Też ma swoje zalety. Na przykład można harować siedzieć w swoim własnym ogrodzie. Po długiej zimie i roku akademickim, gdzie jak zwykle nie miałam czasu na nic więcej za wyjątkiem przycięcia krzaków róż i posadzenia tulipanów pewnego ponurego grudniowego popołudnia, ogród prosił o trochę miłości. Albo litości.
A zatem w cudowną, słoneczną, majową niedzielę zamiast sprawdzania prac, wzięłam się za robotę na dworze. Przez pierwszą godzinę było to nader relaksujące zajęcie, bo nie miałam żadnego planu, wyszłam po prostu na dwór ‚coś porobić w ogrodzie’. Ale gdzieś tak w środku pracy włączyła mi się wydajność, efektywność i tak zwane sfokusowanie na osiągnięciu celu i zaczęłam odhaczac zadania do wykonania – podcięcie trawy na obrzeżach, gdzie pan z kosiarką nie dotarł (tak, tak, bo jako świeżo upieczona burżujka po raz pierwszy w życiu wynajęłam kogoś do koszenia ogrodu tydzień temu, pan wziął tylko 15 euro, ale zrobił to dość bylejako), wygrabienie starej trawy, wyrwanie chwastów z grządki malin i usnięcie małych zielonych złośliwych rolinek ze szpar między płytami tarasu? chodnika?
Ale poczyniłam mocne postanowienie poprawy i postanowiłam wykasować sobie z głowy tryb zadaniowy.
Tylko kiedy? Teraz tył ogrodu jest zrobiony, ale przód straszy i taki dysonans mnie męczy.