Coś napisz, tak dobrze ci ostatnio idzie, szepce aniołek, same nudy, szepce diabełek, po co coś takiego w ogóle w świat posyłać?
Karuzela pisze, że mężczyźni są stworzeni do pracy, ach, jak bardzo się nie zgadzam! Wszyscy jesteśmy stworzeni do pracy i do odpoczynku, do tańca i do różańca, jesteśmy równi, choć nie tacy sami:) Lubię pracować i nie oddam tego skrawka mojej wolności, rezygnuję z przedmiotów, bo dostałam w tym roku cały etat, więc nie muszę łatać budżetu domowego michałkami, jak to robiłam od lat.
Badania pokazują, że mamy, które nie pracują zawodowo częściej mają depresję, siedzenie w domu z dziećmi to przecież taki dzień świstaka przez 10 lat. Praca bardzo obciążająca emocjonalnie, ciężka i jeszcze bezpłatna. Ja jestem za absolutną równością w tym względzie: wiadomo, że jak są dzieci, ktoś musi się nimi opiekować, a instytucje nie zapewnią opieki np. w czasie choroby, więc to obowiązek mamy i taty. Po równo. Dlaczego to kobieta ma mieć mniej płacone, mniejszą emeryturę, gorsze możliwości kariery, mniej szansy na awans? Wiemy, że nierówności w obowiązkach opiekuńczych są główną przyczyną różnic w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn. Dlaczego kobieta miałaby ‚prosić’ męża o pieniądze? Przemoc ekonomiczna jest jedną z form przemocy – facet może nie uderzy, ale będzie kontrolował, ile baba wydaje. Dodatkowo, jeśli już uderzy, to ta baba, która nie pracuje, nie ma żadnych funduszy, więc nie odejdzie tak łatwo od takiego damskiego boksera. Wszystko dobrze, jak jest dobrze, ale nie żyjemy przecież w idealnym świecie. Moje starsze studentki opowiadały mi o ‚runaway fund’ – w społeczeństwie, gdzie jeszcze nie dawno normą była nie pracująca wielodzietna mama, matki córkom radziły mieć zawsze jakieś zaskórniaki, pieniądze potrzebne gdyby były zmuszone uciekać od męża. Nie zdarzało się to często, bo kobiety nie pracowały (do 1973 obowiązywał tzw. Marriage ban, czyli kobieta była zwalniana z pracy w administracji publicznej po wyjściu za mąż), nie miały doświadczenia zawodowego, nie miały wykształcenia (rodzice zniechęcali córki do pójścia na studia – to też wiem z opowieści moich studentek, które studiują dopiero teraz, w wieku 70 lat, bo zawsze chciały), nie miały prawa do własnego domu itd itp (do lat 1950 mąż mógł sprzedać dom rodzinny nawet bez wiedzy żony, nie mówiąc o jej zgodzie).
Paradoksalnie, praca daje wolność.
Dlaczego więc ’emancypantki są nieszczęśliwe’? Bo dalej tylko ich obarcza większość obowiązków domowych – kobiety częściej opiekują się dziećmi i osobami starszymi, sprzątają, piorą i gotują, nawet te, które pracują zawodowo na cały etat. Sekret tkwi nie w zrezygnowaniu z pracy zawodowej, ale w RÓWNYM PODZIALE OBOWIĄZKÓW.
Dzieci to dobro całego społeczeństwa, a państwo powinno wspierać równościowy podział obowiązków, inaczej dziewczyny nie będą chciały rodzić dzieci. Moje studentki wcale się nie palą do macierzyństwa, właśnie dlatego, że często oznacza ono koniec równości w związku. W Europie i Ameryce Północnej kobiety są lepiej wykształcone niż mężczyźni, nie będą już ‚siedzieć w domu’.
Opieka nad dziećmi jest obowiązkiem obojga rodziców. Jest dobra dla facetów – rozwija u nich empatię, przywiązanie do rodziny, odpowiedzialność, umiejętność zauważania potrzeb innych ludzi, kooperację i współpracę. Jest zatem antidotum na tzw. toksyczną męskość, która od lat prowadzi nas w stronę katastrofy ekonomicznej i ekologicznej;)
Obecnie mogę pracować z domu 2 lub 3 dni w tygodniu. Mój mąż ma o tyle łatwiej, że jego pracę można teoretycznie zawsze wykonywać z domu, więc dla niego te dwa lub trzy dni w ogóle nie powinny być problemem, podczas, gdy ja muszę być w klasie we własnej osobie. Oczywiście praca z domu z chorym dzieckiem jest najgorszą formą rodziecielkiej tortury i po jednym dniu łączenia takich dwóch etatów człowiek się czuje jak przejechany walcem. Niezależnie czy jest kobietą czy mężczyzną. Dlatego rodzice powinni móc brać zwolnienie na dziecko, tato i mama, po równo.
Dwa dni w tygodniu w domu pociągają za sobą to, że w poniedziałek muszę być w szkole od 9 do 21.30, 12 godzin (z czego dziewięć godzin wykładów), w środę podobnie. W tym czasie mój mąż odbiera Mo ze szkoły i jest z nią aż do wieczora. W trzy dni (czwartek tylko online) wyrabiam etat, czyli 20 godzin wykładów (nie licząc dalszych wielu godzin pracy w domu). A mam też weekendowe i wieczorowe zajęcia na innym uniwerku, na szczęście tylko online (z części których właśnie zrezygnowałam). We wtorek ja odbieram Mo wcześnie ze szkoły i jestem z nią sama do piątej. W piątek również.
Czy mnie to męczy? Oczywiście. Życie jest męczące. Ale zwariowałabym, gdybym nie pracowała. Byłabym zgorzkniałą, zawiedzioną, rozczarowaną, smutną, złośliwą zołzą, wyżywającą się na wszystkich młodych matkach i niematkach. Lubię chodzić do pracy (mimo, że nie lubię wstawać rano), lubię zarabiać pieniądze, lubię mieć wyzwania, lubię przebywać między dorosłymi ludźmi, elegancko wyglądać i pić biurową kawę.
Gdyby mnie mąż zostawił, spokojnie bym utrzymała siebie i dziecko. (Choć on zarzeka się, że w życiu nie oddałby mi dziecka).
Zarabiam teraz dokładnie tyle samo, co mój mąż. Nie mam żadnych przerw i dziur w CV. Odkładam na swoją emeryturę. Wyżywam się na studentach;)