Już miałam iść jutro do pracy, ale jeszcze dziś test pozytywny, linia blada, ale niewątpliwa.

Dzień dziesiąty

A zatem, zgodnie z najnowszymi wytycznymi, poinformowałam szefową i chyba nie mogę jeszcze wrócić do roboty – ma to w sumie sens, bo w szkole jestem w średnio wietrzonym pomieszczeniu z wieloma osobami przez wiele godzin.

W sumie dla mnie to może lepiej, bo jednak 12 godzin w pracy to trochę męczące tuż po chorobie. Będę pracować, bo czuję się dobrze, może się uda mieć wszystkie wykłady online, może tylko część, zależy od planu studentów. Ale rano zawiozę Mo do szkoły taxi (i tu przydałby się samochód), jej wychodzą testy negatywne. Już od wczoraj biega z dzieciakami po ulicy.

Wczoraj się czułam kiepsko, cały dzień mnie bolała głowa – może to jeszcze ostatnie podrygi covida? A może po prostu niewyspanie, bo lekki stres pracowy nie pozwolił mi już zasnąć, kiedy zbudziłam się po sześciu godzinach rano.

Dziś zrobiłam standardową gimnastykę z trzydziestoma pompkami, więc jest już dobrze.

Dzięki covidowi ponownie odkryłam zakupy online i zastanawiam się, czemu się przez ten ostatni rok tak męczyliśmy z kilogramami ziemniaków, litrami mleka i pudłami proszków do prania na rowerze. Jest trochę taniej, ale naprawdę te 10 euro więcej warte jest ponad godzinnej wycieczki do sklepu i powrotu z siatami prawie, że na głowie.