Miałam dziś rozmowę rekrutacyjną. Komisja podkreślała, że kierunek jest szalenie oblegany, a tylko 10 miejsc. Nie byłam jakoś specjalnie zestresowana, trudno mi stwierdzić, kogo oni szukają. Trochę mnie chcieli przestraszyć i zniechęcić, trochę wybadać, podkreślali, jak duże to będzie poświęcenie, że nie jest to typowy rok akademicki, który trwa 7 miesięcy, bo spotkania i seminaria są właściwie przez cały rok miesięcy. No i do tego trzeba być bogaczem, dwa lata studiów i potem jeszcze dwa praktyki, żeby zdobyć uprawnienia. Ale nie jest to 60 tys. euro rocznie, jak u moich Amerykańskich studentów:D
Mówiłam raczej swobodnie, spokojnie, starałam się nie być zbyt pewna siebie ani też zbyt zalękniona. Mnóstwo ciekawych rzeczy przychodziło mi do głowy, moje wcześniejsze obawy, że nagle nie będę mogła nic wymyśleć, bo nowa dziedzina, stres i jeszcze po angielsku, nie sprawdziły się.
Ale mam trochę wątpliwości, czy to jest dla mnie, czy ja tego chcę, czy stać mnie na takie poświęcenie. Czy to jest to, czemu się chcę poświęcić.
Może się nie dostanę i dylemat się rozwiąże;)