Mamunia

Mamunia miała trupio-zielony odcień skóry, lubiła się bowiem smarować olejem z pestek dyni. Cudowny ów Olej, prawie tak zdrowotnie korzystny jak woda świecona z Medjugorje, w plastikowej buteleczce-Maryji z odkręcaną koroną, albo sławny Ocet od Pana Henia, który Jej Życie Uratował

(mamunia nie da złego słowa powiedzieć na Pana Henia, bo przecież dwa tygodnie spać nie mogła przez okrutne swędzenie i myślała, że już umiera, po pięciu dniach picia octu i smarowania się octem wstała z łoża swędzącego i poczuła, że żyć będzie),

ale wróćmy do Oleju, który nadawał jej lekko upiorny koloryt, zwłaszcza, że była staruszką już dość wiekową. Skóra być może i była dobrze odżywiona i aksamitna, jak mi mamunia zachwalała, ale była to skóra dobrze odżywionego i aksamitnego truposza, odzianego w truposzowe fatałaszki. Olej bowiem kapał i wyciekał podczas smarowania, brudząc kolorem brązowo-zielonego gluta ciągle na nowo kupowane piżamki, bluzeczki, podkoszulki i staniki. Cała bielizna mamuni za sprawą cudownego Oleju z Pestek Dyni wyglądała jak garderoba bezdomnego, plam bowiem nie dało się doprać żadnym proszkiem. Nie, żeby zaraz proszkiem były ubrania prane, albowiem bielizna mamuni była prana li tylko i jedynie w orzechach do prania, z uwagi na mamuni skórę delikatną i skłonną do podrażnień, skłonności odziedziczone przez troje z pięciorga jej dzieci.

Jestem w Polsce.