Znowu jedziemy. Trochę wyprawa w nieznane, a trochę znane. W góry, śpimy w chatce bez prądu, właśnie tej, gdzie raz w roku wódkę z gwinta, co zwodzi jak zachód słońca.
Ale tym razem nie możemy dać się zwieść, bo musimy przejść granicę górami i pociągiem dostać się do Pragi. A potem dalej, tam, gdzie się robi bardzo śmierdzące sery – Olomoucké tvarůžky. Na inną chatę, zaprzyjaźnionego Czecha.
Idziemy z dzieckiem i plecakami, jedziemy pociągami, autobusami i na piechotę. Przygoda i niewygoda (czy nie jestem za stara na takie atrakcje?).
Ale chcę pokazać Mo magię lasu o świcie i rozkosz kąpania się w strumieniu. Ognisko i gwiazdy. Wypalić w jej duszy wszystkie te kiczowate obrazy, które potem śnią się ludziom przez resztę życia.