Coming out

Miałam dziś zajęcia o gender i seksualności. I chyba dobrze mi poszło, bo wykład zakończył się coming outem – jedna studentka zdecydowała się powiedzieć w klasie, że jest lesbijką.

Traktuję to jako komplement dla mnie, jako wykładowcy.

Wiecie, że jedno na 300 dzieci w USA rodzi się z na tyle nie przystającymi do norm społecznych genitaliami, że zostaje skierowane do specjalistów? A jedno na 1000 wyglą na tyle odmiennie pod tym względem, że od razu wołany jest zespół neonatologów? Którzy po konsultacji z rodzicami często decydują o chirurgicznym ‚przycięciu’ noworodka tak, żeby nic już nie wystawało i nie kłuło w oczy. Czy mamy prawo ‚przycinać’ ludzi, bo nam nie pasują do żadnego z dwóch pudełek – ani tego z napisem ‚kobieta’, ani tego z napisem ‚mężczyzna’?

Na przykład tutaj macie jeden z filmików, które omawiamy. Czy powinniśmy zatem wychowywać dzieci jako ‚gender neutral’? Czy może jednak jest to łamanie praw dziecka? A może wręcz przeciwnie?

Kiedy urodziła się moja córeczka, myślałam sobie, że teraz im (temu społeczeństwu) pokażemy! Rzucimy wyzwanie sztywnym normom płciowym, będzie się bawiła samochodzikami i dinozaurami, będzie chodziła w spodniach khaki, lubiła matmę (oczywiście) i klocki Lego. A trafiła mi się taka dziewczęca dziewczynka, która NIGDY jeszcze nie zgodziła się założyć spodni do szkoły – na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy w życiu udało mi się ją namówić na coś innego, niż sukienka albo spódnica, na trening albo z powodu zimna. Normalnie zakładamy po prostu DWIE pary rajstop;D Uwielbia biżuterię, maluje sobie paznokcie, kradnie moje szminki i apaszki, nosi mnóstwo brązoletek i naszyjników, nie da sobie obciąć włosów. Ja nigdy taką ‚girly girl’ nie byłam i naprawdę zachodzę w głowę, skąd się to bierze.

(Ale jak jest zła, słucha Slayera).

Aż tu nagle …

… wszystko otworzyli! Wszystko!

Ludzie jeszcze niechętnie, z pewną taką nieśmiałością, z rezerwą, z wahaniem, choć od soboty można chodzić do knajp, pubów, nocnych klubów, można zapraszać nieograniczoną liczbę gości i imprezować, hej! Zostały tylko maseczki w przestrzeni publicznej i – niestety, bez sensu – restrykcje w szkołach. Liczba przypadków nadal ogromna (10 tys dziennie na 4.7 mln), ale wyraźnie spada, szpitale dały sobie radę, nie było żadnych kolejek karetek ani zamykania oddziałów, jedynie pojedyncze przypadki odwoływania zabiegów czy operacji. Średnia liczba zmarłych – siedem osób. Tygodniowo.

96% dorosłej populacji zaszczepione.

A w naszym prywatnym gospodarstwie domowym wprowadziliśmy podział pracy: w poniedziałki i środy idę do szkoły ja, a Mi pracuje w domu, jak jest taka potrzeba, we wtorki i piątki Mi idzie do pracy, a ja pracuję z domu. Czwartki nieokreślone, mam jedną niewygodną godzinę w szkole, potem dwie trzy i pół online, z domu, niestety, Mo jeszcze za mała, żeby ją samą w domu zostawić na dwie godziny, więc czwartki trochę pokręcone na razie. Do dogadania, kto tam bardziej pilnie musi być.

Ustalenie tych zasad dało mi dużo spokoju, w niedzielę wieczorem przygotowuję wykłady, a nie kłócę się z Mi kto tym razem idzie do pracy. On sobie nie ustawia ważnych spotkań na poniedziałki i środy, ja jestem dyspozycyjna we wtorki i piątki.

Mo znowu przeziębiona, od wczoraj w domu, Mi zarządził kwarantannę ( w sumie bardziej niż chorobowe), bo zależy mu, żeby w środę jednak poszła. I wygląda na to, że po raz pierwszy skończy się to na dwóch dniach kataru, a nie tygodniowej wizycie Lorda Vadera. Wydaje się, że sterydy działają.

Wkoło smutek, zawierucha i tragedie, sąsiad parę domów dalej został zastrzelony, tato koleżanki Mo, dziewczynki tak jak Mo sześcioletniej, wydawał się miłym facetem i nie wyglądał na mafioza, jeździł starym samochodem a na fb chwalił się tylko córkami. Takie coś nie mieści mi się w głowie, szkoda gościa, jak myślę o tej małej dziewczynce chce mi się płakać. Koleżanka ze studiów Mi umarła rano po imprezie uroczystego wręczenia dyplomów, nocowała u koleżanki, poszła spać i się nie obudziła, pękł jej tętniak, miała wylew do mózgu.

Jakoś dużo takich poważnych tragedii wokoło.

W pracy

Blada wczorajsza kreska nie powstrzymała mojej szefowej przed decyzją, żebym już wróciła do klasy. Zgodnie zresztą z zaleceniami Ministerstwa Zdrowia – po dodatnim teście trzeba się izolować przez siedem do dziesięciu dni i można wracać, jeśli się nie ma objawów. Nie trzeba robić żadnych dodatkowych testów. Czy ma to sens? Pewno trochę, jak wszystko. Myślę, że mogę zarażać, ale mam dużo mniejszą siłę rażenia niż na początku choroby;D Więc omijam kantynę, chodzę w masce, nie zagaduję do ludzi, nie staję blisko.

Mo od poniedziałku w szkole. Jak na razie jest dobrze, mimo, że siedzą tam jak w lodówce z cały czas otwartymi oknami. Plany sa takie, że będą zainstalowane oczyszczacze powietrza z HEPA filtrami, podobno nawet juz jest na to kasa, ale oczywiscie na razie czekamy. Pewno przyjdzie nam poczekać całą zimę. Dzieci nie łapią covida, ale są tak przemarznięte, że ciągle chorują na całą masę innych wirusów. Do tego skrócili im przerwę na lunch do 10 minut (bo muszą się wymieniać na przerwach z innymi klasami) i w konsekwencji dzieciaki są wiecznie zmarznięte i głodne. Szlag mnie jasny trafia, ale również w Irlandii ma się dobrze biurokratyczna niemoc i nasze walki o przedłużenie przerwy obiadowej na razie skończyły się na ‚takie są regulacje departamentu edukacji’. Siostra, która ma bzika na punkcie zdrowego odżywiania, namawia mnie na wywołanie rewolucji;D

Lubię być w pracy. Lubię ten mały stres przed wykładem i poczucie, jak mnie niesie fala w trakcie. A potem ulgę, że jeszcze raz przedstawienie się udało.

Już miałam iść jutro do pracy, ale jeszcze dziś test pozytywny, linia blada, ale niewątpliwa.

Dzień dziesiąty

A zatem, zgodnie z najnowszymi wytycznymi, poinformowałam szefową i chyba nie mogę jeszcze wrócić do roboty – ma to w sumie sens, bo w szkole jestem w średnio wietrzonym pomieszczeniu z wieloma osobami przez wiele godzin.

W sumie dla mnie to może lepiej, bo jednak 12 godzin w pracy to trochę męczące tuż po chorobie. Będę pracować, bo czuję się dobrze, może się uda mieć wszystkie wykłady online, może tylko część, zależy od planu studentów. Ale rano zawiozę Mo do szkoły taxi (i tu przydałby się samochód), jej wychodzą testy negatywne. Już od wczoraj biega z dzieciakami po ulicy.

Wczoraj się czułam kiepsko, cały dzień mnie bolała głowa – może to jeszcze ostatnie podrygi covida? A może po prostu niewyspanie, bo lekki stres pracowy nie pozwolił mi już zasnąć, kiedy zbudziłam się po sześciu godzinach rano.

Dziś zrobiłam standardową gimnastykę z trzydziestoma pompkami, więc jest już dobrze.

Dzięki covidowi ponownie odkryłam zakupy online i zastanawiam się, czemu się przez ten ostatni rok tak męczyliśmy z kilogramami ziemniaków, litrami mleka i pudłami proszków do prania na rowerze. Jest trochę taniej, ale naprawdę te 10 euro więcej warte jest ponad godzinnej wycieczki do sklepu i powrotu z siatami prawie, że na głowie.

Baby tylko siedzą w domu i kasę wydają

Coś napisz, tak dobrze ci ostatnio idzie, szepce aniołek, same nudy, szepce diabełek, po co coś takiego w ogóle w świat posyłać?

Karuzela pisze, że mężczyźni są stworzeni do pracy, ach, jak bardzo się nie zgadzam! Wszyscy jesteśmy stworzeni do pracy i do odpoczynku, do tańca i do różańca, jesteśmy równi, choć nie tacy sami:) Lubię pracować i nie oddam tego skrawka mojej wolności, rezygnuję z przedmiotów, bo dostałam w tym roku cały etat, więc nie muszę łatać budżetu domowego michałkami, jak to robiłam od lat.

Badania pokazują, że mamy, które nie pracują zawodowo częściej mają depresję, siedzenie w domu z dziećmi to przecież taki dzień świstaka przez 10 lat. Praca bardzo obciążająca emocjonalnie, ciężka i jeszcze bezpłatna. Ja jestem za absolutną równością w tym względzie: wiadomo, że jak są dzieci, ktoś musi się nimi opiekować, a instytucje nie zapewnią opieki np. w czasie choroby, więc to obowiązek mamy i taty. Po równo. Dlaczego to kobieta ma mieć mniej płacone, mniejszą emeryturę, gorsze możliwości kariery, mniej szansy na awans? Wiemy, że nierówności w obowiązkach opiekuńczych są główną przyczyną różnic w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn. Dlaczego kobieta miałaby ‚prosić’ męża o pieniądze? Przemoc ekonomiczna jest jedną z form przemocy – facet może nie uderzy, ale będzie kontrolował, ile baba wydaje. Dodatkowo, jeśli już uderzy, to ta baba, która nie pracuje, nie ma żadnych funduszy, więc nie odejdzie tak łatwo od takiego damskiego boksera. Wszystko dobrze, jak jest dobrze, ale nie żyjemy przecież w idealnym świecie. Moje starsze studentki opowiadały mi o ‚runaway fund’ – w społeczeństwie, gdzie jeszcze nie dawno normą była nie pracująca wielodzietna mama, matki córkom radziły mieć zawsze jakieś zaskórniaki, pieniądze potrzebne gdyby były zmuszone uciekać od męża. Nie zdarzało się to często, bo kobiety nie pracowały (do 1973 obowiązywał tzw. Marriage ban, czyli kobieta była zwalniana z pracy w administracji publicznej po wyjściu za mąż), nie miały doświadczenia zawodowego, nie miały wykształcenia (rodzice zniechęcali córki do pójścia na studia – to też wiem z opowieści moich studentek, które studiują dopiero teraz, w wieku 70 lat, bo zawsze chciały), nie miały prawa do własnego domu itd itp (do lat 1950 mąż mógł sprzedać dom rodzinny nawet bez wiedzy żony, nie mówiąc o jej zgodzie).

Paradoksalnie, praca daje wolność.

Dlaczego więc ’emancypantki są nieszczęśliwe’? Bo dalej tylko ich obarcza większość obowiązków domowych – kobiety częściej opiekują się dziećmi i osobami starszymi, sprzątają, piorą i gotują, nawet te, które pracują zawodowo na cały etat. Sekret tkwi nie w zrezygnowaniu z pracy zawodowej, ale w RÓWNYM PODZIALE OBOWIĄZKÓW.

Dzieci to dobro całego społeczeństwa, a państwo powinno wspierać równościowy podział obowiązków, inaczej dziewczyny nie będą chciały rodzić dzieci. Moje studentki wcale się nie palą do macierzyństwa, właśnie dlatego, że często oznacza ono koniec równości w związku. W Europie i Ameryce Północnej kobiety są lepiej wykształcone niż mężczyźni, nie będą już ‚siedzieć w domu’.

Opieka nad dziećmi jest obowiązkiem obojga rodziców. Jest dobra dla facetów – rozwija u nich empatię, przywiązanie do rodziny, odpowiedzialność, umiejętność zauważania potrzeb innych ludzi, kooperację i współpracę. Jest zatem antidotum na tzw. toksyczną męskość, która od lat prowadzi nas w stronę katastrofy ekonomicznej i ekologicznej;)

Obecnie mogę pracować z domu 2 lub 3 dni w tygodniu. Mój mąż ma o tyle łatwiej, że jego pracę można teoretycznie zawsze wykonywać z domu, więc dla niego te dwa lub trzy dni w ogóle nie powinny być problemem, podczas, gdy ja muszę być w klasie we własnej osobie. Oczywiście praca z domu z chorym dzieckiem jest najgorszą formą rodziecielkiej tortury i po jednym dniu łączenia takich dwóch etatów człowiek się czuje jak przejechany walcem. Niezależnie czy jest kobietą czy mężczyzną. Dlatego rodzice powinni móc brać zwolnienie na dziecko, tato i mama, po równo.

Dwa dni w tygodniu w domu pociągają za sobą to, że w poniedziałek muszę być w szkole od 9 do 21.30, 12 godzin (z czego dziewięć godzin wykładów), w środę podobnie. W tym czasie mój mąż odbiera Mo ze szkoły i jest z nią aż do wieczora. W trzy dni (czwartek tylko online) wyrabiam etat, czyli 20 godzin wykładów (nie licząc dalszych wielu godzin pracy w domu). A mam też weekendowe i wieczorowe zajęcia na innym uniwerku, na szczęście tylko online (z części których właśnie zrezygnowałam). We wtorek ja odbieram Mo wcześnie ze szkoły i jestem z nią sama do piątej. W piątek również.

Czy mnie to męczy? Oczywiście. Życie jest męczące. Ale zwariowałabym, gdybym nie pracowała. Byłabym zgorzkniałą, zawiedzioną, rozczarowaną, smutną, złośliwą zołzą, wyżywającą się na wszystkich młodych matkach i niematkach. Lubię chodzić do pracy (mimo, że nie lubię wstawać rano), lubię zarabiać pieniądze, lubię mieć wyzwania, lubię przebywać między dorosłymi ludźmi, elegancko wyglądać i pić biurową kawę.

Gdyby mnie mąż zostawił, spokojnie bym utrzymała siebie i dziecko. (Choć on zarzeka się, że w życiu nie oddałby mi dziecka).

Zarabiam teraz dokładnie tyle samo, co mój mąż. Nie mam żadnych przerw i dziur w CV. Odkładam na swoją emeryturę. Wyżywam się na studentach;)

Dzień siódmy

Czuję się już zupełnie zdrowa i zaczynam dostawać bzika w domu. Dlatego dziś pozwoliłam sobie na szybkie wyjśćie do apteki, po testy, w sumie legalnie, bo okres izolacji w Irlandii to siedem dni po teście pozytywnym (w tym co najmniej dwa po ustąpieniu objawów).. W aptece nie było ludzi, pani aptekarka oddzielona pleksi, ja w masce, spędziłam tam może z 5 minut, więc chyba nikogo nie zaraziłam. W spożywczaku mam nadzieję, że też nie.

Test mi jeszcze wyszedł pozytywny, ale kreska już słaba.

Zmęczona jestem już tym siedzeniem w domu. I pracą. Pojechałabym nad morze, zrobiłabym coś zaskakującego, szalonego, innego niż codziennie. Tym bardziej, że przez całą przerwę świąteczną też właściwie siedziałam w domu, tyle tylko, że u brata, kiedy mój synek nam przyniósł covida i wszyscy zaczęli po kolei chorować.

Nie mogę się już patrzeć na studenckie eseje. Zostało mi jeszcze 24 😦 ale na szczęście 20 z nich to takie bardziej krótkie refleksje.

Niby mam dobre książki do czytania (niektóre czekają od roku!), ale nie mogę się za nic zabrać, bo podryzają mnie wyrzuty sumienia, że nie kończę roboty. A wtedy nie mogę się skupić na książce.

Praca mi się rozlewa na cały dzień, coś, co mogłabym skończyć w trzy godziny, zajmuje mi osiem z przerwami na sprawdzanie wiadomości, odpisywanie na maile, czytanie bzdur i ogólną mamałygę. A przy tym mam wyrzuty sumienia, że się nie bawię z dzieckiem.

Aaaa, ratunku, nie mogę już samej siebie znieść – ani porządnie nie choruję, ani porządnie nie odpoczywam, ani nie pracuję. Zawiesiłam się po całości.

Dojrzałam do tego, że warto mieć więcej czasu, więc od stycznia zrezygnowałam z dwóch przedmiotów na dwóch moich uczelniach. Najpierw poczułam wyrzuty sumienia, bo jak to tak – rezygnuję z pracy, i to dobrze płatnej – a potem poczułam ulgę.

A dzięki temu udało mi się tak ułożyć plan zajęć, że nie będziemy mieć problemu w razie choroby Mo.

Wszystko się układa, ale ja muszę już wyjść z domu, bo ZWARIUJĘ;)

Idę w poniedziałek do pracy, najwyżej pojadę i wrócę taksówką;D

Dzień szósty

Objawy w większości minęły. Zostało tylko osłabienie i lekka utrata węchu. Chętnie zrobiłabym test, żeby zobaczyć kolor kreski;) Ale nie mam.

Mi się rozłożył podobnie jak ja – katar, osłabienie, bóle mięśni. Ból gardła. Zobaczymy.

Mo całkiem zdrowa.

W międzyczasie rząd Irlandii zmienia restrykcje – jeśli przegłosują, osoby zaszczepione mieszkające z chorymi nie będą musiały się izolować W OGÓLE. Tzn. nie tylko pójść do sklepu, czy na spacer z futrzakami, ale będą mogły chodzić do pracy, jeśli test antygenowy będzie negatywny.

A osoby chore będą mogły wrócić do pracy po 7 dniach. Bez żadnego testu.

Moja praca oczekuje mnie w poniedziałek w pracy, ale się zastanawiam, czy jednak nie poprosić o zdalne nauczanie na jeden dzień – na razie mój organizm stanowczo odmawia wejścia na rower.

A teraz muszę skończyć sprawdzanie 94 esejów i wystawić studentom oceny, Mo znowu jest skazana na bajki przez parę godzin dziennie, znowu się tym gryzę, ale nie mam wyjścia. Plan minimalny – nie ma bajek do 11 rano i musi przeczytać 2 strony książeczki.

To był ostatni odcinek serii, chyba już mogę napisać, że jestem zdrowa, choć osłabiona.

PS. Szefowa się zgodziła na zmianę planu i mam wtorki oraz piątki wolne!!!! No w sumie z tym wolne to nie przesadzałabym, ale bez zajęć w szkole, co oznacza, że w razie czego odpada problem opieki nad chorą Mo:))))) Jak bardzo jest to radosna nowina wie tylko ten, kto od pół roku ze ściśniętym sercem codziennie obserwował smarki swojego dziecka szacując, czy już musi zostać w domu, czy jeszcze się uda wysłać je do szkoły a siebie do pracy.

Dzień piąty

To już staje się nudne, czuję się coraz lepiej! Katar sobie poszedł, zostało lekkie osłabienie. Ale doszedł nowy objaw – straciłam węch, ale tylko na brzydkie zapachy. Czuję wyłącznie, jeśli coś pachnie pięknie – kawka, perfumy, kwiaty. Nie czuję nic śmierdzącego. Jest to na razie wygodne, choć to pewne utrudnienie w gotowaniu – wyciągnęłam mięso z lodówki i nie wiem, czy jeszcze ok i może poczekać do jutra, czy trzeba je natychmiast przyrządzać. (Chciałabym mieć tak ze słuchem).

Dostałyśmy wyniki, u mnie bez niespodzianki, ale Mo mnie zaskoczyła – też jest pozytywna. To naprawdę dziwna choroba – w grudniu Mo wylądowała w szpitalu z niewydolnością oddechową z powodu zwykłego przeziębienia, a teraz NIE MA ZADNYCH OBJAWÓW. Jeden dzień była bardziej marudna, ale nawet gorączki nie miała.

Zaraza dopadła i Mi i zaczyna mizernie wyglądać. Oczywiście jak to on – cały czas pracuje i nie pozwala sobie na luz. Od kiedy nam koleżanka podrzuciła test, wiemy już, że jest też pozytywny.

A zatem siedzimy w domu. Mi pracuje osobnym pokoju cały dzień, więc ja z Mo i zaczynamy już dostawać obie bzika. Znacie takie uczucie zmęczenia, kiedy musicie być z kimś 24 godziny na dobę? Nawet, jak to własne dziecko. A może przede wszystkim, bo z kimś dorosłym nie musiałabym w kółko grać w Makao;) oprócz tego mam jeszcze trochę swojej pracy i jak normalnie zabrałaby mi może z 3-4 godziny, ciągnie się teraz przez cały dzień.

Pociesza mnie tylko kawka z nowego kubeczka:

Seksistowski czy feministyczny?

Dzień czwarty

Mo marudzi, Mi pracuje z domu, a mi przechodzi katar. Zostało tylko małe osłabienie. Zero gorączki, zero kaszlu, zero innych objawów. Katar. To wszystko.

Czas się wziąć do roboty.

Dziś zrobiłam sobie dla zabawy test ze śliny, pozytywny, oczywiście. Czekamy na oficjalny wynik PCR, choć dla mnie to formalność. Ciekawa jestem Mo – śpi ze mną w jednym łóżku, przebywa 24 na dobę, a antygenowe ciągle jej wychodzą negatywne (jeden nie do końca pewny).

Ciepło. Tulipany wychodzą z ziemi. Swędzą mnie palce, żeby grabić, pielić, przesadzać, ale nie będę przesadzać. Trzeba się oszczędzać.

Specjalnie dla Takiej jednej – styczeń w Irlandii

Dostałam plan na nowe półrocze, jest piękny, a jak przychylą się do mojej prośby, to będę miała wtorek i piątek wolny, a czwartek tylko online. Odpadnie nam problem opieki nad chorym dzieckiem, bo Mi może pracować dwa dni z domu.

Dzień trzeci

Dzień trzeci przywitaliśmy bladym świtem, mimo, że była już godzina ósma. Jak to w zimie. Zza opuszczonych rolet prześwitywało blade, nieprzyjemne światło zimnego styczniowego poranka. Ale choć w łóżeczku było mi jeszcze przyjemnie ciepło, trzeba było wstawać, bo Mo kategorycznie zarządziła pobudkę. Śpimy razem, żeby nie zarażać Mi, który w związku z tym śpi w pokoju Adka.

Spało nam się zaskakująco dobrze, choć wieczorem Mo skarżyła się już na brzuszek, plecki, nóżki, główkę, właściwie wszystko ją bolało, więc spodziewałam się gorączki, albo przynajmniej ciągłego nocnego wiercenia, a tu nic.

Ja też nadal nie mam gorączki, ani kaszlu i moim jedynym objawem pozostaje katar. Może jeszcze lekkie zmęczenie i delikatne bóle mięśni, ale tak minimalne, że właściwie prowadzę normalne życie, tyle tylko, że bez wychodzenia z domu. Choć poranne pompki sobie odpuściłam, żeby nie kozaczyć, jak pisze Milagros.

Moja praca oczekuje, że za tydzień w poniedziałek pojawię się w szkole i takie też mam plany, ale zobaczymy. A tymczasem, jak tylko dostanę dodatni wynik oficjalnego testu, mogę wystąpić o covidowy zasiłek, który wynosi 350e na tydzień. Być może to jest właśnie powód dla którego tak dużo ludzi się w Irlandii testuje;D Ja się akurat lubię testować, moja dusza naukowca ma dużą frajdę, najchętniej testowałabym się codziennie i patrzyła, jak wartości sobie rosną bądź maleją.

Pojechałyśmy zatem dziś z Mo na oficjalny PCR, wynik będziemy miały jutro. Ja jestem na pewno chora, co do Mo pewności nie mam, ale w sumie byłoby dobrze gdyby była pozytywna, bo nie mam się jak od niej izolować – na pewno złapie, a im później, tym dłużej będzie musiała siedzieć w domu.

Styczeń to taki nielubiany miesiąc, w zeszłym roku nic mnie tak nie zmechaciło, jak styczeń właśnie. Zmęczony, szary, zimny, smutny, jak poranek noworoczny po upojnym balowaniu. Mimo, że nie balowałam. W styczniu nie ma na co czekać, znowu zaczyna się praca, trzeba wstawać ciemnym rankiem, a kraj odwiedzają sztormy zaczynające się na kolejne litery alfabetu: i tak Aoife, Berie, Cathy, Darragh po kolei wieją mi w oczy i sieką mi w twarz deszczem, kiedy jadę na rowerze do pracy.

Na taki właśnie styczeń zrobiłam dla Mo sweterek, który skończyłam przed świętami. Jest idealny – ciepły, mechaty, złoty, miękki i ślicznie w nim wygląda.