Upał w Polsce jest nie do zniesienia.
Ostatnie dni w Polsce, jest pięknie, ale piekielnie gorąco. Już dawno się odzwyczaiłam od takich temperatur i teraz ten ukrop mnie wykańcza. Mimo, że gościmy w dużym domu z ogrodem i (małym, ale jednak) basenem, jest mi ciągle słabo. Czuję się jak mucha pływająca w gęstej, lepkiej mazi. Krótkie chwile oddechu zapewnia jedynie zanurzenie się w wodzie. Ale już pół godziny po wyjściu jest na powrót nieznośnie gorąco. Pewno dla Was, mieszkających w kraju, to nie żadna nowość, ale moje ciało błaga o Irlandzkie 20 stopni. Wytchnienie. Wiatr. Ochłodę. Przez trzy dni nie wystawiłam stopy poza obręb ogrodu, oprócz krótkich spacerów do sklepu i do apteki, po których dyszałam jeszcze godzinę.
Dziś odważyliśmy się na wyprawę do galerii handlowej, tylko dlatego, że jest klimatyzowana. 500 m do przystanku zupełnie nas wykończyło, Mo cała czerwona zaczęła płakać, że chce do Irlandii.
Globalne ocieplenie mnie przeraża.