Na spokojnie

Ten koniec roku zawsze w takim pędzie, na szczęście nie zawsze tak trudno. Ale wiadomo – to się kiedyś skończy, no i zawsze można mieć jedną nóżkę bardziej. Albo jeszcze bardziej.

W tym całym bardaku – nie wiem do końca co do bardak, mój dziadek tak mówił, ale jakoś pasuje mi tu – we wto miałam pierwszego pacjenta.

Początek wizyty jak z sennych koszmarów dla terapeutów. Już od siódmej rano się przygotowywałam, sesja dopiero na 11, ale wiadomo – trzeba wziąć prysznic, wysuszyć włosy, ubrać coś porządnego, dojechać, a przede wszystkim mieć spokojny umysł, bo to ja jestem dla człowieka, a nie odwrotnie. Mi pracował z domu i obiecał, że mnie odwiezie, więc ucieszyłam się, że na spokojnie, krzesełko do wanny, prysznic, włosy, makijaż przed lustrem na jednej nodze, kawka. Dajemy radę. Zaplanowałam, żeby wyjechać o 10 i był to dobry plan, ale kawa była za gorąca, na siku musiałam jeszcze skoczyć na górę, a tuż przed samiutkim wyjściem okazało się, że żadne buty mi na stopę nie wchodzą. Mi dał mi swój but, który okazał się idealny i tak wyszłam w dwóch różnych butach, jeden o rozmiarze 39, a drugi 44. Jak to mówił koleś spadający z dachu – so far so good.

Była 10.15, dojazd to 20 minut przy dobrych wiatrach, ale wiatry robiły się niezbyt dobre i czas dojazdu się wydłużał i wydłużał. Żeby przyśpieszyć, o 10.50 kazałam się wyrzucić na skrzyżowaniu niedaleko gabinetu, kiedy dokicałam do drzwi budynku było za osiem, kiedy pokonałam skacząc na jednej nodze 24 strome schodki i cała spocona i zdyszana stanęłam pod drzwiami gabinetu, było za pięć.

A zatem o 10.55 otwieram drzwi do gabinetu, a tam … właścicielka w środku sprzątania.

Mopy, spryskiwacze do okien, szmaty, odkurzacz. Zapomniała, że wynajmuję we wtorki rano, bo choć płacę od dwóch miesięcy, jeszcze nigdy nie miałam pacjentów. I teraz wyobraźcie sobie jak na przyśpieszonym filmie, właścicielka gorączkowo zaczyna wynosić szmaty i spryskiwacze, ja stoję, o 10.57 dzwoni domofon, właścicielka krzyczy, żebym nie odbierała, w tempie światła wynosi odkurzacz, dosuwa meble do siebie, ja stoję, o 10.59 domofon dzwoni jeszcze raz. Tym razem muszę odebrać. Odbieram, otwieram drzwi domofonem, drzwi się zacinają, pacjent nie może wejść, siłujemy się tak jeszcze z parę chwil, ja wiem, że nie ma szans, żebym zeszła po niego 24 schodki na dół, na jednej nodze i 24 schodki z powrotem, dalej skacząc na jednej nodze i to tej samej. Właścicielka stopą posuwa odkurzacz, który wyjeżdża z sąsiedniego gabinetu, gdzie go przeniosła, zamyka do niego drzwi i oferuje, że zejdzie i wpuści pacjenta. Ja stoję w drzwiach. Czekam.

A potem miałam pierwszą w życiu sesję/konsultację, która poszła .. kto wie. Myślę, że dobrze, zobaczymy, czy pacjent wróci. Ciekawe, czy zauważył, że miałam dwa różne buty?

Po sesji luzik, poczekałam sobie na schodkach, przyjechał po mnie Mi, a wieczorem wpadli Ad z Re i zrobili nam wigiliny obiad – barszcz z uszkami. Uszka na szczęście kupne. Wszyscy dostaliśmy od nich prezenty, a oni dostali od nas tylko herbatę i whiskey, prezent przechodni, który Mi dostał z kolei tydzień wcześniej od swojej studentki na praktykach, bo przecież prezenty dla nich jeszcze nie przyszły.

***

Noga niestety nie jest dużo lepiej i trochę jestem w kropce co robić. W nocy bolała bardziej niż wcześniej i nie wiem, co to znaczy. Dziś jeszcze mam zajęcia online, wcześniej jeszcze rada egz dla amerykanów i trumpoidy dosyłające eseje i szef oczekujący, że jest sprawdę, Mi w pracy, więc nie ma jak nawet do kliniki podjechać. Co z wyjazdem do Polski? Co z umówionym wyjściem w góry (to akurat wiem – nico oczywiście). Co z życiem?

Czy zostać w Irl sama, a wysłać rodzinę do Pl? Czy jechać z nimi – ale jak? wózkiem do samolotu?

Lepiej lepić uszka w domu

Rozmowa z superwizorką podtrzymała mnie na duchu, że się da i że dam radę. W pracy zwolnienie zostało przyjęte, wykłady zostały odwołane, okazało się, że jak mam zwolnienie, to nie wolno mi pracować, nawet, jak chcę, więc nawet zajęcia online są przełożone. A zatem mam luzik, tadam, kto by się spodziewał! Tylko odkopię się z esejów i będzie gites. Domu też nie mam jak sprzątać, no i proszę, nagle człowiek nie musi myć okien na święta, jakie to proste!

Córeczka oddała sie produkcji ozdób i rysunków o tematyce okołoświątecznej:

Nigdy nie ingeruję w twórczość dziecka, choć jej interpretacja tematu jest dość, powiedzmy, nieortodoksyjna. W szkole dzieci projektuja kartki świąteczne i mojej córeczki od pięciu lat są takie, że nie mogę ich nikomu wysłać, żeby nie obrażać uczuć. A zawsze musimy kupować ich co najmniej 10, bo kasa idzie dla szkoły.

Jutro przychodzi do nas synek z Re na spotkanie świąteczne. Bardzo mi to nie na rękę, a raczej obecnie nie na nogę, no i nie mamy jeszcze nic dla nich, część rzeczy została dopiero zamówiona, o czym lojalnie uprzedziłam, a oni na pewno przyniosą cały wór prezentów dla Mo, zgodnie z Irlandzkim obyczajem, ale nie dało się wymyślić innego terminu, bo niedługo wyjeżdżają. Ad do Pl, bo mówi, że to być może ostatnie świadome święta dziadka, a on jest bardzo z dziadkiem związany, a Re do swojej rodziny, bo nie chce zostawiać rodziców samych. Od wczoraj wzięło mojego syneczka na tradycje polskie bożonarodzeniowe, od późnych godzin nocnych zatem dostaję wiadomości, że chcą lepić uszka u nas i zrobić barszcz, staram się go jednak zniechęcać do tych planów, bo ja im nic nie pomogę przez nogę, a dla Mi to sam środek tygodnia pracowego i jest niemożebnie zajęty, żeby wszystko podopinać co trzeba podopinać przed świętami. Wychodzę na straszną matkę, co nie pozwala dziecku obchodzić tradycji, no ale mam pewne podejrzenia poparte doświadczniem, niestety, jak to się może skończyć, wszystko będzie gotowe o 21, do tego burdel na kółkach w kuchni, Mi wkurzony, że musi sprzątać, a po pracy marzy tylko o odpoczynku, bo ma naprawdę teraz urwanie głowy. Napisałam synkowi, żeby kupił uszka, albo je ulepił z Re dzisiaj i nam po prostu przyniósł. Ale nie wiem, czy to się spotka z entuzjazmem.

Mój syn był wychowywany w Polsce w dużej rodzinie, mieszkaliśmy wtedy z moimi rodzicami oraz rodzeństwem, uwielbia więc rodzinne spędy, a atmosfera chaosu, rozgardiaszu i rozpierdolu go pozytywnie ładuje, byle było dużo ludzi i robienie czegoś razem. Jak się uczył do matury to twierdził, że najlepiej mu się siedzi z nami wszystkimi w dużym pokoju i nic mu nie przeszkadzały rozmowy, ani życie.

Noga przestaje boleć jak jej się nie dotyka, duży postęp, przynajmniej w nocy mogłam spać w przerwach pomiędzy skomplikowanym przekręcaniem się na drugi bok. Mąż obiecał, że mnie jutro odwiezie na spotkanie, jeden problem odpada. W klinice są wysokie schody, ale jakoś dokicam na górę, przyjadę specjalnie godzinę wcześniej. Terapeutka o kulach to wprowadzanie dodatkowego niezbyt pozytywnego elementu, który może wzmagać niepokój, ale takie jest życie i będę pracować z tym, co się pojawia.

…niż nabrudzić po kryjomu.

Lepiej kapciem wodę słodzić

Leżę sobie cyckami do góry w dużym pokoju, zajmuję wersalkę i stolik do kawy. Tak mam bliżej do kuchni, nie, żebym w ogóle miała jakąś potrzebę do niej chodzić, nie byłam od wczoraj i bardzo sobie to chwalę. Ale jestem to w centrum dowodzenia, blisko Mi, któremu mogę rozkazywać prosić, a jakbym leżała w sypialni na górze, to pewno pies z kulawą nogą.

Dziś już lepiej, lepsza noc, nawet trochę przespana i lepszy poranek, owsianka na zimno podana do łóżka, a raczej wersalki, kawka, najlepsza na świecie i świeżo upieczony chleb, od samego zapachu którego tyje się pięc kilo. Ale warto nawet utyć, bo odchudzać się jak się ma świeżo upieczony chleb na zakwasie to jakiś idiotyzm. I nawet już pracować mogę, nie kiwam się z bólu jak kiwaczek. Stopa zrobiła się dziś sina i wygląda jak obcy przyczepiony do mojej nogi, siniaki mam nawet na spodzie stopy, jak to w ogóle możliwe skoro byłam w butach o bardzo twardych podeszwach. Teraz mi też szkoda butów, całe podrapane, a to moje ulubione czerwone z benettona, ze skóry wegańskiej, takiej, która nie przypomina plastiku. Zniszczone. Kurtka na szczęście nie podarta, a plamy mam nadzieję zejdą.

Problemem są schody, na które muszę wskakiwać na jednej nodze, kto chodził o kulach, to wie. A toaletę mam tylko jedną, na górze.

Dziś sprawdzam sobie spokojnie eseje, bo nagle mam dużo wolnego czasu. Nagle nie ma nic pilnego, gdzie muszę koniecznie być, oprócz pierwszego spotkania z klientem, oczywiście, na które choćbym się musiała doczołgać, to będę. To się nazywa poświęcenie zawodowe:D

Nie posadziłam tulipanów w tym roku, od miesiąca odkładałam i miałam sadzić na ostatni dzwonek teraz. Tulipany muszą być, będzie mi ich strasznie brakowało, jeśli się nie uda. (Nie no, co się ma nie udać, włożę do ziemi choćby w styczniu). Tym bardziej, że mam mocne postanowienie poprawy ogrodowej, bo mój kochany ogród powoli się osuwa w ruinę, marnieje i smutnieje, już nie tylko szopa straszy, ale też smutne, pozarastane doniczki, chwasty, nieprzycięte krzewy i kwiaty.

… niż na górę siku chodzić.

No i tak

Leżę, bolę, nie jestem w stanie pójść na siusiu. Tak skończyła się moja wczorajsza podróż na pogadanie z koleżanką.

Przy kanale, dokładnie na tej drodze widzianej na pierwszym zdjęciu po prawej stronie, nagle wyskoczył mi pod rower młody chłopak na elektrycznej hulajnodze, może 11 a może 12 lat, oczywiście cały na czarno i bez kasku. Zupełnie znienacka, bez oglądania się na nic, prosto z przystanku tramwaju, prosto po koła. Pocisnelam po hamulcach jak dzika, elektryczny rower wywrócił się i przygniotl mi stopę, pociągnął mnie jeszcze z parę metrów, to jest naprawde ciężka maszyna. Nie chciałam potrącić dzieciaka, zadziałał instynkt. Najpierw nie mogłam wstać, potem jak mi pomogli wstać i wszystkim podziękowałam i sobie poszli, okazało się, że ja dzisiaj już nigdzie nie pojadę, ani nawet nie pójdę, postałam z 15 minut i zagadnęłam przechodzącego pana z rodziną o pomoc. Pan mi zapiął rower do barierki i przeprowadził mnie przez mostek tak, żebym mogła zamówić taxi. I prosto na pogotowie.

Na szczęście podobno nie ma złamania, na szczęście mialam kask oczywiście, u lekarza jeszcze mnie chyba adrenalina niosla, bo na pytanie jak boli od 1 do 10 powiedziałam 3 🙈 ale już w domu zaczelo mnie naprawdę ostro. Mam jakieś przeciwbole na receptę, ale napieprza koszmanie i nie działają. Dajcie mi porządne dragi! Czemu wszyscy się teraz tak boją uzależnienia, całą noc nie mogłam spać, tylko siedzialam na łóżku i kiwalam się z bólu, poproszę coś mocniejszego kurde. Oczywiście nie poszlam dziś na zajęcia.

Z plusow: mam zwolnienie na cały tydzień i dostałam kule za darmo!

Z minusow: mam pierwsza wizytę pacjenta/klienta we wtorek, ja tam MUSZE być.

Cry me a River

Życie się toczy swoim rytmem, wczoraj dobra wiadomość z pacjentem/klientem i bardzo bardzo, niewiarygodnie niedobra wiadomość od koleżanki stąd, z Irl, której długo nie widziałam. Nadal nie mogę sobie tego pomieścić w głowie i prawdę mówiąc nie chcę. Córeczka jej umarła i to nie malutka, tylko całkiem duża. W nocy sny wokół tematu, dziwne, gęste. Ten-który-śni natworzył marzeń sennych, namęczył się i natrudził, a ja się tylko przewracałam z boku na bok na tym seansie.

(Od kiedy zaczęłam zwracać uwagę na sny, mam mniej problemów ze spaniem, wieczorem oddaję się w objęcia tego-który-śni i zgadzam się wyruszyć w podróż, zastanawiając się, co też znowu będzie mi dane oglądać w nocy).

Zajętość się powoli spiętrza. Jak co roku, sprawdzanie esejów i pracy, jutro zajęcia od 9 do 5, a w niedzielę Amerykanie zawalą mnie esejami, na których sprawdzenie mam dwa dni, które już też, jak się okazuje, wypełnione są różnymi aktywnościami po brzegi – do normalnych zajęć dochodzi jeszcze obiad z profesorem i pierwsza sesja z pacjentem.

Dzisiaj spotykam się z tą koleżanką. Nie będzie to łatwe.

W domu chodzę po schodach i głęboko oddycham, patrzę na buraczkowe ściany w korytarzu i małe rysuneczki poprzyklejane na futrynach, otwieram drzwi do pokoju Mo, patrzę się na ten burdel na kółkach i wiem, że mam dużo szczęścia.

Wracamy ze szkoły,  świeci słońce.

Mi siedzi w pokoju na dole, zawalił stolik do kawy swoimi papierami i komputerami, od rana rozmawia, łowię uchem urywki kryzysów i strzępki nadziei. Siobhain jednak nie będzie miała łóżka przed świętami, od pół roku śpi na podłodze na dmuchanym materacu, który jest trochę dziurawy, bo nie stać jej na łóżko. Dwa miesiące temu dostała dofinansowanie od organizacji dobroczynnej, bo z jej zasiłku nie jest w stanie tyle odłożyć, razem z Mi zamówili rozkładaną wersalkę, taką, jak chciała, bo ma tylko jeden pokój, a teraz okazuje się, że sklep wyprzedał wszystkie wersalki i bardzo przeprasza, ale ten model już nie jest dostępny. Siobhain nie stać na inny model, zależy jej również, żeby sofa była rozkładana, bo jak przyjmie dzieci jak ją w końcu odwiedzą, więc święta spędzi na podłodze, na dziurawym materacu. Siobhan przeszła takie rzeczy w dzieciństwie, że lepiej o tym nie opowiadać, ale cieszy się, bo od 10 lat jest trzeźwa i jej dzieci się do niej odzywają i chcą się spotykać.

Nie umiem pisać o takich rzeczach, historie, które mi opowiada Mi ze swojej pracy są nie do uwierzenia, naprawdę nie chce się wierzyć, że życie może być takie niesprawiedliwe, więc tworzy się jakieś historie, że tak naprawdę ci ludzie są sami sobie winni, no muszą być, bo jak inaczej to wyjaśnić? Więc wymyśla się jakieś bajki, że ludzie tylko wyciągają rękę po pomoc, że sami z siebie nic nie dają, że to ich wina i że to oni zawalili, i tylko dej i dej w kółko, ci zasiłkowcy. Cry me a river, no naprawdę.

Mężczyzna (jednak) Wraca

Kończy nam się ten dziewczyński czas z moją córeczką, Mi wraca z wojaży. Przez pięć dni był w swoim żywiole. Przesłał nam fajne fotki, na przykład z muzeum lalek:

Jakoś tak się składa, że rzadko bywam sama, to znaczy bez mężczyzny w domu, a bardzo to lubię. Cały dom wtedy ma jakąś taką inną, kobiecą energię, vibe, jak mówi Mo, jest zupełnie inny – spokojniejszy, delikatniejszy, łagodniejszy. Po (prawie) 30 latach bycia razem funkcjonujemy z Mi tak spoiście, że czasem trudno mi powiedzieć, co jest moje, a co jest jego, a w taki czas mogę się sama zobaczyć na nowo. I ugotować rosół, na kurczaku i wołowinie, którego nigdy nie robię przecież na obiad z weganem.

Dobrze mi się śpi z córeczką. Nie wiem, co to jest, może całą noc jestem owinięta w dziecięce niewienne sny, a może to wieczne matki czuwanie w głowie się jakoś wyłącza, bo moje dziecko jest na wyciągnięcie ręki, więc mogę się odprężyć i po prostu spać. Próbuję pamiętać sny, ale mam ich tak dużo, a wstaję tak rano, że po wyskoczeniu z łóżka i zapaleniu światła, snów już nie ma.

Przygotowuję się na pierwszego pacjenta, wszystko staje się coraz bardziej realne. W międzyczasie słucham debat komisji parlamentarnych w Irl o regulacji zawodu psychoterapeuty, bo jest afera jak w Polsce, tylko tutaj się towarzystwa nie kłócą ze sobą, ale z biurokratami. (W debcie bierze udział mój wykładowca, John, psychoterapeuta i psycholog:). Rząd przygotował projekt prawnej ochrony tytułu psychoterapeuty, zajmuje się tym rządowa agencja CORU, która reguluje zawody związane ze zdrowiem, jak np. fizjoterapeutów czy logopedów, oprócz lekarzy i pięlęgniarek. Po naprawdę wielu latach pracy CORU przedstawiło projekt, który jak się okazało nie uwzględnił głosu środowiska i został totalnie oprotestowany, środowisko reprezentują tu dwa największe stowarzyszenia Irish Council for Psychotherapy (2500 zrzeszonych terapeutów i wszystkie szkoły terapii, od psychoanalitycznej do behawioralnej) i Irish Association for Counselling & Psychotherapy (6500 zrzeszonych). W odróżnieniu od Polski, tutaj środowisko nie jest podzielone i zgadza się w zupełności dlaczego regulacje są do dupy. Zarzucają CORU obniżenie standardów, bo w projekcie nie ma terapii własnej jako niezbędnego warunku, nie ma również superwizji, studenci mają się uczyć prowadzenia terapii za pomocą refleksji, hahaha. Brak wymagania terapii własnej agencja uzasadnia m.in. chęcią chronienia studentów, których terapia mogłaby narazić na ‚nadmierny emocjonalny stres’ 😀 U przyszłych terapeutów, którzy mają się zajmować wykorzystywaniem seksualnym, traumą, depresją, osobami ze skłonnościami samobójczymi i tak dalej. Nie żartuję.

Jeśli takie standardy wejdą, psychoterapeuci szkoleni w Irl nie będą mogli praktykować w innych krajach EU, bo we wszystkich, gdzie dostęp do zawodu jest regulowany, terapia własna i superwizja są podstawą kształcenia. CORU broni się, że np. w kognitywno-behawioralnych podejściach terapia własna nie jest wymagana, środowisko zarzuca biurokratom, że się zupełnie nie znają i ekstrapolują model jednej szkoły na wszystkich. Przy czym spośród 36 urzędników ustalających standardy w CORU, jeden ma wykształcenie kierunkowe. Afera na trzy fajerki, środowisko się kompletnie zbuntowało, a agencja twierdzi, że konsultacje są zamknięte i przechodzi do następnego etapu, czyli spotkań z instytucjami edukacyjnymi, które prowadzą kierunki psychoterapeutyczne. (W Irl większość kursów jest prowadzona przez szkoły publiczne, czyli nie do końca chodzi tu o kasę jak w Polsce.) Także ostro bulgocze w kotle.

A oprócz tego sztorm Bran prawie nas z Mo zwiał ze ścieżki rowerowej, rower nie był dobrym pomysłem jednak.

Kobieta w Sytuacji

Cały dzień gdzieś mi zginął.

Rano wydawało się mi się, że mam cały dzień, calutki i taki świeżutki, wstałam bowiem całkiem wyspana o 8.30, gdyż dzisiaj szkoła mojej córki ma szkolenie, więc uczniowie zostali w domu, a my mogłyśmy się z Mo wyspać. Tak się składa, że lubię spać z moją córeczką, wiem, nie bardzo dorośle. (Śpimy razem, bo Mi wyjechał się szkolić, tym razem do Portugalii).

Ale po wyspaniu zaczęłam biec i nie wiem jak to się stało, że skończyłam bieg o godzinie 19, a niby miałam cały dzień wolny, oprócz jednego jedynego wykładu o 10 i to w dodatku online. No więc tak, po wykładzie pogadałam z Kobietą w Potrzebie, potem odwiozłam Mo do koleżanki, potem się wykąpałam i upiękniłam, bowiem w planach miałam zrobienie profesjonalnych zdjęć na stronę kliniki. Zdjęcia robić mi miała inna koleżanka, która mieszka blisko i jest fantastycznym fotografem, u koleżanki wypiłam kawkę, oczywiście, pogadałyśmy i zrobiła mi zdjęcia, a wtedy okazało się, że zapomniałam już jak ja naprawdę wyglądam, no fotogeniczna to ja nie jestem. Do tego wydaje mi się, że mam coś takiego w twarzy jakby obronnego, lekko drwiącego wręcz w oczach, powiedziałabym, próbowałam się zatem patrzeć do kamery AUTENTYCZNIE i NAPRAWDĘ CIEPŁO, ale kurcze blade spróbujcie sobie sami tak patrzeć, ni huhu, nie da się. Cały czas mi ten sarkazm wychodzi centralnie na facjatę. No nic, mam zatem zdjecia z sarkazmem, no co zrobisz jak nic nie zrobisz. (Mi mówi, że muszę zrobic sobie zdjęcie po miłości, wtedy się ładnie uśmiecham). Ale w ogóle zdjęcia to tragedia! Czy ktoś w ogóle lubi sobie robić zdjęcia?? Po zdjęciach i kawce machnęłam w domu drobne porządeczki i nagle zrobiła się szósta i trzeba było odebrać Mo. I tak cały dzień myk myk myk i go nie ma.

Weekend zapowiada się deszczowy i snujący, zziębnięty i mglisty, ale od kiedy minęła mi para-grypa (po szczepionce) stawiam czoło wyzwaniom aktywnie i z werwą. W pracy nasz zorganizowany wtorkowy event, z prezentacjami członkini parlamentu Irlandzkiego, aktywistki LGBT oraz Mi i mojej byłej studentki okazał się naprawdę sukcesem, a my ciaptaki nawet nie zrobiliśmy zdjęć! Rekiny marketingu, no naprawdę. Dostałam nieoficjalną propozycję ponownego zostania szefową naszej małej komóreczki, ale to jeszcze zależy czy komóreczka w ogóle przetrwa najnowsze trzęsienia ziemi w korpo. Jak widać chwalę się dziś jak najęta. Ale w poniedziałek zawaliłam ważną sprawę, więc muszę się podbudować, ale spuśćmy już na to zasłonę milczenia.

Z rzeczy wciągających po godzinach śledzę najnowsze otwarcie afery Kąckiego i nie mogę uwierzyć, jak można być takim gościem, który robi coś takiego i tak bardzo nie rozumie, a równocześnie uważa się za króla reportażu. Tutaj Kacki u Lisa, czyli mobber gości gościa, co się onanizował przy kobiecie która sobie tego nie życzyła, dwaj narcyzi nie mogący się pogodzić, że ktoś nie daje się już używać. Morze słów i filozofowanie majace przykryc prosty fakt: że facet nie umie stanąć w prawdzie. Żenujące. I smutne. Dwa lata temu Mi dostał jego książkę o faszystach pod choinkę, a potem shit hit the fan i już nigdy nie zostanie przeczytana, bo okazała się zupełnie niewiarygodna w kontekście autora skłonności do mitomanii i podkęcania historii. Kiedyś Mi uratował mnie od takiego właśnie jednego oblecha, jeszcze wtedy nie był moim mężem, tylko kolegą z roku i wystarczyło jedno pytanie do mnie ‚Czy ty tego chcesz?’ kiedy wszedł do pokoju i zobaczył niedwuznaczną sytuację, czyli mnie 19-latkę pijaniutką leżącą na sofie i gościa, który się do mnie dobierał. A kiedy pokręciłam głową, że nie, bo z powodu pijaności byłam w stanie tylko to zrobić, wziął gościa za fraki i wywalił z pokoju.

Lewak Rekinem Biznesu

Mieli się w głowie, no cóż, nie ma lekko. Dopada mnie też stres finansowy, rachunki pod koniec roku rosną, a na razie słabo z dodatkowymi dochodami, nad czym zupełnie nie mam kontroli. Klinika szkoleniowa trochę sobie nie radzi biznesowo, trudno żeby sobie radziła, jeśli wszyscy to terapeuci bez biznesowego podejścia. Wdrożyli jakieś środki zaradcze, ustawili lepiej stronę, zobaczymy czy teraz bedzie śmigać, musimy się też sami trochę wziąć do roboty. Ja też nie jestem biznesowa i szarpie mnie od środka jak mam zacząć być, moja lewacka dusza się buntuje, ale tłumaczę sobie, że umiejętność odnalezienia się na rynku to ważna umiejętność niezależnie od ideologii. I przecież wykorzystywać i alienować będę jedynie siebie, hehe.

Dziś mimo, że mam wolne od pracy w pracy, zjawiłam się w szkole na evencie, gdzie będzie miał prezentację Mi razem z koleżanką Travellerką o tym, jak pracuje z Travellerami. Bardzo ciekawe, oczywiście.

Widoczki z kantyny z rana wynagradzają zjawienie się w pracy:

Cios wibrującej pięści

Ciężka noc, całe sześć godzin coś się mieliło w głowie, jednak wczoraj użarło mnie to COŚ dokumentnie, zasnęłam dopiero o 1, po 1/4 tabletki. Wstałam za to po 5 rano, czyli hello dzień, to znaczy nie wstałam oczywiście, tylko zrobiłam sobie szybką prasówkę na komórce, jeszcze w łózku. Na świecie bez zmian, a szkoda. Potem wstałam i zapisałam sny, które mi się właśnie mieliły w głowie, to ważne, żeby pamiętać, żeby być świadomym.

Dziś dzień napakowany zajęciami jak rodzynkami, superwizja, wykład, potem moja pani, potem znowu wykład, wszystko w różnych częściach miasta i będę się tak bujała tym razem na hulajnodze, tam i z powrotem, przez pół Dublina.

Do tego leje. I poniedziałek.

A siostrę dopadł cios wibrującej pięści, ja jeszcze niedawno też tak oberwałam, od tej samej osoby, więc wiem, co to znaczy. Pamiętacie Brusliego (Bruce Lee) i teorie spiskowe o jego śmierci? Jak dopadł go cios wibrującej pięści cztery dni po walce? Jako dziecko byłam wyznawcą wszystkich teorii spiskowych, wierzyłam w nie święcie, a teraz już wiem, że takie ciosy istnieją, tylko raczej niematerialne, ciosy, które cię dopadają parę dni po i nie możesz przestać o tym myśleć.

Wczoraj skończyliśmy Bestię we Mnie, dobre amerykańskie kino, czyli przyjemnie się oglądało, świetna gra aktorska, ale bez szczególnych zachwytów i odkryć. Jedna rzecz mi się podobała – jak podkreślono różnicę pomiędzy myślą a uczynkiem, to jest właśnie granica zła: każdy ma mordercze myśli, ale tylko niektórzy mordują.