Koniec balu

Mam prawdziwą zagwozdkę w pracy – jak pokazać, że pracuję, ale się poobijac trochę 😁

Summertime to dla wykładowców tradycyjnie czas na lekturę, także profesjonalną, czas uzupełniania wiedzy i slajdow, czas na eksplorowanie nowych dróg i obszarów, pisania artykułów czy planów badawczych, ale także – może nawet przede wszystkim – czas odpoczynku. W ciągu roku akademickiego naprawdę rzadko się zdarza, żebym miała wolny weekend, pracuję również większość wieczorów w tygodniu, plus zajęcia dzienne. Potem maj czyli egzaminy, sprawdzanie prac, wystawianie ocen końcowych itd itp, okres w sumie prawie równie intensywny. No, ale z końcem czerwca i ostatnią radą egzaminacyjną robimy juhuuu!!!! PARTY!

Żartowałam, zaczyna się wyciszenie, spowolnienie, czas na naładowanie akumulatorów (i głowy!) na następny rok.

Niestety, moja nowa funkcja kierownicza (hahaha), z niewielkim dodatkiem funkcyjnym, muszę dodać dla uczciwości, powoduje, że niektórzy menagerowie mają wrażenie, że powinnam pracować w lecie! W przyszłym roku czekają nas pewne urzędowe sprawy związane z pozwoleniem na kontynuację prowadzenia zajęć na jednym z kierunków, do tego mam zupełnie nowego szefa (w sumie podlegam pod czterech, nie ma to jak silna kadra managerska😁: główna od spraw akademickich, dwoje zastępców i managerka od spraw, powiedzmy, organizacyjnych), który chyba zastanawia się cały czas, co ja takiego robię, kiedy nie ma mnie o 9 rano przy komputerze. I zleca mi ciągle nowe zadania. Wyobrażacie sobie?? Które w sumie nie do końca należą do moich obowiązków, ale nie chcę się na razie o to kłócić, bo przecież niedługo zamierzam się z funkcji wykręcić.

Ale myślałam sobie, że przechytrze system, do tego czasu przycupne sobie cichutko na stogu siana przez całe lato i zniknę. Ale nie z nimi takie numery, okazuje się, muszę siedzieć w biurokratycznych bardzo nudziarskich papierzyskach, koniec balu panno Lalu!

To sobie tylko westchne cichutko, ech…