Omatkojedyna, wygląda na to, że sama się uszczęśliwiłam za jakieś własne grzechy.
Zaraz idziemy do teatru, tym razem Irlandzki BÁN luźno oparty na sztuce Lorki. Sekrety rodzinne, cztery siostry, dramy i dylematy, czy mówić, czy zachować dobre relacje, a raczej czy da się być szczerym w rodzinie, czyli dobra rozkminka. Brzmi zachęcająco, tym razem to Abbey theatre, w którym nie pamiętam, czy byłam kiedyś? chyba byłam.
Problem w tym, że jestem okropnie zmęczona, bowiem pobudka dziś o piątej, łeb nawala bo wczoraj zasnęłam późno, jak już od paru dni, zasypiam późno, wstaję wcześnie, nie mam czasu przerobić myśli kłębiących się w głowie po wieczornych dyskusjach, te nocne wykłady i ranne zajęcia mnie wykończą. A do tego zimno się bardzo zrobiło, więc dziś marzę tylko o posiedzeniu z książeczką i może grzanym winem i wzięłabym ciepłą kąpiel i poszła bym wcześnie spać, takie oto mieszczeńskie mam marzenia.
A tu teatr czeka. I nie tylko, bo jutro znowu zajęcia od 9 do 17 a po zajęciach – tadadada! oczywiście, bo jakżeby nie – idę na kolejną sztukę, tym razem polską. I w niedzielę powtorka.
Prawdę mówiąć jak o tym myślę, to nienienienie, robi mi się coś na nie, najchętniej to zasnęłabym na zimę i obudziła się na wiosnę i wtedy mogę iść i szaleć, założę różowe spodnie i okulary i heja na imprezę do rana.
Żyć już nie chciala, choc do teatru chadzala,
Bo się nie wysypiala.
Ale cóż, nie ma lekko, kultura nie czeka.