Przed samymi świętami w głowie mi się coś przestawiło i bardzo akuratnie zmartwychpowstałam.
Wiosna, ciepło, jasno, koniec szkoły, będzie dobrze. Słabość mnię tylko ogarnęła przeogromna i rano ledwo oko jedno otworzę, a już marzę, żeby się z powrotem pod moją kołderkę w magnolię wtrabasić, co się czasem udaje, jak nie mam rano szkoły.
W ogóle najlepiej mi sie pracuje w łóżku, i nawet nie na sofie w dużym pokoju, tam trzeba postawę siedzącą trzymać, tylko właśnie w łóżku pod kołderką. Jakaś infekcja długaśna mnie męczy, od ponad miesiąca coś mi w płucach siedzi, od czasu kiedy straciłam głos na tydzień, już umierałam na raka oczywiście, ale teraz nareszcie zaczęłam odkrztuszać i wykasływać i połączyłam kropki i wyszło mi, że pewno znowu mnie zmogła atypowa bakteria, co siedzi w komórkach żywi się ludzką energią, więc i stąd taka słabizna ze mnie. Ale twardo chodzę do pracy, bo gorączki ani innych objawów niet, choć dużo mnie to kosztuje, bo choć rano mogę na chwilkę wskoczyć pod kołderkę, to wieczorami mam zajęcia do 21.30 (buuuuu). A już najgorzej najgorzej jest w środę, kiedy jadę do szkoły na 2 godzinki, potem zawożę Mo na gimnastykę, wracam z nią do domu, jem obiad, jestem zmęczona i jest mi zimno (nie wiem czemu zawsze w środę o 19 jest mi zimno), ale nie ma to tamto, wsiadam na rower i jadę na zajęcia 20-21.30.
Ale jeszcze tydzień 😀 No, te akurat zajęcia to dwa, ale i tak.
Wróciłam zatem do siebie, nie zwariowałam, mimo, że Śmieszny Dziadek wywiercił mi dziurę w głowie, wrócę więc również do zdrowia. Tę bakterię to zwalcza się miesiącami na antybiotyku, bo to cholera straszna jest, ale też jak układ odpornościowy jest w miarę ogarnięty, to człowiek radzi sobie sam.
A jutro znowu huragan, ale tym razem wiosenny, więc fajny.