Po raz pierwszy od stu lat pojechaliśmy sobie na krótkie majowe wakacje NIE DO POLSKI.
Jak wiedzą wszyscy migranci, Polak z dziećmi mieszkający za granicą jeździ głównie do Polski: na święta, na wakacje, na majówkę, na groby i na ferie. Trzy razy do roku tam i z powrotem kierunek Polska, żeby dzieci miały kontakt z dziadkami, wujkami, kuzynami, ciotkami i krewnymi i znajomymi królika. Żeby ładnie mówiły po polsku. Żeby wyleczyć zęby/zrobić prześwietlenie nóżki/operację uszu/cokolwiek. Bo w Polsce taniej. Bo trzeba podtrzymywać więzi rodzinne. Bo jakżetotak i tak dalej.
Mi już od dawna suszył mi głowę, żebyśmy choć raz zaszaleli i pojechali … no nie wiem … nawet nie, że zaraz do Meksyku, ale do Francji. A co. Albo do Portugalii. Albo na Islandię. GDZIEKOLWIEK, byle nie do Polski. Ale wiadomo jak to jest – finanse są ograniczone, a w kraju rodzice coraz starsi. I rodzeństwo. I kuzyni i kuzynki. I znajomi. I rodzinne miasto. I w ogóle.
Ale nagle w tym roku coś się zmieniło, Wenus w natarciu albo Mars w retrogradacji, pełnia księżyca czy przemagnesowanie biegunów ziemskich, nie wiem, dość, że nagle podróż w nieznane stała się możliwa. Tak po prostu.
Choć jeszcze do ostatniej chwili ciemne siły starały się pokrzyżować nam plany, bo oboje z Mi zachorowaliśmy na jakąś przeokrutną grypę, która nas nieźle przeczołgała czterdziestoma stopniami gorączki, a potem niekończącym się kaszlem i zapaleniem zatok.
Ale polecieliśmy. Do Bonn, do Adka na urodziny. A potem pociągiem do Brukseli, bo skoro już jesteśmy tak blisko…
Pięć dni. Dwa miasta. Jakie to proste! Bilety lotnicze, airbnb, pociągi. Spacery po mieście, szwędanie się po parkach. Co chcemy zobaczyć? Wszystko, cokolwiek, nic szczególnego. Wystarczy być. Najbardziej kiczowate miejsca wywoływały w nas zachwyt. Tak to jest, jak ktoś się w końcu GDZIEŚ wybierze.
Na kontynencie lato.
Tzn. cudowna, późna wiosna, ale na standardy Irlandzkie – lato. Wybraliśmy sobie najlepszy czas – wszystko pachnie, kwitnie, zieleni się, ćwierka. W Bonn mieszkaliśmy w przepięknej dzielnicy Südstadt, z kamienicami art deco z prześlicznymi finezyjnymi detalami – rzeźbionymi poręczami, schodami, kolumnami, ogromnymi oknami i frontowymi ogrodami. Bonn przypomina moje rodzinne miasto, tylko takie sto razy bardziej zadbane.
Rano kawka w pobliskej kafejce, potem spacer tędy i owędy, włóczenie się ulicami, od loda do loda, od parku do starego miasta, od placu zabaw do ogrodu botanicznego, wzdłuż trakcji kolejowej do akademika Adka i muzeum sztuki nowoczesnej.
Przyjęcie urodzinowe Adka w knajpie Tybetańskiej, do której zaprosił również swoich kolegów i koleżanki z roku. (Czyli się nas nie wstydzi;). Trzech Irlandczyków, Amerykanin, Niemiec, genialna Brazylijka, Izraelita i najlepszy student na roku, z Ghany.
Ulice zalane słońcem, balsamiczne powietrze i mnóstwo, mnóstwo studentów – w takim małym mieście (330 tys) jest ich aż 43 tys!
Spokój, dostatek, zasobne mieszczaństwo inwestujące w sztukę. Przez okna kamienic można dojrzeć ogromne obrazy na ścianach i biblioteki z książkami po sufit. Ściany malowane na purpurę i karmazyn. Piękne żyrandole. Zabytkowe meble. Wielkie stoły i fortepiany.
Mitteleuropa.
Samo centrum kontynentu. Statecznie. Spokojnie. Bez napięcia. Szeroko rozlana dolina Renu. Neandertalczycy w jaskiniach dawno wytępieni. Zygfryd już dawno zabił smoka, a pierścień Nibelungów spoczywa na dnie Renu. Granica cesarstwa Rzymskiego. Dalej na wschód tylko dzicz i szaleństwo.
A potem wsiedliśmy do pociągu i …
