Stary człowiek i może!

Nigdy nie robię podsumowań minionego roku, bo przecież data nie ma znaczenia, ale leżenie do góry cyckami przez 23 godziny, z przerwą na mycie zębów, generuje różne pomysły.

A zatem zacznę od rzeczy najważniejszych, zrobiłam dwie czapki na drutach. Jedną dużą, jedną małą, obie ciepłe, jedna delikatna i elegancka, druga to po prostu czapiszcze, miała być na polską zimę, akurat by się przydała. Ale się nie przyda, hahaha.

Po drugie, nie wiem, wszyscy piszą o książkach, a ja się czuję jak ten łoś bo jak to – czytam i nie piszę, że czytam? to może wcale nie czytam? zaczynam się zastanawiać, bo skąd to niby wiem, że czytam, jak nie piszę, że czytałam? No nie jest to proste. To napiszę, żeby było czarne na białym i żeby w przyszłości jakiś czatgpt wiedział, jakby co, bo inaczej przepadnę w mgle przeszłości, jak ci bezimienni Rzymianie, o których pojęcia nie mamy, bo nawet prosa na kredyt nie brali żeby ich długi ktoś chciał zapisac, a zatem przeczytałam parę książek, niektóre do połowy, z niektórych tylko rozdział, czasem ten, który mnie interesował, często ten, który musiałam, skonsumowałam również dziesiątki artykułów z literatury fachowej, mniej lub bardziej sensownej. Czasem ciekawej. I oczywiście postanawiam znowu uroczyście czytać więcej literatury pięknej, ale co zrobię, jak z tą piękną problem, bo większość jest niestety brzydka, albo nudna, albo płaska. Albo głupia i nie trzyma się kupy.

Po trzecie, po raz pierwszy w życiu złamałam nogę i nie jest to doświadczenie, które chciałabym powtarzać. W zeszłorocznych noworocznych życzeniach, kiedy mówiłam o ‚próbowaniu nowych rzeczy’ nie miałam na myśli łamania nóg, ktoś mnie źle zrozumiał. To teraz już mówię wyraźnie, żeby nie było nieporozumienia: nie, dziękuję, byłam, widziałam, przeżyłam i nie chcę dokładki.

Po czwarte, Mo zaczęła grać mi na pianinku z prawdziwą przyjemnością, co uznaję za SWOJE osiągnięcie. Trzy lata wożenia bachora tam i z powrotem i piłowania czachy ‚a ćwiczyłaś dzisiaj? nie, nie musisz, to jest twoja sprawa, tylko mi powiedz, to zrezygnujemy i nie będziemy niepotrzebnie płacić’. A teraz co wieczór włącza disco light, siada i z emfazą gra swoje ulubine melodyjki i własne kompozycje, dla mojej nogi, żeby się zrastała. Po namyśle stwierdzam, że warto było złamać.

W tym roku również zakończyłam moją przygodę z Hogwartem. Skonkludowałam roczną obserwację niewinnego infanta, nie przerobiwszy go na macę, ale na 3000 słów ciężkich wypocin, założyłam uroczyste szaty i podczas ceremonii przy wtórze organów i podniosłego pienia wręczono mi dyplom magistra Magii, Snów i Miazmatów Duszy Ludzkiej na podstawie 16.500 słów napisanych (nie przesadzam) własną krwią. Często po nocy i w rozedrganiu. Przeszłam zatem do kolejnego etapu i zostałam Adeptem Magii, Snów i Miazmatów Duszy Ludzkiej w Praktyce Klinicznej, a w grudniu pierwszy bogu ducha winny człowiek zwrócił się do mnie po pomoc. Szkoda, że stało się to trzy dni po tym, jak złamałam nogę, no ale przecież noga do interpretacji snów nie jest potrzebna, prawda?

Oprócz tego z Mi kąpaliśmy się w zimowym morzu (19 stycznia), kontynuowaliśmy bieganie, ale słabo, wiec się nie liczy, a w pracy państwo irlandzkie zaaprobowało plan wlewania oleju do głowy studentom przez następne pięć lat, co oznacza, że pracy w pracy nie zabraknie. To dobrze, bo musze z czegoś opłacić gabinet, z którego na razie w ogóle nie korzystam i jak widać, nie prędko skorzystam. (Chyba, że sama będę tam leżeć na kozetce, hmm, może to nie głupi pomysł?)

Kończąc ten przydlugi wpis dodam, że wszystko to zdarzyło się w roku, w którym skończyłam 50 lat, nieprawdą jest zatem, że starzy ludzie nie moga. Stary człowiek też może. A raczej morze.

Jak nie być upierdliwą

Sekret jest tylko jeden, i tak, to jest właśnie to, o czym myślicie (odpowiedź znajdziecie na końcu wpisu).

Jak każda królowa przyjmuję wizyty. Dziś kolejna koleżanka, co prawda musiałam się trochę ogarnąć, umyć głowę, zmienić piżamkę, ale fajnie jest jak ktoś chorego odwiedzi.

Z Mi siedzimy już sobie trochę na głowie, po początkowej mobilizacji, kiedy człowiek jest wrzucony w całkiem inną rzeczywistość, przychodzi nowa codzienność, która jest po prostu męcząca. I tak mam szczęście, że ma urlop, więc może służyć jako przynieś, podaj, pozamiataj, ale to, jak wiadomo jest dość męczącą rolą. Staram się nie być upierdliwą babą, której wszystko przeszkadza, i muszę przyznać, że dragi w tym wybitnie pomagają. Nie wchodzę zatem do kuchni i nie kontroluję, czy posprzątał blat, przecież wystarczy, że mam podanie śniadanie, obiad, kolację, herbatkę, kołderkę, książeczki, jabłuszko i leki. Kołdrę z góry przyniesioną, nadmuchiwaną poduszkę do trzymania stopy w górze nadmuchaną i sto trzy inne rzeczy, które nagle robią się niezbędnie potrzebne.

Stan ducha pozytywny, nastrój stabilny, emocje zrównoważone, na razie wygląda na to, że to przeszkoda, którą się pokonuje, wymaga to wysiłku i kombinowania, wszystko jest trudniejsze, ale przecież nie niemożliwe.

Podobno, żeby zachować pogodę ducha na starość trzeba robić rzeczy trudne i frustrujące, sprawdziłam zatem dziś dwa eseje, walcząc w dodatku z zamykającymi się powiekami, od razu karma na starość podskoczyła.

(Kupiłam sobie w nagrodę trzy sweterki z benettona, jest przecena, a zanim zrobię swój upłyną eony. A swetrów nigdy za dużo, zwłaszcza w Irlandii. Powinnam wyczaić też jakieś staniki, bo nic tak kobiecie nie poprawia humoru, ale na razie fundusze się skończyły – muszę zapłacić za gabinet, z które na razie nie korzystam, hehe.)

Poza tym solapadine ma w sobie kodeinę, która w wątrobie zamienia się w morfinę, no i już wiem dlaczego cały dzień jestem jak kwiat lotosu, podsypiam i wkręcają mi się jakieś delulu. Ale najważniejsze, że do przodu.

Kronika leżenia

W nocy sny. Jadę wielką, starą ciężarówką, nie wiem czemu zatrzymuję się na środku miasta, do kabiny włażą mi jakieś dzieciaki, wyrzucam je, ale teraz nie mogę ruszyć. Pedał gazu jest taki malutki, a kabina taka wielka, jest jeszcze hamulec o kształcie deskorolki, który widzę pierwszy raz w życiu. Zastanawiam się jak sobie poradzę, ale jestem zdeterminowana, będę próbować. Budzę się o pierwszej i nie mogę spać, środek nocy, dwie godziny do kolejnej dawki, żeby noga przestała boleć. Czytam, staram się ignorować ból nogi, oraz po chwili ból żołądka, przecież nie zejdę w nocy po schodach do kuchni i nie znajdę tabletek w apteczce, w końcu budzę Mi i proszę o przyniesienie Rennie. O trzeciej łykam jedne i drugie dragi, zawijam się w kołdrę i cała spocona w końcu zasypiam.

Rano układam rzeczy na stoliku od kawy.

Wiem, że muszę mieć plan, żeby zachować porządek w głowie i spokój. Więc eseje, muszę zacząć sprawdzać eseje, odłożyć komórkę, skupić się na książkach. (A co z książkami na komórce?). Zacząć przygotowywać wykłady do nowego przedmiotu. Wyciągnąć wełnę, puszysty moher i merino w kolorze brzoskwini przełamanej wyblakłą różą, i w końcu zacząć robić ten sweter, który ma być jak ptasie mleczko, różowo koralowa chmurka na zimę. Petit Knits, przypomina mi się wzór swetra w kolorze starego złota, który zrobiłam dla mojej córeczki, którego on nie chciała nosić, ale nie pozwoliła nikomu oddać.

Robię sobie okłady z literatury fachowej, czytam Segal i o Segal. Uspokaja mnie jej rozumienie duszy ludzkiej, bez uproszczeń i ułatwień, prawdziwa królowa ciemności. Urodziła się w Warszawie, za młodu sympatyzowała z Trockistami, potem wojna, ucieczka do Londynu, studia medyczne i analiza u Klein, żywej legendy. Jak nikt inny rozumiała dwie rzeczy: sztukę oraz ciemną stronę natury ludzkiej, tę całą destrukcję, którą nosimy w sobie na codzień.

W tym czasie Mo z Mi nad morzem, wysyłam ich na wycieczkę, coby sobie odetchnęli i odpoczęli:

Kiedy ich nie ma, znowu śpię. Potem przywożą mi sushi znad morza.

Jestem delikatne zwierzę

Leżę. Po wstaniu i porannej toalecie idę na dół i zalegam. W dużym pokoju mam centrum dowodzenia, Mi znosi mi kołderkę i wszystkie potrzebne rzeczy. Noga boli, trudno, żeby nie bolała, z solpadeine daje radę, czuję w stopie jakieś wnyki, śruby i metale, jak lek schodzi mam fakirowe łoże, tylko, że w środku gipsu. W chwili obecnej nawet Kevin Sam w Domu ma za dużo przemocy jak dla mnie, wczoraj moi się zaśmiewali, a ja nie mogłam patrzeć na te przebite stopy i głowy uderzone żelazkiem;)

Zbieram się do kupy, powoli. Przemyśliwuję jak to wszystko zorganizować. Układam sobie w głowie. Zaczęłam od maila do instytutu.

Czytam. Trochę za dużo pierdół, ale czasem nie da rady, czasem nie da się nic innego czytać, oprócz odpowiedzi na reddicie ‚który dzień po operacji był najgorszy?’.

W aptece za clexane zażądali 280 euro, akurat niedawno przygotowywałam się z polityki społecznej w zakresie opieki zdrowotnej w Irl i przytomnie przypomniało mi się, że trzeba zaaplikować o dopłatę do leków, wczoraj wypełniłam wniosek online, a apteka zgodziła się zaakceptować w drodze wyjątku, bo na stronie mam już podbite, więc tylko 80. Uff.

Skończyliśmy wczoraj barszczyk i sałatkę warzywną. I to by było na tyle z jedzeniem świątecznym. Mam wrazenie, ze schudlam. Nie mam apetytu, albo się za zdrowo odżywiam na tej diecie u mojego meza weganina, bo ile można się obzerac warzywami z barszczu po ukraińsku 😅 (lubię). Mówiłam mu, że mnie głodzi, a on ‚ale ty leżysz’, ale przecież mówiłam mu, że mózg zużywa 25% kalorii, a ja dużo myślę! No to smaży teraz ruskie, niech mu będzie. (Przed wyjściem na spacer zostawił mi pęto kielbasy pod stolikiem do kawy😅) Na szczęście córeczka robi mi sałatkę i french toasts.

Moc trochę struchlała, ale już lepiej

Wigilię uratował synek. Podczas gdy ja byłam w szpitalu, a Mi na plastikowym krzesełku czekał 10 godzin, syn przyjechał do D i został z Mo. Dzięki temu Mi mógł być ze mną, a dziesięcioletnia dziewczynka nie bała się sama w domu. Kiedy przyjechaliśmy po 18, Ad zdecydował się zostać z nami na wieczór i noc, na szczęście Re nie miała operacji w Wigilię (tak, mieliśmy kumulację) i była dobrze zaopiekowana u swoich rodziców.

Wigilia była taka, jaka mogła być, nie składaliśy sobie życzeń, i tak wiadomo, czego sobie wszyscy życzymy. Barszcz, uszka, bigos, sałatka, bez obrusa i bez sianka, nie miałam sumienia ganiać do nieważnego prasowania wykończonego męża, który ze stresu i zmęcznia był szary na twarzy. Ja w łóżku, reszta przy stole, za odświętność robiła bolesławiecka zastawa. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ja się cieszyłam, że żyję, że jestem w domu, bo głupio byłoby nie obudzić się z narkozy w wigilię, prawda? Tak sobie właśnie myślałam przed operacją, żeby tylko się obudzić, bo inaczej do końca życia moja rodzina będzie miała zrujnowane święta i będzie jak w powieściach Houellebecqa, gdzie ciemność i bezsens.

Potem gadaliśmy do drugiej w nocy, dawno nie mieliśmy okazji tak porozmawiać z synem, o wszystkim i o niczym, o życiu i o uczuciach, pracy, pasji, planach i w ogóle. Dobrze mi się z nim rozmawia, robi się coraz bardziej poukładany i realistyczny, bo refleksyjny i ciekawy świata to był zawsze. Trudne decyzje przed nimi, w czym się specjalizować, gdzie mieszkać, co robić w życiu, żeby móc się utrzymać, a nie stracić tej radości i ciekawości młodego człowieka. Czy najważniejsze jest zarabiać kasę, nie lubiąc tego, co się robi, czy jednak starać się robić coś, co ma dla nich sens. Standardowe rozkminki młodego człowieka.

Po euforii i radości Wigilijnej, że jednak żyję, wczoraj był czarny dzień, kiedy do mnie dotarło, że moje życie się zmieni. Lekarz mówił o kolejnych operacjach i możliwym bólu do końca życia, nie wiem jak długo będę unieruchomiona, nie wiem, kiedy wrócę do pracy, czy będę na zasiłku, czy jak dam radę kontynuować praktykę kliniczną. Za trzy tygodnie mam kolejne zajęcia, nie mogę ich opuścić, jeśli chcę uzyskać certyfikat, ale nie wiem, jak będzie z moją nogą, czy zgodzą się, żebym podczas zajęć siedziała na podłodze na kocu z nogą na poduszce? Tylko tak mogłabym brać w nich udział, bo muszę trzymać nogę wysoko, oczywiście jeśli wypuszczą mnie ze szpitala po drugiej operacji. Okazało się bowiem, że stopę mam zmażdżoną, jest parę złamań z dyslokacją, zupełnie to przeoczyli na pogotowiu bo zrobili mi tylko rtg … kostki. Wiem, że pomyłki się zdarzają, lekarze na pogotowiu nie mają czasu na pogłębioną diagnozę, podobno powinnam mieć stopę jak bania przy takich złamaniach i nie móc się ruszać z bólu, a ja trzy dni po wypadku poszłam – o kulach, ale jednak – na pierwszą sesję z pacjentką! Cóż znaczy determinacja:D

Dobrze, że mialam intuicję, że jednak nie jest to skręcona kostka, dobrze, że pojechałam do kliniki w piątek, dobrze, że trafiłam na sensowną lekarkę, która choć się nie znała, to wysłała moje zdjęcia specjaliście, dobrze, że kolejny lekarz wezwał mnie w poniedziałek na TK, bo coś mu jednak dalej nie pasowało, dobrze, że TK od razu wysłali do konsultanta ortopedii, który zaraz we wtorek do mnie zadzwonił, bo w środę w Wigilię było 12 dni po wypadku i kości już zaczynały się zrastać. W święta nie robią żadnych operacji, oprócz ratowania życia, więc byłabym skazana na czekanie do nowego roku.

Ale wczoraj naprawdę było ciemno, załamałam się, kiedy zorientowałam się, że włożyłam clexane do lodówki, a nie wolno, pół dnia dzwoniłam, żeby znaleźć jakąś czynną aptekę, coby się zapytać, czy mogę użyć albo kupić nowe, bo jak nie będę brać to przecież może się skończyć tragicznie. Ale nie chodziło tu o clexane, oczywiście, tylko o to, że muszę wchodzić po schodach na pupie, żeby zrobić siku, bo teraz nawet nie mogę skakać na jednej nodze, stopa tak boli i nie wiem jak bardzo będzie mnie bolała, kiedy już się pozrasta. Nie będę mogła biegać, być może nigdy, nie wiem, kiedy będę mogła jeździć na rowerze – kto będzie odbierał moją córeczkę ze szkoły i woził ją na muzykę i gimnastykę? Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze pójdę w góry, kiedy wrócę do pracy, nie wiem, czy skończę studia specjalizację (studia przecież już skończyłam).

Dziś już lepiej. Mi nie leci do Pl z Mo, zdecydował, że nie chce mnie zostawić w takim stanie, nawet z synem. Dziś już moc przestała truchleć.

Jest tu jakby luksusowo, ale jednak…

Wigilie w domu chciałabym 😬.

No to po wszystkim, dla mnie luzik, bo się zdrzemnelam i to porządnie od 10 do 13, bo miałam pełną narkozę, ale biedny Mi od samego rana i to bez jedzenia🥹

Najważniejsze, że już po drugiej stronie, czekamy na lekarzy jeszcze, Mi właśnie poszedł coś zjeść, więc jak znam życie to zaraz przyjdą 😄 (znalazł tylko batonik z automatu 😥, lekarza nie ma🤷‍♀️

Muszę czekać, bo jest możliwe, że będzie jeszcze jedna operacja w styczniu i chciałabym wiedzieć. No i ogólnie jak poszło,  bo nie wiem nic jeszcze, podobno mam jakies druty przytrzymujace kości w odpowiedniej  pozycji. W każdym razie teraz gips 6 tygodni.

Opieka w szpitalu za to fantastyczna, każda osoba, która ma ze mną jakikolwiek kontakt, nawet przelotny, zatrzymuje się, przedstawia i tłumaczy, po co ze mną jest i co będzie się działo. Pyta, czy mi nie zimno, czy nie potrzebuję dodatkowego kocyka. Dostałam też oczywiście kultowego toscika z masełkiem i dżemem, jak już mogłam jeść. W pokoju 5 osobowym jestem sama😃 Miałam również trzech chirurgów na sali, jeden główny i dwóch asystentów. Oraz oczywiscie anestezjologa i sztan pielegniarek. (Podobno była możliwość, że coś takie  musiałabym nosić 😱:

Nie wkleja się, może to i lepiej, można sobie wyguglac Ilizarov foot frame, jak ktoś głodny wrażeń.

Ale teraz wszystko jest na spokojnie, a opieka jak w luksusowym hotelu, w sumie lepsza, bo wszystko pod nos, nawet mocne dragi na żądanie. Może to dlatego, że tuż przed świętami i nie ma za wielu pacjentów, tylko królowa😅.

No i od całkiem niedawna – zeszłego roku wlasciwie – w Irl nie płaci się za pobyt w szpitalu, wcześniej było to 80e/dzień do 800 euro, jeszcze za moją córeczkę płaciłam trzy lata temu. Nie płacą pacjenci z UE i UK, wszyscy inni, jeśli tu nie mieszkają, mogą dostać całkiem słony rachunek. (Czasem myślę o tych biednych Amerykanach, co do karetek po wypadku wołają, że nie chcą wsiadać. Pewno mam karykaturalny obraz usa😄

Tylko to czekanie teraz. Ja w sumie nie narzekam, leżę w łóżeczku, narkotyki kapią dożylnie, przespałam się, mam książeczkę i blogi, i oczywidcie euforie, ze juz po!  Ale Mi na plastikowym krzesełku i batoniku od 7 rano, a w domu Mo. Na szczęście Ad mógł z nią posiedzieć, ale musi wracać o 8 do Re, bo potem ani jutro nie ma żadnych autobusów do jej miasteczka.

No i Wigilia przecież, żeby choć wrócić do domu i zjeść ze dwa uszka 🥹

***

Byliśmy po 18. Dzieci nakryły do stołu, bez obrusu, bez sianka, bez lepionych uszek, bez choinki. Mieliśmy cudowną wigilie, w domu, z naszymi dziećmi. Synek potem został i dopiero teraz przestaliśmy gadać.

Grianstad an Gheimhridh czyli Przesilenie Zimowe

W środku ciemnej, grudniowej nocy, kiedy noga nie dawała zasnąć, w czynnych całą dobę oświetlonych arkadach Amazona kupiłam sobie nadmuchiwany trzymacz nóg w górze (czego to ludzie nie wymyślą!), już przyszedł z panem kurierem i od razu jest wygodniej.

Córeczka wróciła wczoraj z nocowanki, a dziś rano znowu ją porwali, na świąteczny spacer po mieście i bubble tea, więc mamy cały dzień ciszę i spokój.

Poza tym jest bardzo dziwnie, wokół nas wydarzają się sprawy życia i śmierci, dosłownie życia i śmierci, ale nie mogę więcej pisać. W każdym razie rzeczywistość wydaje się bardzo konkretna, obrana z tych wszystkich warstewek, ochronek, otulinek, wacików i nagle patrzymy się z Mi na nagie sedno, a nie jest to łatwe. Bardzo dziwny czas, poproszę o trochę magii, pierniczków, dziecięcych marzeń – co tam macie. U nas święta zredukowane do minimum, kupimy jutro uszka i zrobimy barszczyk, poza tym nic, o nie, przepraszam, Mi zrobił bukiet z gałązek choinkowych i powiesił lampki, nie moja stylówa, ale nie będę wybrzydzać:D

Z prac domowych zmieniłam nam pościel rano i się zmęczyłam na cały dzień!

Czas siłowania się ciemnych i jasnych mocy, przełamania ciemności światłem, promyk słoneczny przebił się dziś rano w Newgrange, więc jutro już dzień będzie dłuższy i jasność powróci. Potrzebuję Bożegonarodzenia, tych wszystkich rytuałów przejścia, symboli i rytmu pór roku, opowieści o nadziei i przełamaniu ciemności, siedzeniu w ciemnościach i napychaniu sie opowieściami, które mają sens. Lubię te wszystkie legendy, sianko, potrawy i tak dalej, to są piękne opowieści, zupelnie niezależnie od religii. Choinka pod powałą, grzyby ze świata podziemnego, mak ze świata wiecznego snu, a jednak ciemność mija, a światło przychodzi, nie ważne pod jakim symbolem bedziemy je świętować, bo nie o nazwę tu chodzi. Taka nadzieja jest bardzo bardzo potrzebna.

A wiecie, że moja córeczka ma na drugie imię Jutrzenka, bo mi się przyśniła w bardzo ciemnym dla mnie czasie, jako gwiazdka zapowiedź świtu?

Play Therapy

W czwartek jeszcze online zajęcia z wieczorowymi, bo przecież chora jestem na nogę, nie na głowę i cały ten ambaras z wciskaniem potem gdzieś tych godzin do odrobienia jest niepotrzebny. Ale w nocy noga zaczęła centralnie na…ać, więc stwierdziłam, że jednak coś się dzieje, bo siniak pięknie schodzi, to czemu boli? i w piątek pojechaliśmy z Mi do szpitala. Klinika jest położona na morzem i gdy tak jechaliśmy sobie z Mi w pięknym zimowym słońcu, góry majaczyły na horyzoncie, a my słuchaliśmy sobie muzyczki Orchestre Tout Puissant Marcel Duchamp, przez chwilę czuliśmy się, jakby to była szalona wyprawa na szybką morską kąpiel, a nie do szpitala.

Okazało się, że stopa jest jednak pęknięta, dość nietypowo, łatwo przeoczyć na zdjęciach pęknięcie kości sześciennej, a zatem dostałam buta ortezę na sześć tygodni. (Układa się w pewną całość? 66…:D) Dobrze, że nie gips, ale radzą jej nawet do spania nie zdejmować, mogę sie tylko bez niej myć. Wczoraj zatem próbowałam spać w ortezie, o 3 w nocy się poddałam, bo jest to koszmar, piekła mnie podeszwa stopy i bolało wszystko, do tego z ortezą nie ma jak spać na boku i nie ma jak się przewracać we śnie. Leżałam i sobie cichutko mówiłam ‚wszystko jest w mojej głowie, wszystko, co w mojej głowie, mogę zmienić, nie muszę się skupiać na podeszwie stopy, nie muszę o tym myśleć, mogę wygodnie się umościć we wnętrzu ortezy’ i tak dalej, ale jak się domyślacie, nie jest to takie proste, hehe. Lekarka nie chciała mi dać żadnych mocniejszych dragów, choć próbowałam ją sprytnie podejść, kazała sobie kupić PARACETAMOL. I solpadine. ‚Tydzień po złamaniu mocniejsze przeciwbólowe nie są zalecane’, cudownie. O trzeciej zdjęłam to narzędzie tortur, zasnęłam w pięć minut, pomimo bólu. (Przez tydzień w ogóle nie miałam ortezy i nic się nie stało, może dalej się nic nie stanie.)

Na razie wygląda, że polecimy do Pl po świętach, czuję się bezpiecznie w moim nowym bucie, gdybyśmy zostali w Irl Mo byłaby niepocieszona. Wigilia będzie trochę pusta, będziemy sami, tylko we trójkę, nawet nie będzie mojego syna z dziewczyną, do tego nici ze świątecznych przygotowań, kupimy jakieś uszka i śledzie, ugotujemy barszczyk i to wszystko. Nie będzie gwaru i rozgardiaszu, nie mamy choinki, bo w planach mieliśmy wyjechać, nie zdążyłam zawiesić żadnych ozdób, a teraz to pozamiatane, a raczej właśnie niepozamiatane. Mi miał na głowie nasze dziecko, swoją pracę i mnie, wizyty na pogotowiu i wożenie do kliniki, przywożenie i odwożenie ze szkoły, muzyki, gimnastyki, wiec nie męczyłam go jeszcze ‚robieniem świątecznej atmosfery’.

Nastrój ratuje Mo, która pod choinkę od Re dostała kulę dyskotekową i teraz codziennie wieczorem raczy nas koncertami w takiej atmosferze:

Ja mam sobie tylko leżeć na kanapie i się relaksować, oddając się muzyce i grze świateł. To jest właśnie, według Mo, play therapy.

No a teraz przyszedł już weekend, oceny wystawione i wysłane, sesja spisana, dom niewysprzątany i tak zostanie:D

Na stoliku do kawy mam ogromną książkę, którą dostałam od syna pod choinkę (której nie mamy), mam też sto książek na czytaczu, na które już dawno się czaiłam. Więc może to jest najlepszy czas na nie, bo kiedy ja znowu znajdę wymówkę na sześć tygodni nic nie robienia? Może właśnie – wybaczcie mi cohelliozę – powinnam korzystać z tego, co jest (w przeciwieństwie do tego, czego nie ma, oczywiście).