Pojechalismy zatem dwa (juz dwa???) tygodnie temu do Waterford zobaczyć samochód. Pogoda była okropna, autobus śmierdział i nawet mi było niedobrze przez całe 2 godziny. Mo na szczęście spała, ale kiedy tylko wysiadła prosto w strugi deszczu, zaczeła marudzić. Że mokro, że zimno, że źle się czuje i nie chce jeszcze wiecej jechać samochodem. Jazda z Freyą do domu to tylko kilka minut, ale tam Mo tylko marudziła jeszcze więcej. Zaczęła jej rosnąć gorączka.
Ale dla mnie ten wyjazd to była prawdziwa uczta, bo z F zawsze się dobrze rozmawia. To jest kobieta o umyśle jak rtęć – żywym, ruchliwym i nie wiadomo gdzie pędzącym. Wysiadłyśmy więc z samochodu i usiadłyśmy przy drewnianym kuchennym stole i tak siedziałyśmy przez następne sześć godzin, z przerwą na huśtanie na sufitowej huśtawce i głaskanie kotów (Mo). Myślę, że nie zdradzę za dużo sekretów, jak napiszę, że F rozstała się ze swoim mężem jakiś czas temu i działa teraz niezależnie, jako samodzielna mama.
W miarę upływających godzin Mo wyglądała coraz gorzej, naładowana po uszy calpolami i witaminami w końcu wylądowała w łóżku z Frozen i zwierzakami w pokoju. My oczywiście nie przestałyśmy gadać przy kuchennym stole i tak kiedy koło 1 w nocy w końcu zaczeły nam się bateryjki wyczerpywać odkryłam, że Mo już dawno śpi. Rano powiedziała mi, że nie bała się sama być w pokoju, bo kotek i piesek ją pilnowały.
Rano kwestia planów powrotowych i samochodowych stała się paląca. Freya ma miękkie serce i zaproponowała, że skoro nie pracuje, to nas odwiezie, bo Mo chora. A przy okazji skoczymy do tego dilera, bo taki przecież był cel tej podróży.
W międzyczasie okazało się, że w sumie nie ma potrzeby jechać do dilera, bo tej Hondy i tak nam nie ubezpieczą, bo jeszcze nie była rejestrowana w Irl (6300 euro za ubezpieczenie -‚najlepsza oferta którą możemy pani dać’). Ale się strasznie napaliłam, żeby ją chociaż zobaczyć, bo nie wiem czy wiecie, że cały mój research zrobiłam online i żadnej Hondy na żywo nie widziałam 😀
Garaż był położony ‚in the middle of nowhere’, jak tutaj mówią, a wiejski sprzedawca używanych samochodów dał nam kluczyki na Freyi piękne oczy, więc zostawiłyśmy dwoje dzieci w naszym wozie, jedno chore i małe, jedno zdrowe i starsze, ale nadal nieletnie, i pojechałyśmy na jazdę próbną po Irlandzkich bezdrożach. Prowadziła F, oczywiście, ale po dwóch kilometrach skręciła na jeszcze bardziej polną drogę i powiedziała ‚masz, próbuj’. Gdybym była małą dziewczynką, to bym się w tym momencie posikała, ale że nie jestem, to się przesiadłam, wystawiłam trzęsącą się, posiusianą, małą Anię na pobocze i pojechałam. SAMA PROWADZIŁAM. Bez instruktora! Tak naprawdę to z instruktorem, bo Freya ma uprawnienia instruktorskie w Polsce, no ale oj tam oj tam. Samochód spełnił moje oczekiwania, choć prawdę mówiąc nie było to trudne, skoro jestem przyzwyczajona do jazdy ponad 20 letnim volkswagenem mojego ojca, który od dawna próbuje mnie otruć (samochód, oczywiście) i w ogóle zniechęcić do motoryzacji na zawsze.
Jechało się pięknie, wokół pola rzepaku, słońce i my jak Thelma i Louise i gdyby nie dzieci bez opieki pozostawione w aucie…
No, ale samochodu nie kupiłam, choć diler mnie strasznie przekonywał ‚ale jak pani pojedzie do Waterford i pójdzie do biura Axy i zapyta o Jasona i powie, że Ciaran panią przysłał, to panią na pewno ubezpieczy!’. Ciaran chciał tylko 2 tys euro zaliczki, która by jednakże przepadła, jakbym jednak nie mogła samochodu ubezpieczyć. Powiedziałam, że muszę się skonsultować z mężem;) To zawsze jest dobra wymówka.