bosko. Balsamicznie i morsko.


bosko. Balsamicznie i morsko.


No i dostałam odpowiedź od Szanownej Komisji, rozmowa, moi drodzy, poszła mi dobrze i byłam ‚successful’, niestety, okazuje się, że była to ongoing rekrutacja i już wszystkie miejsca na kursie są zajęte. Ale jakby były miejsca, to bym się dostała.
Wpisali mnie na ‚waiting list’, mam pierwszeństwo przy następnym naborze.
WTF???
No to się porządnie wkurzyłam, po pierwsze, NIGDZIE na stronie nie było napisane, że miejsca przydzielają temu, kto się zgłosi PIERWSZY. Noż cholera jasna! Papiery można było składać od listopada, termin mijał z końcem czerwca, gdybym wiedziała, to wysłałabym im pięćdziesiąt wymaganych dokumentów dokładnie 1 listopada!
Po drugie PIERWSZY raz się spotykam z czymś takim, to tak, jakby zrobić egzamin po francusku i o tym nie wspomnieć w prospekcie. To chyba ważna informacja, nie?
A w dodatku napisałam do nich w listopadzie, pytając do kiedy trwa rekrutacja, odpisał dyrektor kursu, że do końca czerwca, ale gdy będą mieli dużo kandydatów może zakończyć się wcześnie. Ani słowem się nie zająknął, że przeprowadzają rozmowy już wcześniej i oferują miejsca od samego początku. Sprawdzałam regularnie, czy nie zamykają okienka do aplikowania, ale nie.
Wygląda na to, że była to rekrutacja tak skonstruowana, żeby dostały się osoby, które powinny się dostać, czyli te, które wiedziały. Czyli dziadek wiedział, nie powiedział, a to było tak.
Jeszcze z takim NIESPRAWIEDLIWYM, NIETRANSPARENTNYM I NIEUCZCIWYM potraktowaniem kandydatów się nie spotkałam. Ręce mi opadły.
A to niby najlepszy Uniwerek w Irlandii. W pierwszej setce na całym świecie.
A ja czuję, że to po prostu szuje.
Straciłam zaufanie.
Jeszcze nie wiem co zrobię.

Daliśmy radę pomalować przed przyjazdem chłopaków, reszta zmian musi poczekać po wakacjach.
Kolory wybierała sama, dała się przekonać, że wszystko na różowo będzie trochę za bardzo.
Przyjechały chłopaki i codziennie sobie gratuluję, że wpadłam na pomysł wysłania ich na oboz/półkolonie, przecież do trzeciej rozniesliby mi cały dom.
Dojeżdżamy na oboz 15 km w jedną stronę, wydawało mi się to mało, kiedy placilam, ale nie wpadło mi do głowy, że to jest razem 60 km codziennie. Przez całe miasto. 😅
Chłopaki śpią w piankowo-groszkowym pokoju.
Miałam dziś rozmowę rekrutacyjną. Komisja podkreślała, że kierunek jest szalenie oblegany, a tylko 10 miejsc. Nie byłam jakoś specjalnie zestresowana, trudno mi stwierdzić, kogo oni szukają. Trochę mnie chcieli przestraszyć i zniechęcić, trochę wybadać, podkreślali, jak duże to będzie poświęcenie, że nie jest to typowy rok akademicki, który trwa 7 miesięcy, bo spotkania i seminaria są właściwie przez cały rok miesięcy. No i do tego trzeba być bogaczem, dwa lata studiów i potem jeszcze dwa praktyki, żeby zdobyć uprawnienia. Ale nie jest to 60 tys. euro rocznie, jak u moich Amerykańskich studentów:D
Mówiłam raczej swobodnie, spokojnie, starałam się nie być zbyt pewna siebie ani też zbyt zalękniona. Mnóstwo ciekawych rzeczy przychodziło mi do głowy, moje wcześniejsze obawy, że nagle nie będę mogła nic wymyśleć, bo nowa dziedzina, stres i jeszcze po angielsku, nie sprawdziły się.
Ale mam trochę wątpliwości, czy to jest dla mnie, czy ja tego chcę, czy stać mnie na takie poświęcenie. Czy to jest to, czemu się chcę poświęcić.
Może się nie dostanę i dylemat się rozwiąże;)
Mam prawdziwą zagwozdkę w pracy – jak pokazać, że pracuję, ale się poobijac trochę 😁
Summertime to dla wykładowców tradycyjnie czas na lekturę, także profesjonalną, czas uzupełniania wiedzy i slajdow, czas na eksplorowanie nowych dróg i obszarów, pisania artykułów czy planów badawczych, ale także – może nawet przede wszystkim – czas odpoczynku. W ciągu roku akademickiego naprawdę rzadko się zdarza, żebym miała wolny weekend, pracuję również większość wieczorów w tygodniu, plus zajęcia dzienne. Potem maj czyli egzaminy, sprawdzanie prac, wystawianie ocen końcowych itd itp, okres w sumie prawie równie intensywny. No, ale z końcem czerwca i ostatnią radą egzaminacyjną robimy juhuuu!!!! PARTY!
Żartowałam, zaczyna się wyciszenie, spowolnienie, czas na naładowanie akumulatorów (i głowy!) na następny rok.
Niestety, moja nowa funkcja kierownicza (hahaha), z niewielkim dodatkiem funkcyjnym, muszę dodać dla uczciwości, powoduje, że niektórzy menagerowie mają wrażenie, że powinnam pracować w lecie! W przyszłym roku czekają nas pewne urzędowe sprawy związane z pozwoleniem na kontynuację prowadzenia zajęć na jednym z kierunków, do tego mam zupełnie nowego szefa (w sumie podlegam pod czterech, nie ma to jak silna kadra managerska😁: główna od spraw akademickich, dwoje zastępców i managerka od spraw, powiedzmy, organizacyjnych), który chyba zastanawia się cały czas, co ja takiego robię, kiedy nie ma mnie o 9 rano przy komputerze. I zleca mi ciągle nowe zadania. Wyobrażacie sobie?? Które w sumie nie do końca należą do moich obowiązków, ale nie chcę się na razie o to kłócić, bo przecież niedługo zamierzam się z funkcji wykręcić.
Ale myślałam sobie, że przechytrze system, do tego czasu przycupne sobie cichutko na stogu siana przez całe lato i zniknę. Ale nie z nimi takie numery, okazuje się, muszę siedzieć w biurokratycznych bardzo nudziarskich papierzyskach, koniec balu panno Lalu!
To sobie tylko westchne cichutko, ech…
Prace ruszyły z kopyta, w piątek dokończyłam wynoszenie/wywalanie wszystkiego, pakowanie Adka rzeczy do pudeł, w sobotę machnęliśmy pokój Mo na biało na razie, trzeba było podkład dać na czerwoną ścianę. Dziś dokupujemy farb – stanęło na zestawie szałwia plus róż – i kończymy malowanie. Duża biała szafa zostaje, łóżko piętrowe dokupimy po wakacjach, i wtedy też będziemy myśleć co dalej.
Aplikacja złożona w piątek, a mnie ogarnął nastrój ‚czy mi to rzeczywiście potrzebne’ na całego. Tym bardziej, że w sobotę odkryłam, że zalewany blat w kuchni gnije, czyli wymiana blatu, ale stare szafki pewno nie lepsze, czyli tak naprawdę powinien być remont, na który nas nie będzie stać przez co najmniej dwa lata. Remont kuchni, łazienka też się trzyma przecież na klocki lego, no i cała elektryka powinna być zrobiona, nie mówiąć już o parapetach.
Ale dziś dostałam podwyżkę, a sklep koło mojej pracy wygląda tak:

