Co ludzie powiedzą

Dwa przedstawienia – wczoraj i przedwczoraj. (Nie będę pisać recenzji, bo kogo interestują recenzje sztuk których nie widział i na które się nie wybiera? A zatem tylko refleksje, socjologiczno-psychoanalne).

Dobry, porządny teatr, tradycyjny czyli gadany, bez olśnień, ale też bez wtopy, w tematyce, powiedzmy – kobiecej. Na marginesie – czy jest jeszcze podział na tematykę kobiecą i nie-kobiecą? ‚Tematyka kobieca’ brzmi seksistowsko, ale poród, poronienie, aborcje, ukrywanie ciąży to to jednak były i są sprawy – albo raczej problemy – kobiet, niezależnie od naszej oceny, czy tak powinno, czy nie powinno być. (Nie, nie powinno). I tak też było to ujęte w sztukach. Pierwsza, BAN, czyli KOBIETA, to katolicka, parafialna Irlandia końca dwudziestego wieku, nieślubne dzieci, ukrywanie ciąży i strach ‚co ludzie powiedzą’, czyli ksiądz & co. Taki strach przed tym, co ludzie powiedzą nie był bezpodstawny w kontekscie wysyłania kobiet do pralni św. Magdaleny i umieszczania nieślubnych dzieci w niechlubnych przytułkach, w których umierały one na potęgę. Dlatego oficjalna statystyka do dziś nam mówi, że w Irl w 1950-1970 tylko 4% dzieci było rodzonych poza związkiem małżeńskim, a w praktyce wiele najmłodszych się dowiadywało po latach, że ich dużo starsza siostra jest tak naprawdę mamą, a mama – babcią. Jeśli ktoś jest zainteresowany wpływem kościoła katolickiego na seksualność polecam artykuł The Catholic Church and Married Women Sexuality , kawał dobrych badań socjologicznych od których nadal włos się jeży na głowie. Młode mężatki w późnej ciąży, które nie wiedzą, którędy dziecko będzie wychodziło, i boją się, że rozprują im brzuch ‚czyms w rodzaju sierpa’, kobiety z ósemką dzieci, które na spowiedzi mówią księdzu, że nie mają co do garnka włożyć, bo mąż wszystko przepija i nie chca miec wiecej dzieci, a że nie było żadnej antykoncepcji, to muszą mężowi zacząć odmawiać seksu, a ksiądz im na to, że nie da rozgrzeszenia, i ‚wróć córko kiedy będziesz gotowa mieć rodzinę’. Kobiecie z ósemką dzieci. No i Irlandia cały czas tę traumę przerabia, BAN to sztuka młodej reżyserki, która wychowywała się już w zupełnie innej rzeczywistości, ale widać, że mierzy się z tym, co było, widać, jak jej się w głowie nie mieści, że wszystko te rzeczy to były kobiece sprawy, które się żyło, ale o których się nie mówiło. W sztuce nie ma mężczyzn, bo w tym czasie, jak kobiety rodziły, roniły, wychowywały i karmiły, to mężczyźni robili politykę, siedzieli w pubie, albo pisali arcydzieła literatury światowej.

Sprawy kobiece są też osią drugiej sztuki, polskiej, na której byłam wczoraj. Poród, który kończy się tragedią i tragedia, z którą nie wiadomo co zrobić, nie wiadomo jak sobie poradzić i jak nadać jej jakikolwiek sens. Rodzina, która chciałaby, żeby tę tragedię kobieta jakoś porządnie nosiła, przerobiła, zakończyła, jeśli nie jakiś inny, to może społeczny sens jej nadała – włożyła żałobę i była smutna. I kobieta, której uczucia nie mieszczą się w społecznie wyznaczonych ramach przeżywania tragedii. Tragedia, która jest nie do wyobrażenia, rozsadza formy żałobnych rytuałów i norm codziennych. Zagubiona rodzina, kobieta, która jest w piekle, z którego nie chce/nie może wyjść. Sztuka kończy się pozytywną nutą, która nie do końca mnie przekonała, choć może była potrzebna, żeby nie zostawić nas wszystkich widzów z gorącym kartoflem żałoby, tylko zamknąć jakoś temat i dać nam wszystkim poczucie sensu i nadziei.

Jeszcze jeden wątek w obu przedstawieniach mnie zastanowił: ‚co ludzie powiedzą’. I tak, jak w pierwszej historii ‚co ludzie powiedzą’ miało wymiar bardzo konkretny, od tego bowiem zależeć mogło całe życie dziewczyny – to, czy zostanie w domu rodzinnym i sobie jakoś jednak poukłada życie, może nawet wyjdzie za mąż, czyli ‚wszystko bedzie dobrze’, w drugiej z ‚co ludzie powiedzą’ został już tylko wymiar symboliczny, bo we współczesnej Polsce praktyczny wpływ społeczności na życie matki jest żaden – nie grozi jej bycie karnie wysłaną do instytucji. A jednak była to sprawa istotna dla jej własnej matki, drżącej ‚żeby cię ludzie na języki nie wzięli’.

Przyznam się, że ja tego nie znam i nie bardzo rozumiem, ale wiem, że istnieje. Miałam to szczęście, że w mojej rodzinie nigdy nie było ważne, co ludzie powiedzą, istotne było co się tak naprawdę dzieje i jak się czujemy, a nie opinia sąsiadów, krewnych i koleżanek z pracy. Jako dziecko to ja się trochę wstydziłam, kiedy nasza mama cała dumna nas wszystkich przedstawiała – to jest Kasia, Rysiu, Misiu, Basia i Zosia, rodzina wielodzietna, czyli w oczach niektorych ludzi – patologia. Nasza mama miała gdzieś opinię sąsiadów i wszystkich świętych i tego nas nauczyła, co też nie jest dobre i długo musiałam się sama uczyć, że opinia też czasem jest ważna. Zastanawiam się, czy to nie jest różnica kulturowa, która wrasta w człowieka – pomiędzy, powiedzmy, kulturą miejską i wiejską – w małej społeczności twoje być i nie być zależy od tego, co ludzie o tobie mówią, jeśli oszukujesz, ludzie to wieść się niesie i wkrótce nie będziesz mógł robić interestów, jeśli uważają cię za niegodnego zaufania, nikt ci tego zaufania nie udzieli. W Irlandii nawet umowy o pracę nie muszą być pisemne, równie ważna jest umowa ustna, bo społeczność jest mała i wszyscy się przeważnie znają, a ludzie, którzy mieszkają od 20 lat w małej miejscowości nadal są traktowani jak ‚przyjezdni’ (blow-ins). W mieście jesteśmy bardziej anonimowi, zmieniamy pracę, przeprowadzamy się, a zatem co ludzie mówią nie jest aż TAK istotne, człowiek uzyskuje wolność od ścisłej, duszącej kontroli narzucanej w małej społeczności.

Ale możliwe, że to bardziej kwestia charakteru, kwestia tego, czy osoba ma bardziej skłonności do wstydu, uczucia bardziej dziecięcego, związanego z tym, jak mnie ludzie widzą, czy winy, która jest związana z zauważeniem drugiego człowieka i zrozumieniem, że mogło się komuś wyrządzić krzywdę.

A zaraz idziemy znowu, do teatru oczywiście:D