W sobotę trochę zagoniłam rodzinę do sprzątania, bo jeszcze by święta odwolali! Bez mycia okien, uznałam, że to już przesada, ale odkrzurzony cały dom, zmieniona pościel, wypolerowane lustra (hehe jak to brzmi) i wymyte drzwi. Upieczony wegański pasztet i jajka w cebuli i nagle zrobiło się całkiem światecznie.
Ale najważniejsze, że jakoś tak przy okazji zrobiły mi się porządki w głowie i przestała mnie moja trauma straszyć. Możnaby rzec, zmartwychwstałam, bardzo na czasie 😁 Odpuściło mi zupełnie po raz pierwszy od miesiąca, a już żegnałam się z życiem 😉 Prawie na łożu śmierci przebaczyłam ostatnią kłótnię siostrze (czy chciałabym umrzeć pokłócona z siostrą o pierdołę sprzed 20 lat, mimo, że to ona zaczęła?).
Wczoraj zjedliśmy we trójkę uroczyste śniadanie świąteczne, bez stresu, bez pośpiechu, w miłości i pokoju. Świat się jeszcze raz odrodził.
Zadzwonił Adek, że są w Berlinie, właśnie się wprowadzili do pierwszego wspólnego mieszkania, ale się okazało, że jest strasznie brudne. Karma is a bitch;) Poprzednia lokatorka miała koty i nie sprzątała chyba od roku, wszędzie walały się kocie kłaki, a pod poduszkami kocie chrupki (mam nadzieję, że nie kupki). Niestety, Adek ma bardzo poważne uczulenie na koty. W niedzielę rano wysłał mi tylko wiadomość głosową jak mu w płucach świszczy, kazałam mu brać niebieski inhalator od dziewczyny, a jak się będzie dusił to jechać na pogotowie. Jego dziewczyna ma astmę, więc nie jest za ciekawie. Doradziłam im, żeby wymyli dokładnie wszytkie powierzchnie i wyprali wszytko, co się da wyprać. Koty to zło. Kocie alergeny w mieszkaniu urzymują się nawet parę miesięcy. Ciekawe, czy zaczną sprzątać, czy zmienią mieszkanie?
Mich stwierdził, że teraz będą żyli na kocią łapę, haha.