Karmić duszę

Cały dzień słońce, wali oślepiająco po oczach i lusterkach. Ciepło. Nie wieje. Człowiek aż zapomniał, że jeszcze parę dni temu wyrywało drzewa z korzeniami, siekło deszczem po oczach i przewracało rower.

Mi kupił kolejne bilety na niedzielę. W ten sposób idę do teatru w piątek, sobotę i niedzielę. Nie wiem, czy nie przedawkuję sztuki, no ale raz w roku jest taki festiwal, a duszę trzeba czymś karmić. Jeszcze mi się przypomniał Fringe, to taka młodsza siostra DTF, ale zawsze o niej pamiętam za późno, myślę sobie, że jest po DFT, a ona kończy się tuż przed. A może być ciekawszy, na pewno jest bardziej eksperymentalny. Ona czy on? Płcie mi się plątają,  i taki jest właśnie Fringe.

Co jeszcze karmi duszę? Pływanie w zimnym morzu.

Spacery, najchętniej dalekie.

Sen i sny.

Czytanie, ale nie wszystkiego.

Wieczorne rozmowy z moim dzieckiem (no ja jestem dobra z matmy! Dzisiaj mieliśmy 15 minut na 18 pytań, takie piętrowe dodawanie i odejmowanie i miałam tylko 2 źle! Bo mnie różowy gołąb rozproszył na końcu, myślałam sobie i popatrzyłam przez okno, żeby wiecej pomyśleć, a tam na dachu siedział różowy gołąb i się zdekoncentrowalam. Bo był taki trochę filoletowy też, i taki brudno różowy trochę).

Zew Wolności

W niedzielę teatr. Udało nam się sprzedać dziecko do koleżanki, wsiedliśmy do samochodu i poczuliśmy zew wolności. Przed przedstawieniem przeszliśmy się przez turystyczną część D, spacerkiem wzdłuż Liffey, potem skręciliśmy gdzieś koło Temple Bar, Grafton, Dawson, i naokoło TCD, żeby wejść na kampus wejściem północnym, od Pearse Street.

Sztuka była w moim ulubionym teatrze, nie żadne Gaiety ze skaczącymi dziewczynkami z zielonymi koniczynkami, ani narodowe Abbey, tylko studencki Beckett, czysta, teatralna forma bez żadnych uładnień, ułatwień i uwygodnień. Niewygodne krzesełka, czarna widownia, czarna scena i ‚gender-neutral toilets with urinals’ które mnie zawsze rozśmieszają i o których mieliśmy krótką rozmowę przed wejściem.

Mi wraca z toalety: urynały są zaraz koło kranu do mycia rąk, myślisz, że to ok jak facet będzie sikał z fiutkiem na wierzchu, a kobieta będzie tuż obok myła ręce? Chyba może to trochę odstraszać? Ja: a może zachęcać?

Deaf Republic była dobra. Nie idealnie dobra, nie perfekcyjna, ale dobra. Bardzo porządny teatr, pełen przemyślanych pomysłów technicznych i świetnych rozwiązań scenograficznych. Może nie do końca połączyli wątki, może trochę za dużo różności reżyser chciał zmieścić, ale lepsze to niż obsesyjne łączenie wszystkiego i ograniczanie się do ogranych schematów. Wyszliśmy napełnieni sztuką prosto w kolorową Dublińską noc, nie mam pięknych zdjęć, bo pędziliśmy, żeby odebrać dziecko i położyć je spać o sensownej porze (pora niestety nie okazała się sensowna ostatecznie i Mo była bardzo niedospana dzisiaj), ale na moście się na chwilę zatrzymałam: