Życie się toczy swoim rytmem, wczoraj dobra wiadomość z pacjentem/klientem i bardzo bardzo, niewiarygodnie niedobra wiadomość od koleżanki stąd, z Irl, której długo nie widziałam. Nadal nie mogę sobie tego pomieścić w głowie i prawdę mówiąc nie chcę. Córeczka jej umarła i to nie malutka, tylko całkiem duża. W nocy sny wokół tematu, dziwne, gęste. Ten-który-śni natworzył marzeń sennych, namęczył się i natrudził, a ja się tylko przewracałam z boku na bok na tym seansie.
(Od kiedy zaczęłam zwracać uwagę na sny, mam mniej problemów ze spaniem, wieczorem oddaję się w objęcia tego-który-śni i zgadzam się wyruszyć w podróż, zastanawiając się, co też znowu będzie mi dane oglądać w nocy).
Zajętość się powoli spiętrza. Jak co roku, sprawdzanie esejów i pracy, jutro zajęcia od 9 do 5, a w niedzielę Amerykanie zawalą mnie esejami, na których sprawdzenie mam dwa dni, które już też, jak się okazuje, wypełnione są różnymi aktywnościami po brzegi – do normalnych zajęć dochodzi jeszcze obiad z profesorem i pierwsza sesja z pacjentem.
Dzisiaj spotykam się z tą koleżanką. Nie będzie to łatwe.
W domu chodzę po schodach i głęboko oddycham, patrzę na buraczkowe ściany w korytarzu i małe rysuneczki poprzyklejane na futrynach, otwieram drzwi do pokoju Mo, patrzę się na ten burdel na kółkach i wiem, że mam dużo szczęścia.
Wracamy ze szkoły, świeci słońce.


Mi siedzi w pokoju na dole, zawalił stolik do kawy swoimi papierami i komputerami, od rana rozmawia, łowię uchem urywki kryzysów i strzępki nadziei. Siobhain jednak nie będzie miała łóżka przed świętami, od pół roku śpi na podłodze na dmuchanym materacu, który jest trochę dziurawy, bo nie stać jej na łóżko. Dwa miesiące temu dostała dofinansowanie od organizacji dobroczynnej, bo z jej zasiłku nie jest w stanie tyle odłożyć, razem z Mi zamówili rozkładaną wersalkę, taką, jak chciała, bo ma tylko jeden pokój, a teraz okazuje się, że sklep wyprzedał wszystkie wersalki i bardzo przeprasza, ale ten model już nie jest dostępny. Siobhain nie stać na inny model, zależy jej również, żeby sofa była rozkładana, bo jak przyjmie dzieci jak ją w końcu odwiedzą, więc święta spędzi na podłodze, na dziurawym materacu. Siobhan przeszła takie rzeczy w dzieciństwie, że lepiej o tym nie opowiadać, ale cieszy się, bo od 10 lat jest trzeźwa i jej dzieci się do niej odzywają i chcą się spotykać.
Nie umiem pisać o takich rzeczach, historie, które mi opowiada Mi ze swojej pracy są nie do uwierzenia, naprawdę nie chce się wierzyć, że życie może być takie niesprawiedliwe, więc tworzy się jakieś historie, że tak naprawdę ci ludzie są sami sobie winni, no muszą być, bo jak inaczej to wyjaśnić? Więc wymyśla się jakieś bajki, że ludzie tylko wyciągają rękę po pomoc, że sami z siebie nic nie dają, że to ich wina i że to oni zawalili, i tylko dej i dej w kółko, ci zasiłkowcy. Cry me a river, no naprawdę.