Zaczynam od poniedziałku

W ten świeży poniedziałkowy ranek jadę  na pierwsze zajęcia. To już ostateczny koniec wakacji. Wczoraj jeszcze szybka kąpiel dla Palestyny (powietrze stopni 15, woda 14) wraz z innymi wariatami, dziś uczesana i ułożona, niekontrowersyjna. Jadę.

Zeszły tydzień był trudny, wesołe spotkanie ze smutnymi wiadomościami, stresująca rozmowa, która okazała się bardzo stresująca, ale poczułam to dopiero po, kiedy wystrzelona w kosmos obudziłam się nad ranem i nie mogłam zasnąć. Było trudno, ale wierząc w to, że mam rację nie ugielam się i nie zgodziłam się nic podpisać. Byli wkurzeni, ale nic nie mogli zrobić, bo mam takie prawo. No, ale teraz jestem na widelcu i muszę się bardzo pilnować. Trudno kłócić się  z instytucją, bo może przejechać po tobie jak walec.

Pierwszy dzień po urlopie

był w miarę łagodny.

Czego nie można powiedzieć o ostatnim dniu wakacji, bowiem kiedy przyjechaliśmy, Adek jeszcze sprzątał poimprezowo.

Nie cierpię wracać do brudnego domu i tak, jak kocham moje dziecko i lubię jego dziewczynę, bałagan, jaki oni wprowadzają, jest czasem nie do zniesienia. Wiem, że ‚kiedy te dzieci się nauczą sprzątać’ to pytanie retoryczne z tej samej półki, co ‚jak karmić niejadka’ i ‚kiedy dziecko zacznie przesypiać całe noce’, ale człowiek potrzebuje jakiejs nadziei. Jako ciekawostkę dodam, że dla odmiany moja córka uwielbia układać swoje rzeczy, brat mi wysłał właśnie zdjęcie znad jeziora gdzie była z jego chłopakami, na którym to zdjeciu Mo jak Marie Kondo siedzi obok walizki z równiutko poskładanymi rzeczami, w kontraście do chłopaków i ich walizek , które wraz z ciuchami rozpełzły się na resztę pokoju. Co do Adka to nie wtrącam się jak mają w swoim mieszkaniu/akademiku/wynajmowanym pokoju, ale w moim domu od razu strzela mi żyłka i czuję kompulsję sprzątania żeby mieć wokół siebie tak, jak lubię.

Ale wracając do pracy – otworzyłam maile, wysłałam parę odpowiedzi i to by było na tyle, nawet jedno dość stresujące spotkanie zostało odwołane. (Znowu męczą mnie zmianami w kontrakcie, które są dla mnie mniej korzystne niż stan obecny, postanowiłam więc ich nie podpisywać, a oni postanowili kontynuować piłowanie czachy namawianie mnie). Nie musiałam się odgrzebywać w pracy, bo odgruzowałam stanowisko przed urlopem i wszystkim posłałam jasny komunikat, że mnie nie ma:)

Przygotowuję się psychicznie do wymagającego roku, na razie mniej więcej wymyśliłam temat magisterki. Dumam jak poukładać klocki mojej pracy, studiów oraz szkoły i zajęć dodatkowych Mo, każdy rodzic zna to wpatrywanie się w plany zajęć, kalendarze spotkań i lekcje dodatkowe i układanie tych tetris tak, żeby się potem nie rozsypały.

W zeszłym tygodniu dostałam pracową wiadomość, której się obawiałam od paru lat, na szczęście jak wiadomo zaczęłam plan B i moja radość z tego faktu nie ma końca.

Powinnam czytać teksty na zajęcia w przyszłym tygodniu. Powinnam czytać książki do magisterki. Powinnam pisać program trzech nowych przedmiotów. Przymierzam się, ale na razie nie mam wystarczająco dopaminy.

Ciąg dalszy wakacji

Za dużo książek do czytania, za dużo ciekawych rzeczy, a już za 21 lat będę miała lat 70! A tu wszystko nieprzeczytane! Gdzieś wyczaiłam nowego Ledera Ekonomia to Stan Umysłu, z ust mi to wyjął. Nie wiem, kiedy to przeczytam, bo przede mną grzebanie do magisterki, jak to jest, że wszystkie rzeczy są TAKIE ciekawe, dopóki nie staną się obowiązkiem?? Czytam więc Class and Psychoanalysis powoli, uważnie, co rusz się rozpraszam i przełączam na Rosenfelda i wiem, że gdybym nie myślała, że powinnam, to bym wsiąkła i podczytywała w tramwaju, w łóżeczku przed snem, przy śniadaniu, kiedy tylko bym mogła się dorwać…

Przyjechał Mi znad morza. Mo pojechała z chłopakami i moimi braćmi nad jezioro. Jak patrzę na tę bandę sześciorga bachorów, to czuję, że mają wakacje życia. Niestety, oprócz Mo same chłopaki. Siedzą na Mazurach tym razem, pływanie na kajaku, łowienie ryb, skok na koło dmuchane i materac i ciągła zadyma. Dziś brat zabrał wszystkich do Olsztyna, przesłał fotkę po wizycie w planetarium i po minach dzieci od razu zobaczyłam, że mega nuda. Nie wiem, jak wytrzymują z taką bandą w domu, moja bratowa chyba będzie musiała pojechać na wakacje po wakacjach, żeby odpocząć.

A my śpimy we dwójkę z Mi w gabinecie snów i już miałam dwa znaczące sny, proszę!

Z rzeczy przyziemnych, zrobiłam sobie okulary – szylkretowe, bardzo psychoanalityczne, stwierdziła Idzia, kiedy wysłałam zdjęcie na whassappa. Myślałam, że lepiej tu niż w Irl, ale okazało się, że ceny w Polsce dorównały. Kawka w knajpie 5 euro, okulary zwykłe 900 zł, czyli 200 euro, a progresywne – 2500 zł. Poprzestałam więc na zwykłych, bo stare już tak porysowane , że wydawało mi się, że jakiś paproch mi na oku siedzi. Ale niestety, muszę też zrobić progresy w Irl, głównie do wykładów online i czytania na komputerze.

Ukryłam się przed mamą u siostry na górze, do mamy przychodzi pani Gienia na dwie godzinki rano i wieczorem, to mam spokój, bo inaczej, to refleksyjne ‚a co mam teraz robić, Aniu?’ w kółko. U siostry mieszkanie jak w serialu, country kitchen i Ikea, przestrzeń, cisza, spokój, cykanie zegara, to udaję, że czytam;)

Sanatorium pod Staruszką

Ze starymi ludźmi to jak z dziećmi, tylko odwrotnie. Wszystko ma swój czas, a każdy dzień ma swój powtarzalny rytm, ale czas płynie bardzo powoli.

Rano leki, te, które na czczo, potem śniadanie i leki. Te, które po jedzeniu. Przebieranie.

Picie.

Odpoczynek.

Potem ćwiczenia, 20 razy rękami z laseczką za głowę, 20 razy nogami do góry. Podciąganie się na trójkącie.

Odpoczynek.

Potem siadanie i spacerek, dwa razy z chodzikiem wokół stołu. Dłuższy bok prostokąta, powoli, drepczemy, drepczemy i drepczemy, skręt w lewo, bok krótszy, drepczemy, skręt w lewo, bok dłuższy, drepczemy, drepczemy, drepczemy, skręt w lewo, bok krótszy, drepczemy. I jeszcze raz, bok dłuższy, drepczemy …

Wracamy do pokoju.

Odpoczynek.

Picie.

Krótka drzemka.

Odżywka dla sportowców w płynie.

Drzemka.

Potem znowu chodzik, ale tym razem drepczemy do fotela na kółkach, siadamy, okulary przeciwsłoneczne i jedziemy na taras.

Odpoczywamy.

Może krótka drzemka, może zaduma.

Bujanie w obłokach

albo w przeszłości.

Wracamy.

Na chodzik i do łóżka.

Drzemka.

Obiad. Łyżka po łyżce (czemu to nie zmielone? Mamo, nie jesteś niemowlakiem, nie będę Ci mielić!)

Leki.

Picie.

Mineło pół dnia.

Czas płynie powoli. Ja czytam. Robię gimnastykę. Jem śniadanie. Czytam. W trakcie jednej z drzemek idę pobiegać. Odpoczywam.

Gra radio Pogoda (od kiedy kontrolę nad radyjkiem przejęły mamuni dzieci, Radjomaryja zostało wygnane na banicję).

Nawet z mamą dużo nie rozmawiam, mama już nie ma dużej potrzeby rozmawiania. Nie ogląda też telewizji, może dlatego, że jej nie ma;D (Pytałam, czy chce – nie chce.)

Mama teraz głównie JEST. I MYŚLI.

(Mamo, nudzisz się? – Nieeee, myślę sobie!)

Zajęta bujaniem w chmurach i czytaniem smsów ze swojego swojego ciała (oj muszę na toaletę! Oj, coś mi w brzuchu burczy!)

Skurczyła się w swoje ciało, zmiejszyła tak, że cała psychika mieści się teraz w środku. Nie bardzo jej interesuje, co poza obrębem jej skóry, a jak interesuje, to są to takie fantazje, do których ktoś z zewnątrz nie ma dostępu.

I z tej cielesności czasem powie coś, jakby błyskawica rozdarła ciemne pokrywy chmur, coś tak celnego i mądrego, że nie mogę uwierzyć. Na przykład dziś ni z tego ni z owego mówi, że ojciec zawsze krzyczał, bo był bardzo niepewny siebie, był takim biednym, małym, najmłodszym, obdartym dzieckiem, dopiero ten krzyk mu dodawał animuszu.

Jakie to celne!

Sceny z życia domowego

A teraz siedzimy sobie z mamunią. To znaczy mamunia leży, ale ja siedzę i czytam książki, które ukradłam starszej siostrze. Oprócz upierdliwych spraw toaletowych, jest mi jak u panaboga za piecem. Gotuję mamuni i sobie pyszne rzeczy i czytam, odwiedza mnie przyjaciółka, jest ogród, sosny, leżaczki i prawie zupełnie nic do roboty. Cudownie odpoczywam. Musiałam przyjechać znad morza parę dni przed wszystkimi, żeby zająć się mamunią, wszyscy mi współczuli, a ja mam tutaj prawdziwy relaks – zero stresu, zero dzieci, zero pracy. Tato wyjechał, nie mogę się nigdzie ruszyć wobec tego i mam najwygodniejszą wymówkę.

Mamunia jest jakby przytomniejsza, mniej odlatuje w fantazje i zwidy, ma większy kontakt z rzeczywistością. Minęły już cztery miesiące od operacji i narkozy i jest chyba trochę lepiej, pewno pomaga to, że wstała. To znaczy obecnie robi dwa kółka z chodzikiem wokół stołu dziennie i jest zmachana jak koń po westernie, ale wyraźnie jej to robi dobrze. Oprócz tego jest obstawiona suplami lepiej, niż przeciętny Seba na siłowni, buzię ma przeto rumianą, a cerę gładką.

Ja czytam. Wiedźmina na przemian z terapią pacjentów psychotycznych, wspaniałe lektury i nie wiem, która lepsza. Wiedźmin nie w moim stylu, nie przepadam za fantazy, ale S rzeczywiście świetnie pisze, czapką może nakryć większość autorów gatunku. No i podoba mi się jego feministyczny liberalizm, chyba rzadkość w polskim sf. Oprócz tego baja dobra na wakacje. Praca z psychozą fascynująca, nie wiem, czy potrafiłabym, czy kiedykolwiek będę potrafić, ale biorąc pod uwagę, że każdy z nas ma swoją część psychotyczną, może się przydać.

Z Mi oglądamy uwspółcześnioą wersję Scen z życia małżeńskiego, zachęciły mnie do powtórzenia sobie oryginału. Bergman podobno pisał dialogi na podstawie swoich kłótni z Liv Ullman. Mistrzostwo świata. Bardzo psychoanalityczne;D

Schabowy z selera raz

Jeździmy nad to morze od ośmiu lat, w tym samym składzie. Dzieci, bracia i bratowe, siostry, ich mężowie i przeważnie – do tego roku – mamunia.

Kocham te wyjazdy, jest to zawsze tydzień emocjonalnie ryjący beret, jak dobry teatr, cudowne dekoracje Bałtyku pomagają w przerobieniu dram, zazdrości i żalów rodzinnych, po raz kolejny okazuje się, że rodzina tnie do kości, ale też podaje kij, kiedy się tonie. (Albo brzytwę).

Bałtyk, piasek, lody, zapach sosen, wydmy, las, wspólne obiady w postkomunistycznym ośrodku wczasowym, gdzie pani Mania wyczarowuje dla nas posiłki, również bezglutenowe i wegańskie. Pyszności udające stołówkowy obiad z ziemniaczorami, sztuką mięsa i surówką. Na przykład wczoraj Mi dostał kotlet z selera w panierce, wcześniej kotleciki w których jedynę rozpoznawalną treścią były płatki owsiane, wegański gulasz, wegańskie schabowe i pulpety w sosie pomiodorrrowym.

Są dzieci, dużo dzieci, spacery, drzemki po obiedzie, jest Wieczór Grilla Polskiego, jedyny grill z kiełbasami na jakim w ogóle można mnie spotkać, są polskie owoce z biedry, jako i kawki poranne i tort śmietankowy z lokalnej cukierni na urodziny Mo. Pływanie w morzu codziennie, dwa razy dziennie, za każdym razem z uczuciem ‚po co jechać na Riwierę’. Jest las.

Znowu idziemy przez las

Las jak w bajkach dla dzieci, las sosnowy, nierzeczywisty, wycięty z reklam, pachnący słodko-słono, sosnowo, las który kocham namiętnie i który być może jest na pierwszym miescu, bo dojście do Bałtyku przez stragany i tłum cały by mi Bałtyk zepsuło.

A niebo jest tuż

Piasek w pościeli i poranne ciągnięcie po nerach po śniadaniu i zaraz żar z nieba i wygląd homara na zdjęciach. Choć nie przesadzajmy, rzadko wstaję przed 9 od kiedy Mo jest na tyle duża, że sama schodzi na dół i robi sobie śniadanie z chłopakami. Brat ma też małe dzieci, więc od rana i tak jest na nogach, Mo przyłącza się do ich śniadania, ja nie mam żadnych wyrzutów, bo przecież właśnie mieliśmy ich chłopaków dwa tygodnie na głowie.

Słońce, piach i ta lepka słodycz lata.

A Bałtyk jest najpiękniejszym morzem świata, oczywiście.