Dzień piąty

To już staje się nudne, czuję się coraz lepiej! Katar sobie poszedł, zostało lekkie osłabienie. Ale doszedł nowy objaw – straciłam węch, ale tylko na brzydkie zapachy. Czuję wyłącznie, jeśli coś pachnie pięknie – kawka, perfumy, kwiaty. Nie czuję nic śmierdzącego. Jest to na razie wygodne, choć to pewne utrudnienie w gotowaniu – wyciągnęłam mięso z lodówki i nie wiem, czy jeszcze ok i może poczekać do jutra, czy trzeba je natychmiast przyrządzać. (Chciałabym mieć tak ze słuchem).

Dostałyśmy wyniki, u mnie bez niespodzianki, ale Mo mnie zaskoczyła – też jest pozytywna. To naprawdę dziwna choroba – w grudniu Mo wylądowała w szpitalu z niewydolnością oddechową z powodu zwykłego przeziębienia, a teraz NIE MA ZADNYCH OBJAWÓW. Jeden dzień była bardziej marudna, ale nawet gorączki nie miała.

Zaraza dopadła i Mi i zaczyna mizernie wyglądać. Oczywiście jak to on – cały czas pracuje i nie pozwala sobie na luz. Od kiedy nam koleżanka podrzuciła test, wiemy już, że jest też pozytywny.

A zatem siedzimy w domu. Mi pracuje osobnym pokoju cały dzień, więc ja z Mo i zaczynamy już dostawać obie bzika. Znacie takie uczucie zmęczenia, kiedy musicie być z kimś 24 godziny na dobę? Nawet, jak to własne dziecko. A może przede wszystkim, bo z kimś dorosłym nie musiałabym w kółko grać w Makao;) oprócz tego mam jeszcze trochę swojej pracy i jak normalnie zabrałaby mi może z 3-4 godziny, ciągnie się teraz przez cały dzień.

Pociesza mnie tylko kawka z nowego kubeczka:

Seksistowski czy feministyczny?