Dzień trzeci przywitaliśmy bladym świtem, mimo, że była już godzina ósma. Jak to w zimie. Zza opuszczonych rolet prześwitywało blade, nieprzyjemne światło zimnego styczniowego poranka. Ale choć w łóżeczku było mi jeszcze przyjemnie ciepło, trzeba było wstawać, bo Mo kategorycznie zarządziła pobudkę. Śpimy razem, żeby nie zarażać Mi, który w związku z tym śpi w pokoju Adka.
Spało nam się zaskakująco dobrze, choć wieczorem Mo skarżyła się już na brzuszek, plecki, nóżki, główkę, właściwie wszystko ją bolało, więc spodziewałam się gorączki, albo przynajmniej ciągłego nocnego wiercenia, a tu nic.
Ja też nadal nie mam gorączki, ani kaszlu i moim jedynym objawem pozostaje katar. Może jeszcze lekkie zmęczenie i delikatne bóle mięśni, ale tak minimalne, że właściwie prowadzę normalne życie, tyle tylko, że bez wychodzenia z domu. Choć poranne pompki sobie odpuściłam, żeby nie kozaczyć, jak pisze Milagros.
Moja praca oczekuje, że za tydzień w poniedziałek pojawię się w szkole i takie też mam plany, ale zobaczymy. A tymczasem, jak tylko dostanę dodatni wynik oficjalnego testu, mogę wystąpić o covidowy zasiłek, który wynosi 350e na tydzień. Być może to jest właśnie powód dla którego tak dużo ludzi się w Irlandii testuje;D Ja się akurat lubię testować, moja dusza naukowca ma dużą frajdę, najchętniej testowałabym się codziennie i patrzyła, jak wartości sobie rosną bądź maleją.
Pojechałyśmy zatem dziś z Mo na oficjalny PCR, wynik będziemy miały jutro. Ja jestem na pewno chora, co do Mo pewności nie mam, ale w sumie byłoby dobrze gdyby była pozytywna, bo nie mam się jak od niej izolować – na pewno złapie, a im później, tym dłużej będzie musiała siedzieć w domu.
Styczeń to taki nielubiany miesiąc, w zeszłym roku nic mnie tak nie zmechaciło, jak styczeń właśnie. Zmęczony, szary, zimny, smutny, jak poranek noworoczny po upojnym balowaniu. Mimo, że nie balowałam. W styczniu nie ma na co czekać, znowu zaczyna się praca, trzeba wstawać ciemnym rankiem, a kraj odwiedzają sztormy zaczynające się na kolejne litery alfabetu: i tak Aoife, Berie, Cathy, Darragh po kolei wieją mi w oczy i sieką mi w twarz deszczem, kiedy jadę na rowerze do pracy.
Na taki właśnie styczeń zrobiłam dla Mo sweterek, który skończyłam przed świętami. Jest idealny – ciepły, mechaty, złoty, miękki i ślicznie w nim wygląda.
