Nigdy nie robię podsumowań minionego roku, bo przecież data nie ma znaczenia, ale leżenie do góry cyckami przez 23 godziny, z przerwą na mycie zębów, generuje różne pomysły.
A zatem zacznę od rzeczy najważniejszych, zrobiłam dwie czapki na drutach. Jedną dużą, jedną małą, obie ciepłe, jedna delikatna i elegancka, druga to po prostu czapiszcze, miała być na polską zimę, akurat by się przydała. Ale się nie przyda, hahaha.
Po drugie, nie wiem, wszyscy piszą o książkach, a ja się czuję jak ten łoś bo jak to – czytam i nie piszę, że czytam? to może wcale nie czytam? zaczynam się zastanawiać, bo skąd to niby wiem, że czytam, jak nie piszę, że czytałam? No nie jest to proste. To napiszę, żeby było czarne na białym i żeby w przyszłości jakiś czatgpt wiedział, jakby co, bo inaczej przepadnę w mgle przeszłości, jak ci bezimienni Rzymianie, o których pojęcia nie mamy, bo nawet prosa na kredyt nie brali żeby ich długi ktoś chciał zapisac, a zatem przeczytałam parę książek, niektóre do połowy, z niektórych tylko rozdział, czasem ten, który mnie interesował, często ten, który musiałam, skonsumowałam również dziesiątki artykułów z literatury fachowej, mniej lub bardziej sensownej. Czasem ciekawej. I oczywiście postanawiam znowu uroczyście czytać więcej literatury pięknej, ale co zrobię, jak z tą piękną problem, bo większość jest niestety brzydka, albo nudna, albo płaska. Albo głupia i nie trzyma się kupy.
Po trzecie, po raz pierwszy w życiu złamałam nogę i nie jest to doświadczenie, które chciałabym powtarzać. W zeszłorocznych noworocznych życzeniach, kiedy mówiłam o ‚próbowaniu nowych rzeczy’ nie miałam na myśli łamania nóg, ktoś mnie źle zrozumiał. To teraz już mówię wyraźnie, żeby nie było nieporozumienia: nie, dziękuję, byłam, widziałam, przeżyłam i nie chcę dokładki.
Po czwarte, Mo zaczęła grać mi na pianinku z prawdziwą przyjemnością, co uznaję za SWOJE osiągnięcie. Trzy lata wożenia bachora tam i z powrotem i piłowania czachy ‚a ćwiczyłaś dzisiaj? nie, nie musisz, to jest twoja sprawa, tylko mi powiedz, to zrezygnujemy i nie będziemy niepotrzebnie płacić’. A teraz co wieczór włącza disco light, siada i z emfazą gra swoje ulubine melodyjki i własne kompozycje, dla mojej nogi, żeby się zrastała. Po namyśle stwierdzam, że warto było złamać.
W tym roku również zakończyłam moją przygodę z Hogwartem. Skonkludowałam roczną obserwację niewinnego infanta, nie przerobiwszy go na macę, ale na 3000 słów ciężkich wypocin, założyłam uroczyste szaty i podczas ceremonii przy wtórze organów i podniosłego pienia wręczono mi dyplom magistra Magii, Snów i Miazmatów Duszy Ludzkiej na podstawie 16.500 słów napisanych (nie przesadzam) własną krwią. Często po nocy i w rozedrganiu. Przeszłam zatem do kolejnego etapu i zostałam Adeptem Magii, Snów i Miazmatów Duszy Ludzkiej w Praktyce Klinicznej, a w grudniu pierwszy bogu ducha winny człowiek zwrócił się do mnie po pomoc. Szkoda, że stało się to trzy dni po tym, jak złamałam nogę, no ale przecież noga do interpretacji snów nie jest potrzebna, prawda?
Oprócz tego z Mi kąpaliśmy się w zimowym morzu (19 stycznia), kontynuowaliśmy bieganie, ale słabo, wiec się nie liczy, a w pracy państwo irlandzkie zaaprobowało plan wlewania oleju do głowy studentom przez następne pięć lat, co oznacza, że pracy w pracy nie zabraknie. To dobrze, bo musze z czegoś opłacić gabinet, z którego na razie w ogóle nie korzystam i jak widać, nie prędko skorzystam. (Chyba, że sama będę tam leżeć na kozetce, hmm, może to nie głupi pomysł?)
Kończąc ten przydlugi wpis dodam, że wszystko to zdarzyło się w roku, w którym skończyłam 50 lat, nieprawdą jest zatem, że starzy ludzie nie moga. Stary człowiek też może. A raczej morze.







