Wróciliśmy. Samolot opóźniony, ogród zarośnięty, dom pełen pajęczyn. Wczoraj dochodzilimy do siebie.
Mo poszła do kolegów i koleżanek i nie było jej w domu parę godzin. Okazjonalnie przychodziła na jedzenie i pytanie, czy już mogą w Nintendo. My wstawiliśmy parę prań i posprzątaliśmy dom. Ogród czeka na swoją kolej, a raczej nie czeka, bo zarasta i to jest właśnie problem.
W pracy wybuchła wielka bomba.
Sprawa bardzo poważna w skutkach. Teraz już wiem, dlaczego szefowa nie chciała podpisać mi umowy etatowej na więcej godzin – szkoła musiała już o tym wiedzieć parę miesięcy temu. Sprawa będzie miała dla nas bardzo nieprzyjemne konsekwencje, napewno stracimy jeden rocznik, może nawet cały kurs. W najgorszym przypadku skończy się procesem sądowym, w najlepszym będziemy w stanie naprawić ten błąd w ciągu dwóch lat. Ja dostanę rykoszetem i stracę 1/3 godzin. Najgorsze jest to, że wszystkie osoby zaangażowane miały dobre intencje i działały w ramach udzielonych kompetencji. Tym razem cieszę się, że jestem tylko małym trybikiem i za nic poważnego nie odpowiadam, a swoją malutką działeczkę uprawiam zgodnie z wszelkimi regułami sztuki.
Szukając jasnych stron cieszę się, że będę miała czas na rozwijany od jakiegoś czasu projekt. I że nie zrezygnowałam zupełnie z mojej dodatkowej pracy, jak radził Mi w ciemne zimowe miesiące, kiedy miałam tyle roboty, że nie mogłam zasnąć ze zmęczenia.
Gratulujemy sobie również zmiany zawodu Mi, to była świetna decyzja.