Ten koniec roku zawsze w takim pędzie, na szczęście nie zawsze tak trudno. Ale wiadomo – to się kiedyś skończy, no i zawsze można mieć jedną nóżkę bardziej. Albo jeszcze bardziej.
W tym całym bardaku – nie wiem do końca co do bardak, mój dziadek tak mówił, ale jakoś pasuje mi tu – we wto miałam pierwszego pacjenta.
Początek wizyty jak z sennych koszmarów dla terapeutów. Już od siódmej rano się przygotowywałam, sesja dopiero na 11, ale wiadomo – trzeba wziąć prysznic, wysuszyć włosy, ubrać coś porządnego, dojechać, a przede wszystkim mieć spokojny umysł, bo to ja jestem dla człowieka, a nie odwrotnie. Mi pracował z domu i obiecał, że mnie odwiezie, więc ucieszyłam się, że na spokojnie, krzesełko do wanny, prysznic, włosy, makijaż przed lustrem na jednej nodze, kawka. Dajemy radę. Zaplanowałam, żeby wyjechać o 10 i był to dobry plan, ale kawa była za gorąca, na siku musiałam jeszcze skoczyć na górę, a tuż przed samiutkim wyjściem okazało się, że żadne buty mi na stopę nie wchodzą. Mi dał mi swój but, który okazał się idealny i tak wyszłam w dwóch różnych butach, jeden o rozmiarze 39, a drugi 44. Jak to mówił koleś spadający z dachu – so far so good.
Była 10.15, dojazd to 20 minut przy dobrych wiatrach, ale wiatry robiły się niezbyt dobre i czas dojazdu się wydłużał i wydłużał. Żeby przyśpieszyć, o 10.50 kazałam się wyrzucić na skrzyżowaniu niedaleko gabinetu, kiedy dokicałam do drzwi budynku było za osiem, kiedy pokonałam skacząc na jednej nodze 24 strome schodki i cała spocona i zdyszana stanęłam pod drzwiami gabinetu, było za pięć.
A zatem o 10.55 otwieram drzwi do gabinetu, a tam … właścicielka w środku sprzątania.
Mopy, spryskiwacze do okien, szmaty, odkurzacz. Zapomniała, że wynajmuję we wtorki rano, bo choć płacę od dwóch miesięcy, jeszcze nigdy nie miałam pacjentów. I teraz wyobraźcie sobie jak na przyśpieszonym filmie, właścicielka gorączkowo zaczyna wynosić szmaty i spryskiwacze, ja stoję, o 10.57 dzwoni domofon, właścicielka krzyczy, żebym nie odbierała, w tempie światła wynosi odkurzacz, dosuwa meble do siebie, ja stoję, o 10.59 domofon dzwoni jeszcze raz. Tym razem muszę odebrać. Odbieram, otwieram drzwi domofonem, drzwi się zacinają, pacjent nie może wejść, siłujemy się tak jeszcze z parę chwil, ja wiem, że nie ma szans, żebym zeszła po niego 24 schodki na dół, na jednej nodze i 24 schodki z powrotem, dalej skacząc na jednej nodze i to tej samej. Właścicielka stopą posuwa odkurzacz, który wyjeżdża z sąsiedniego gabinetu, gdzie go przeniosła, zamyka do niego drzwi i oferuje, że zejdzie i wpuści pacjenta. Ja stoję w drzwiach. Czekam.
A potem miałam pierwszą w życiu sesję/konsultację, która poszła .. kto wie. Myślę, że dobrze, zobaczymy, czy pacjent wróci. Ciekawe, czy zauważył, że miałam dwa różne buty?
Po sesji luzik, poczekałam sobie na schodkach, przyjechał po mnie Mi, a wieczorem wpadli Ad z Re i zrobili nam wigiliny obiad – barszcz z uszkami. Uszka na szczęście kupne. Wszyscy dostaliśmy od nich prezenty, a oni dostali od nas tylko herbatę i whiskey, prezent przechodni, który Mi dostał z kolei tydzień wcześniej od swojej studentki na praktykach, bo przecież prezenty dla nich jeszcze nie przyszły.
***
Noga niestety nie jest dużo lepiej i trochę jestem w kropce co robić. W nocy bolała bardziej niż wcześniej i nie wiem, co to znaczy. Dziś jeszcze mam zajęcia online, wcześniej jeszcze rada egz dla amerykanów i trumpoidy dosyłające eseje i szef oczekujący, że jest sprawdę, Mi w pracy, więc nie ma jak nawet do kliniki podjechać. Co z wyjazdem do Polski? Co z umówionym wyjściem w góry (to akurat wiem – nico oczywiście). Co z życiem?
Czy zostać w Irl sama, a wysłać rodzinę do Pl? Czy jechać z nimi – ale jak? wózkiem do samolotu?




