Miesiąc: Październik 2025
Zabezpieczony: Popraw kolory, coś nie tak z kolorami
Zabezpieczony:
Zabezpieczony: Nananana, na rowerze w deszczu od rana
Uważajcie na siebie!

Dream furniture
Weekend bardzo pracowity. Sprzątanie zakończone,

a córeczka uruchomiła produkcję nowości pełną parą, oczyszczenie przestrzeni dało jej wyraźnie nowy impuls. Przez weekend walnęła pięć obrazków na płótnie, a raczej płócienkach 5 na 5 cm, bo jest minimalistką. Najwyraźniej jest teraz w okresie japońskim, bo wszystkie to kolejne wersje tej samej japońskiej świątyni.

Powiesiliśmy halloween dekorejszyn, najwyższy czas, szybki bill na naszej ulicy zrobił to w prawie miesiąc temu. Zawisła również w końcu grafika którą dostałam od przyjaciółek na 50tkę – pasuje mi idealnie.

Gosia Kulik została jedną z moich ulubionych artystek.

Pobiegliśmy, standardowo, 5k. Staram się wcisnąć bieganie, póki mogę, bo potem kontuzje, choróbska, niewyspanie i nagle robią się nici z kondycji.
Śpię zadziwiająco dobrze, jak na sny które miewam. Czytam o ‚dream furniture’ jak nasza nieświadomość wykorzystuje niezliczone fragmenty wrażeń i obrazów widzianych na jawie do meblowania nam snów. Fascynujące.
Odebrałam klucze do gabinetu, czy mój breloczek to przesada?;)

I nagle się przestraszyłam – czy jestem gotowa? Oczywiście, że nie, nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Ale będę musiała wskoczyć do tej wody.
Tak mało pytań
Sobota. Wczoraj Mi poszedł na koncert z naszym ulubionym kolegą, który właśnie przyleciał odwiedzić z Australii, a my z Mo miałyśmy pół piątku dla siebie.
Jakież to miałam plany na piąteczek!
Kąpiel w wannie w solach morskich, spacer, może ze dwa odcinki Yellowstone sama ze sobą, skoro Mi chyba nie namówię, bo ma organiczną alergię na amerykanizmy. Skończyło się na książkach i drutach, też dobrze. Kończę Sex, Death and Superego (ale to się czyta!), zaczęłam Being a Character Bollasa, czyli cały czas teksty fachowe na tapecie. Dodajmy do tego literaturę, z którą muszę być na bieżąco w pracy (doszedł mi nowy przedmiot o polityce społecznej, niestety – wymaga on mnóstwa grzebania, bo polityka społeczna się zmienia, nie tak, jak filozofia antyczna albo matematyka;), od stycznia mam kolejny, tym razem o migracji, sama chciałam, jest to mój oryginalny autorski pomysł, a to jak wiadomo oznacza kolejne upojne godziny spędzone na przygotowywaniu zajęć. No i oczywiście wychodzi na to, że znowu nie mam czasu czytać literatury pięknej. Jak to mówią – poczytam sobie w grobie ;D W dodatku im dłużej żyję, tym bardziej wolę powieści, które otwierają okienka w głowie, od tych, co zamykają, czyli prezentują pewną jedyną i prawdziwą narrację, gdzie wiadomo kto dobry, a kto zły, złole zostają ukarani, a dobrzy wynagrodzeni, my wiadomo jesteśmy mądrzy, a oni głupi i tak dalej. Ale może to jest kwestia okresu w życiu, niż samego doświadczenia – oto wpłynęłam na spokojne wody i lubię kiedy książka mnie trochę zmiesza i poruszy. Jak to mówią – tak dużo odpowiedzi, a tak mało pytań.
Jutro odbieram klucze od gabinetu. Musiałam również zainwestować w nowy numer telefonu, coby oddzielić sprawy pracowe od prywatnych.
A teraz muszę się zabrać za ogarnianie SZTUKI mojego dziecka, ratunku!
Zabezpieczony: Sztuka przez małe
Wspaniała ponurość
Piękny, jesienny, ponury dzień. Liście czerwienieją i żółcieją, nad miastem wiszą ciężkie szare chmury, jest cudownie wilgotno, pachnie grzybami i zbutwiałym drewnem. Wspaniały dzień na oddawanie się myślom onirycznym i snującym się jak dym po polach (albo smród po gaciach). Albo na słuchanie utworu WARSZAWA by David Bowie (nie mogę uwierzyć, że tak późno to odkryłam).
Albo na bieganie, ale pobiegliśmy wczoraj, więc dziś ciału należy się relaks.
Tym bardziej, że kiepsko spałam. Położyłam się wczoraj zadając mojej nieświadomości pracę domową ‚pokaż mi co w trawie’ (piszczy), wymyśliwszy sobie – jakże sprytnie! – wykorzystanie nieprzebranych zasobów archetypów i symboli, mając po cichu nadzieję, że nieświadomość nie tylko odmaluje co mi piszczy w trawie w duszy, ale również zajmie się rozwiązaniem piszczenia, czyli wstępną obróbką materiału. Skutkiem tego do pierwszej w nocy rzucałam się po pościeli z fragmentami snu i jawy pod powiekami, które zdawały się dotykać tematu ‚moi przyszli pacjenci’, przy czym nieświadomość postanowiła go niezmiernie szeroko potraktować i puścić wodze fantazji. Nie pytajcie co widziałam, zaraz po obudzeniu zajęłam się zapominaniem:D
Mogłam się tego spodziewać, po tym, jak cały poniedziałem byłam podekscytowana, bo superwizorka dała mi rano zgodę na przyjmowanie pacjentów (klientów? czort wie, jak ich nazywać), więc ja – o naiwna! – się cieszyłam oczywiście jak głupi do sera. A tu w nocy Hitchcock i American Psycho zawitali. Zatem wałowanie się, potem pobudka o jakiejś koszmarnej godzinie, kiedy jest jeszcze ciemno! (kiedy moje ulubione przestawianie czasu?).
No, ale dziś jest nowy dzień. Jesień. Ciepło. Ponuro. Zaraz odbieram córeczkę ze szkoły. Może nawet zajmę się ogrodem (nie sądzę, ale przyjdzie pan do koszenia, a to zawsze pomaga).
Teatr w niedzielę bardzo fajny jako wydarzenie, choć słaby jako przedstawienie. Była to sztuka wg. reguł Boala (o tutaj na przykład fajny artykuł o tym), czyli teatr który ma na celu społeczną transformację. Tutaj – sztuka o imigrantach w Irlandii wystawiona przez imigrantów w Irlandii. Były tam prawdziwe emocje i trudne prawdy, a jednak coś więcej trzeba, żeby przedstawienie było sztuką – trzeba artysty, czyli kogoś, kto przełoży te emocje na wymiar uniwersalny, na coś, co może być zrozumiałe również przez tych, którzy takich doświadczeń nie mają. No ale mi się podobało z innych względów i chętnie wzielabym na to moich studentów, jeśli jeszcze będzie okazja, bo przemawia do mnie idea teatru jako próby znalazienia głosu przez mniejszości, które tego głosu nie mają.
Co ludzie powiedzą
Dwa przedstawienia – wczoraj i przedwczoraj. (Nie będę pisać recenzji, bo kogo interestują recenzje sztuk których nie widział i na które się nie wybiera? A zatem tylko refleksje, socjologiczno-psychoanalne).
Dobry, porządny teatr, tradycyjny czyli gadany, bez olśnień, ale też bez wtopy, w tematyce, powiedzmy – kobiecej. Na marginesie – czy jest jeszcze podział na tematykę kobiecą i nie-kobiecą? ‚Tematyka kobieca’ brzmi seksistowsko, ale poród, poronienie, aborcje, ukrywanie ciąży to to jednak były i są sprawy – albo raczej problemy – kobiet, niezależnie od naszej oceny, czy tak powinno, czy nie powinno być. (Nie, nie powinno). I tak też było to ujęte w sztukach. Pierwsza, BAN, czyli KOBIETA, to katolicka, parafialna Irlandia końca dwudziestego wieku, nieślubne dzieci, ukrywanie ciąży i strach ‚co ludzie powiedzą’, czyli ksiądz & co. Taki strach przed tym, co ludzie powiedzą nie był bezpodstawny w kontekscie wysyłania kobiet do pralni św. Magdaleny i umieszczania nieślubnych dzieci w niechlubnych przytułkach, w których umierały one na potęgę. Dlatego oficjalna statystyka do dziś nam mówi, że w Irl w 1950-1970 tylko 4% dzieci było rodzonych poza związkiem małżeńskim, a w praktyce wiele najmłodszych się dowiadywało po latach, że ich dużo starsza siostra jest tak naprawdę mamą, a mama – babcią. Jeśli ktoś jest zainteresowany wpływem kościoła katolickiego na seksualność polecam artykuł The Catholic Church and Married Women Sexuality , kawał dobrych badań socjologicznych od których nadal włos się jeży na głowie. Młode mężatki w późnej ciąży, które nie wiedzą, którędy dziecko będzie wychodziło, i boją się, że rozprują im brzuch ‚czyms w rodzaju sierpa’, kobiety z ósemką dzieci, które na spowiedzi mówią księdzu, że nie mają co do garnka włożyć, bo mąż wszystko przepija i nie chca miec wiecej dzieci, a że nie było żadnej antykoncepcji, to muszą mężowi zacząć odmawiać seksu, a ksiądz im na to, że nie da rozgrzeszenia, i ‚wróć córko kiedy będziesz gotowa mieć rodzinę’. Kobiecie z ósemką dzieci. No i Irlandia cały czas tę traumę przerabia, BAN to sztuka młodej reżyserki, która wychowywała się już w zupełnie innej rzeczywistości, ale widać, że mierzy się z tym, co było, widać, jak jej się w głowie nie mieści, że wszystko te rzeczy to były kobiece sprawy, które się żyło, ale o których się nie mówiło. W sztuce nie ma mężczyzn, bo w tym czasie, jak kobiety rodziły, roniły, wychowywały i karmiły, to mężczyźni robili politykę, siedzieli w pubie, albo pisali arcydzieła literatury światowej.
Sprawy kobiece są też osią drugiej sztuki, polskiej, na której byłam wczoraj. Poród, który kończy się tragedią i tragedia, z którą nie wiadomo co zrobić, nie wiadomo jak sobie poradzić i jak nadać jej jakikolwiek sens. Rodzina, która chciałaby, żeby tę tragedię kobieta jakoś porządnie nosiła, przerobiła, zakończyła, jeśli nie jakiś inny, to może społeczny sens jej nadała – włożyła żałobę i była smutna. I kobieta, której uczucia nie mieszczą się w społecznie wyznaczonych ramach przeżywania tragedii. Tragedia, która jest nie do wyobrażenia, rozsadza formy żałobnych rytuałów i norm codziennych. Zagubiona rodzina, kobieta, która jest w piekle, z którego nie chce/nie może wyjść. Sztuka kończy się pozytywną nutą, która nie do końca mnie przekonała, choć może była potrzebna, żeby nie zostawić nas wszystkich widzów z gorącym kartoflem żałoby, tylko zamknąć jakoś temat i dać nam wszystkim poczucie sensu i nadziei.
Jeszcze jeden wątek w obu przedstawieniach mnie zastanowił: ‚co ludzie powiedzą’. I tak, jak w pierwszej historii ‚co ludzie powiedzą’ miało wymiar bardzo konkretny, od tego bowiem zależeć mogło całe życie dziewczyny – to, czy zostanie w domu rodzinnym i sobie jakoś jednak poukłada życie, może nawet wyjdzie za mąż, czyli ‚wszystko bedzie dobrze’, w drugiej z ‚co ludzie powiedzą’ został już tylko wymiar symboliczny, bo we współczesnej Polsce praktyczny wpływ społeczności na życie matki jest żaden – nie grozi jej bycie karnie wysłaną do instytucji. A jednak była to sprawa istotna dla jej własnej matki, drżącej ‚żeby cię ludzie na języki nie wzięli’.
Przyznam się, że ja tego nie znam i nie bardzo rozumiem, ale wiem, że istnieje. Miałam to szczęście, że w mojej rodzinie nigdy nie było ważne, co ludzie powiedzą, istotne było co się tak naprawdę dzieje i jak się czujemy, a nie opinia sąsiadów, krewnych i koleżanek z pracy. Jako dziecko to ja się trochę wstydziłam, kiedy nasza mama cała dumna nas wszystkich przedstawiała – to jest Kasia, Rysiu, Misiu, Basia i Zosia, rodzina wielodzietna, czyli w oczach niektorych ludzi – patologia. Nasza mama miała gdzieś opinię sąsiadów i wszystkich świętych i tego nas nauczyła, co też nie jest dobre i długo musiałam się sama uczyć, że opinia też czasem jest ważna. Zastanawiam się, czy to nie jest różnica kulturowa, która wrasta w człowieka – pomiędzy, powiedzmy, kulturą miejską i wiejską – w małej społeczności twoje być i nie być zależy od tego, co ludzie o tobie mówią, jeśli oszukujesz, ludzie to wieść się niesie i wkrótce nie będziesz mógł robić interestów, jeśli uważają cię za niegodnego zaufania, nikt ci tego zaufania nie udzieli. W Irlandii nawet umowy o pracę nie muszą być pisemne, równie ważna jest umowa ustna, bo społeczność jest mała i wszyscy się przeważnie znają, a ludzie, którzy mieszkają od 20 lat w małej miejscowości nadal są traktowani jak ‚przyjezdni’ (blow-ins). W mieście jesteśmy bardziej anonimowi, zmieniamy pracę, przeprowadzamy się, a zatem co ludzie mówią nie jest aż TAK istotne, człowiek uzyskuje wolność od ścisłej, duszącej kontroli narzucanej w małej społeczności.
Ale możliwe, że to bardziej kwestia charakteru, kwestia tego, czy osoba ma bardziej skłonności do wstydu, uczucia bardziej dziecięcego, związanego z tym, jak mnie ludzie widzą, czy winy, która jest związana z zauważeniem drugiego człowieka i zrozumieniem, że mogło się komuś wyrządzić krzywdę.
A zaraz idziemy znowu, do teatru oczywiście:D