Tak mało pytań

Sobota. Wczoraj Mi poszedł na koncert z naszym ulubionym kolegą, który właśnie przyleciał odwiedzić z Australii, a my z Mo miałyśmy pół piątku dla siebie.

Jakież to miałam plany na piąteczek!

Kąpiel w wannie w solach morskich, spacer, może ze dwa odcinki Yellowstone sama ze sobą, skoro Mi chyba nie namówię, bo ma organiczną alergię na amerykanizmy. Skończyło się na książkach i drutach, też dobrze. Kończę Sex, Death and Superego (ale to się czyta!), zaczęłam Being a Character Bollasa, czyli cały czas teksty fachowe na tapecie. Dodajmy do tego literaturę, z którą muszę być na bieżąco w pracy (doszedł mi nowy przedmiot o polityce społecznej, niestety – wymaga on mnóstwa grzebania, bo polityka społeczna się zmienia, nie tak, jak filozofia antyczna albo matematyka;), od stycznia mam kolejny, tym razem o migracji, sama chciałam, jest to mój oryginalny autorski pomysł, a to jak wiadomo oznacza kolejne upojne godziny spędzone na przygotowywaniu zajęć. No i oczywiście wychodzi na to, że znowu nie mam czasu czytać literatury pięknej. Jak to mówią – poczytam sobie w grobie ;D W dodatku im dłużej żyję, tym bardziej wolę powieści, które otwierają okienka w głowie, od tych, co zamykają, czyli prezentują pewną jedyną i prawdziwą narrację, gdzie wiadomo kto dobry, a kto zły, złole zostają ukarani, a dobrzy wynagrodzeni, my wiadomo jesteśmy mądrzy, a oni głupi i tak dalej. Ale może to jest kwestia okresu w życiu, niż samego doświadczenia – oto wpłynęłam na spokojne wody i lubię kiedy książka mnie trochę zmiesza i poruszy. Jak to mówią – tak dużo odpowiedzi, a tak mało pytań.

Jutro odbieram klucze od gabinetu. Musiałam również zainwestować w nowy numer telefonu, coby oddzielić sprawy pracowe od prywatnych.

A teraz muszę się zabrać za ogarnianie SZTUKI mojego dziecka, ratunku!