajdów nie otwieram, tylko rzucam im temat jak piłeczę, a oni biegają za nią, podają, kopią, tarmoszą, rozkładają na części pierwsze. I tak mija nam trzy godziny, trzy godziny dyskusji i dywagacji o tym wyszystkim, czym przynudzam powerpointowo na sześćdziesięciu sześciu slajdach, które oto nie są potrzebne, więc tylko przelatuje my przez nie jak sztorm na koniec. A z tyłu klasy siedzi dwóch profesorów amerykańskich z uśmieszkami Mony Lisy, nie wiem czy sprawdzają mnie, czy studentów.

Kończymy z Mi trzeci sezon Mayor of Kingstown, dobre oglądło, wrzucamy po odcinku – pół odcinka przed snem. Zaczęłam Rushdiego, nigdy nic jego nie czytałam, na razie się zastanawiam, czy lubię jego barokowy styl. Ktoś czytał?

PS. Może to dziurawiec, co go piję od tygodnia😊

Czyżby?

Ogród zaniedbany, zasłaniam oczy jak wchodzę, ale tego wariata fioletowego nie mogłam nie zauważyć.

Ciepło, ale plucha. Niemniej jednak na rowerze przyjemnie. W banku, w moim arktycznym płaszczu za gorąco.

Rano wysłałam zaliczkę za French Blue.

Zamówiłam prezent dla Mi, czyli wiosna blisko🙂

I’ve Horse Outside

Gorące rączki budzą mnie o 5.45, Mo boli brzuszek i ‚nie może spać’, po czym ładuje się nam do łózka, półprzytomna kładę jej rękę na brzuch i masuję, pięć minut później oczywiście zasypia. Mi przenosi się do jej łóżka piętrowego, na szczęście łóżko ma materac na dole i normaly rozmiar. Kiedy kolejny raz otwieram oczy jest po 9, Mo zniknęła.

Weekend. Mo z gorączką, więc nigdzie nie pójdziemy, ale w sobotę decydujemy się zobaczyć samochód na sprzedaż niedaleko od nas. Honda taka jak nasza, ten sam rocznik, 20 tys. mniejszy przebieg i piękny kolor, French blue. Kosztuje dokładnie tyle, ile dostaliśmy z ubezpieczenia, przypadek? Mi jeszcze robi przegląd ogłoszeń, znajduje inną trochę tańszą, ale z zadrapanym przodem. I biała, bleee. I daleko od nas, musiałabym podjechać taxi w poniedziałek, żeby zobaczyć. Moje serce zostaje przy French blue. Świeży import z Japonii, dopiero co zarejestrowana w Irlandii – w Japonii również jeżdżą po lewej stronie, dlatego jest wiele używanych samochodów z tamtąd stamtąd. (Salmiaki zauważyła:) jak ktoś znajdzie błąd, uprzejmie prosi się o zwracanie uwagi:)

Poza tym w Irlandii Honda ma status kultowy, czego ilustracją jest poniższa piosenka (można tu też znaleźć wiele odniesień do elementów kultury Irlandzkiej nie znanych szerszej publiczności;D

The Rubberbandits, kultowa Irlandzka kapela

W tym tygodniu mieliśmy trzy wykłady z psychiatrami, głównie o diagnozach. Wiecie, że psychiatrów nie interestuje zdrowie psychiczne, tylko choroba psychiczna? To wiele wyjaśnia. Jeśli osoba spełnia kryteria diagnostyczne, dostanie tablety, a jeśli nie spełnia, zostanie odesłana, by często potem wrócić po roku, czy dwóch, kiedy już jest dużo bardziej distressed, jak oni to mówią i te kryteria spełnia. Czy wiecie, że nie można mieć depresji (czyli generalnie czuć się ..ujowo) przez siedem lat? Też nie wiedziałam. Epizod depresyjny nigdy nie trwa dłużej niż 2 lata, jeśli ktoś ‚ma depresję’ od siedmiu lat, czyli przez siedem lat czuje się ciągle źle, to jest to zaburzenie osobowości, albo coś innego. Oczywiście można mieć nawracające epizody depresyjne przez siedem lat, czyli chorobę diagnozowaną jako depresję, ale wtedy nastrój faluje, nie jest jednostajnie zły cały czas.

Czytam Diagnozy Psychoanalityczne i trochę rzeczy wskakuje na miejsce, np. dlaczego często ławiej się rozmawia z osobami ze schizofrenią niż z bordeline, choć te drugie są mniej zaburzone. Mieliśmy też zajęcia z gościem, który łączy psychoanalizę z filozofią wschodu, jest poza tym głównych psychologiem klinicznym w szpitalu psychiatrycznym w Dublinie, bardzo bardzo ciekawe. Podobało mi się, że powiedział, że medytacja nie jest dla każdego – bardzo zaburzone osoby może zaburzać jeszcze bardziej, może również stać się pewną formą ucieczki od życia, czy wręcz sprzeciwem wobec rzeczywistości i życia, czyli też zaburzeniem.

Kończę Małe Życie, ta książka jest dobrym przykładem desensytyzacji, bo przeczołguje emocjonalnie do tego stopnia, że pod koniec człowiek się wyłącza, bo ile można w środku emocjonalnego tumultu tkwić. Bohaterowie przechodzą przez takie okropieństwa, że kolejna tragedia już nie rusza, nie da się słuchać Paganiniego w cygańskiej knajpie ze łzami w oczach przez 668 stron. W sumie dość mi się podoba, część mechanizmów psychologicznych wydaje się dość prawdziwa, postaci dość pogłębione, ale coś mi zgrzyta. Może to, że nie zostawia dużo czytelnikowi do domyślenia się, wszystko jest w miarę podane na tacy. Może ten Amerykański narcystyczny materializm – przeciwwagą dla wszystkich okropieństw jest miłość, oczywiście, ale też i sukces, szczególnie materialny. Czterech przyjaciół, jeden zostaje światowej sławy aktorem, drugi najlepszym amerykańskim prawnikiem, trzeci słynnym malarzem, czwarty architektem, jakby ten sukcej był jednak najważniejszy, jakby te życie jednak nie były takie małe, wbrew tytułowi, bo może te małe to nawet nie warto opisywać. Jakby American Dream miał się dobrze, a nie, jak mówi Wilkinson ‚jeśli chcesz przeżyć American Dream, to przenieś się do Szwecji’. Ale główną wadą książki jest to, że jest za długa, bo rozedrganie emocjonalne zaczyna nudzić po 400 stronach. Nie jest to Wielka Literatura, ale czytadło dobre, choć za długie.

Ściągnęłam sobie Rushdiego Wstyd, ciekawe, czy też będę kręciła nosem.

Głęboko oddycham

Rzadko mamy zajęcia na głównym kampusie, na co dzień jesteśmy na terenie szpitala St. James’s, ale kiedy już musimy tu przyjechać, to zawsze robi to nam mnie wrażenie. Jakby splendor tych starych budynków jakoś się naszym studiom też udzielał.

Moja droga tutaj nie jest długa, ale w tym najzimniejszym tygodniu w roku okazała się nie taka łatwa, szczególnie na elektrycznej hulajnodze. Wczoraj nie wyhamowałam na naszej ulicy i obiłam sobie łokieć i kość ogonową, na szczęście mam na sobie teraz prawdziwie arktyczny płaszcz, jak ludzik Michelin.

Ale zimno. Ślisko. Droga zamarznięta.

Dzisiaj jestem w klasie prawie sama, pierwsze zajęcia online, bo wykładowca nie dał rady przyjechać z krańcow Irlandii zasypanych śniegiem. Niestety, drugie zajęcia osobiście, a ja mam akurat trening pracowy podczas przerwy na lunch i nie zdążyłabym dotrzeć. Przyjeżdżam więc z samego rana.

Kampus w taki dzień jak dziś ma pewien szczególny urok, w cieplejsze dni w lecie przewalają się tłumy turystów, dziś – przestrzeń, spokój, cisza.

Emanuel Kant duma nad prawem moralnym.

Oszronione gałązki w bladym świetle poranka.

Solidne wrota do wiedzy:

Ale dalej po drodze mamy też palmy (ciekawe jak przeżyją to -6 dzisiejszej nocy):

Tutaj skręcam, jeśli się pójdzie dalej prosto można sobie poczekać na Godota w teatrze Becketta.

Byliśmy parę razy z Mi, bardzo fajny teatr który specjalizuje się w eksperymentalnych sztukach.

Na przerwie idę po kawę, niestety, nie wzięłam legitymacji i nie mogę wyjść bramką północną. Przecinam zatem dziedziniec wewnętrzny, przechodzę przez najbrzydszy budynek Arts, który wygląda jak radziecki bunkier i większość sal ma bez okien, wychodzę z uniwerku i ląduję w kawiarni.

Z gorącą kawą wracam do sali, tym razem mijam czytelnię dla magistrantów i największego platana na kampusie.

Wdycham zimne powietrze.

Pachnie kawa.

Pogoda pod psem

No i zero śniegu. Za to pada, leje, wieje i jest bardzo zimno – ale nie wystarczająco na śnieg.

Tak wiem, wiem, znam zdanie niektórych na temat śniegu, ale ja lubię. Pewno jakbym mieszkała w Szwecji to bym nie lubiła. A jakbym mieszkała w Norylsku, to już w ogóle!

Ale – oglądałam fajny dokument o cyklistach w Norylsku, którzy jeżdżą na rowerze przy -20 w zimie polarnej.

Czyli można? Można! Więc przestać mi tu marudzić!

A poza tym przyśniło mi się, że jedziemy z Mi na Wyspy Wielkanocne z okazji mojej 50tki.

Jak pies z kotem

Zapowiadają pogodowy armagedon, ze śniegiem i mrozem i ewentualnym zamknięciem szkół. Dzieci ze skrywaną radością wyczekują prognozy pogody, dorośli liczą na dodatkowy dzień wolny w nowym roku.

Dla mnie szykuje bardzo intensywny tydzień na uczelni, zaczyna się prezentacją w poniedziałek i potem codziennie 9-17. Idealnie się składa, że pracę zaczynam dopiero w następnym tygodniu, ale nowy rok zaczyna się skokiem na główkę w sam środek zajętości. Dobrze, że te studia dalej fascynują.

Co jeszcze? Jestem psem. Jeśli ludzi można podzielić na psy i koty, to ja jestem psem. Jestem otwarta, skaczę na ludzi i się łaszę, macham ogonem, jak kogoś długo nie widziałam, chętnie polizałabym po twarzy. Mam super węch, na przykład wczoraj w korytarzu poczułam dziwny zapach dezynfekcji, okazało się, że Mi kupił nowe mydło. Raczej nie obrażam się na ludzi, na pewno nie miewam focha. Nie lubię poznawać świata samotnie, wolę spacery i wyjazdy z moim człowiekiem. Mam alergię na koty i nie znoszę ich zapachu, który od razu rozpoznaję w znajomych domach – moja siostra ma dwa i czasem mnie zaprasza, żebym powąchała, czy nie ‚pachnie kotem’ bo nie jest pewna, czy czegoś nie zmajstrowały. Lubię koty, ale na zdjeciu i z daleka.

Mi jest natomiast kotem, czego mu zazdroszczę. Lubić się wygrzewać koło kaloryfera, jest bardziej skryty i nie zaprzyjaźnia się tak łatwo. Na pewno nie cieszy się jak głupi i nie macha ogonem, jak kogoś widzi. Lubi swoje ścieżki, częściej niż ja się obraża – ja wybucham, warczę, szczekam, a potem mi przechodzi, on syczy i się nie odzywa. Jak się do kogoś zrazi, to na zawsze, jak kogoś nie szanuje, to z nim nie przebywa. Ja czasem wyciągam rękę wciąż i wciąż i ciągle się dziwię, że znowu ktoś ją pogryzł. Jest większym samotnikiem i mniej się dostosowuje do innych ludzi, chodzi własnymi ścieżkami. Gdy ja wstaję w nocy i otwieram okno, choć jest 17 stopni w sypialni, on najchętniej przeniósłby się na zapiecek.

Ale dobrze nam się razem śpi i żyje.

Bezsenność to luksus

Zapowiadają -6, mróz i śnieg, a ja cieszę się jak dziecko, naprawdę nie wiem z czego.

Bezsenność to choroba dla ludzi, którzy mają dużo wolnego czasu. Dziś się obudziłam po 5 godzinach snu, nie trzeba było tej czarnej czekolady jeść na noc. Po gorącej herbacie i uspokajającej książce zasnęłam ponownie przed 8, więc oczywiście wstałam przed jedenastą. Mi już dawno na posterunku, odpowiadał na telefony i maile. U mnie praca nad prezentacją przez resztę dnia (no, od południa, bo zanim wypiłam kawę…), ale pozwoliłam sobie na spacer w przerwie, bo słońce! Trzeba pamiętać, żeby wystawiać twarz do słońca.

Życie w teorii i praktyce

Pierwszy dzień. Żadnych specjalnych postanowień i planów, oprócz tych, co to toczą się swoją drogą, co oznacza, że mam nadzieję, że zostanę magistrem gdzieś w połowie roku, a potem rozpocznę praktykę kliniczną. Do tego czasu bieg z przeszkodami, staram się nie przestraszać wielkością przeszkód.

Na szczęście w pracy pewien Ważny Proces, który by ode mnie wymagał dużo myślenia, pisania i zebrań zespołu na razie został odstawiony na boczny tor, bo moja bezpośrednia szefowa nagle wylądowała w szpitalu z poważną diagnozą. Wraca do zdrowia, ale bardzo powoli i nie ma szans, żebyśmy się zmieścili w terminie z Procesem. Życzę jej dużo zdrowia, kiedy byłam kierowniczką zdążyłam ją polubić, bo jest osobą do bólu konkretną i zna się na tym, co robi, a z takimi ludźmi dobrze się pracuje, nawet, jak nie są ciepli i mili.

W domu Mo rośnie i rośnie i powoli odkrywa kim jest i co lubi. Fajnie się patrzy na dziecko, które może być dzieckiem i powoli rozprostowywać swoje skrzydła, bo ma na to przestrzeń. Lubię sobie na nią patrzeć i z nią rozmawiać, słuchać o jej fascynacjach sztuką, jej historii ze szkoły, z lekcji pianina, z gimnastyki i podwórka. Kogo lubi, a kogo nie i dlaczego, kto z kim się przyjaźni i kto kogo nienawidzi. Kto jest marudny, kto jest wesoły, kto ma dobre serce, kto jest zabawny, wszystkie te historyjki są takie niby-pobieżne, niby nic nie znaczące, a naprawdę bardzo gęste od znaczeń. Cieszę się, że wymyśliłam te 15 minut/pół godziny (choć pół godziny to dawno nam się niestety nie zdażyło) na pogadanie przed snem, kiedy nie zadaję jej żadnych pytań, a ona opowieda mi o czym tylko chce, nieważne – o guziku, o kamyku, o szpagacie, o pędzlach, i tak się zawsze kończy na opowieściach o życiu.

Sprawa samochodu zamknięta, zdecydowaliśmy się wziąć sumę oferowaną przez ubiezpieczyciela i kupić nowy/stary samochód. Znowu hondę, a co, tylko może ładniejszy kolor, jak się uda. Jak dobrze pójdzie nie będziemy musieli nic dopłacać, ale ubezpieczenie nam wzrośnie od nowego roku.

Mi dalej zadowolony w pracy, właśnie sobie na spacerze pogadaliśmy, jak podobna jest czasami jego rola do tej, do której ja się przymierzam oraz tej, którą czasami mam w obecnej pracy. Jak on nie jest od tego, żeby go klienci lubili, tylko, żeby ich przeprowadzić przez pewien proces, jak pomoc nie polega na tym, że ma robić dokładnie to, co oni myślą, choć zawsze musi respektować ich życzenia. Jak musi być jak kotwica, bo czasem jest jedynym stałym elementem ich życia.

Adek rozpoczął nowy etap w życiu, trochę dostaje w dupę, że się tak wyrażę, ale myślę, że to jest im/jemu potrzebne. Mierzą się z rzeczywistością i dorosłym życiem – cenami wynajmu mieszkań, codzienną pracą, zmęczeniem, finansową stroną samodzielnego życia. I przede wszystkim życiem we dwójkę, dzień w dzień, rano i wieczorem. Nie jest to łatwy czas, ale to część życia i część dorastania.

Rodzice – tu niestety nie jest różowo, a będzie jeszcze gorzej i nie da się tego ominąć. Rodzice się psychicznie posypali, właściwie nie wiadomo do końca dlaczego (mam swoje teorie oczywiście) – zawsze byli dość racjonalni, samodzielni, bez nałogów, pracowali w dość wymagających zawodach. A teraz mama powoli zamienia się w małe dziecko, żyjące na pograniczu jawy i halucynacji, a tato żyje w przedziale czasowym 5 minut. Gdyby nie moje rodzeństwo, to rodzice już by nie żyli, jestem o tym przekonana. Widzę, jak ten mózg się powoli poddaje, nawet, jak ciało jest w miarę zadbane. Mam szczęście, że mam rodzeństwo, które wzięło opiekę na siebie, bo jak się mieszka za granicą to można tylko z doskoku. W tym roku postaram się pomieszkać z nimi parę tygodni – może się uda dwa w czerwcu i cztery w sierpniu, ale to wciąż tylko sześć na 52.

Widzę, że mam zadatki na drugiego Cohello, muszę rozwijać tę umiejętność, to może zostanę sławna i bogata.