Na zewnątrz nabiera rozpędu pracowa burza, która niechybnie mnie zmoczy, ale korzystając z ostatnich dni wolności zakopuję się w książkach.
I wychodzę, parę godzin później, wieczorem, jeszcze jedną nogą w tamtym świecie, jeszcze nieprzytomna, z błędnym wzrokiem potykam się o sprzęty codzienności.
Żeby nie być idiotką (ach, te feminatywy!), kupiłam sobie Empuzjon, równocześnie czytam Houellebecqa, Szczygła, wielką Almudenę Grandes i Maggie O’Farrel. Ciekawe, co skończę pierwsze.





Almudena jest moim wielkim czytelniczym wyzwaniem, to wspaniała pisarka, ale męczę się z nią od dwóch lat, bo dopiero niedawno nauczyłam odróżniać postaci od siebie, tych wszystkich Franciszków Ignaciów i Alonsów Franciszków, Marie Munoz i de Menes, panoramiczność opowieści i meandry narracji nie ułatwiają sprawy. Literatura poniewiera moją głową, paradoksalnie schronienie znajduję w artykułach naukowych, gdzie wszystko jest wyłożone kawa na ławę, logicznie i precyzyjnie.
Houellebecqa muszę równoważyć O’Farrell, pustynia emocjonalna bohaterów jest dla mnie strawna dopiero, kiedy zagryzę ją gęstymi uczuciami z prozy irlandzkiej pisarki. Empuzjon jak na razie dobrze doprawiony, posolony i popieprzony gdzie trzeba, ale jestem dopiero na 40 stronie.
Przekonuję siebie, że nie mogę zaczynać nowych książek, a tu czeka Chiamamanda Ngozi i Murakami.