Jest coraz wyraźniej

Wigilijna noc była ciężka. Żółw Zenon nic nie powiedział, za to Mo świszczała i rzęziła przez pół nocy i od trzeciej rano spała tylko na mnie, na siedząco, bo tak lepiej jej się oddychało. Ale nie pogarszało się i wraz z nadejściem poranka powoli, powoli zaczęła z tego wychodzić. Tym razem nie było tragedii, choć inhalatory nie mają aż takiej magicznej mocy na jaką liczyłam.

Jest na tyle dobrze, że jutro lecimy do Polski.

Od tygodnia wyjazd wisiał na włosku z tysiąca i jeden powodów: a może będzie lockdown, a może Mo będzie chora, a może ja się rozchoruję, jeszcze we wtorek dostaliśmy smsa od mamy Joanki, z którą się AKURAT widzieliśmy w niedzielę, kiedy właśnie po dwóch tygodniach siedzenia w domu, albo w szpitalu, wybraliśmy się pierwszy raz na urodziny koleżanki z klasy do parku, a potem z Joanką, najlepszą przyjaciółką Mo i jej rodzicami na kawkę i ciastko, no więc dostaliśmy wiadomość, że mieli lecieć do Hiszpanii (właściwie do Katalonii, bo mama Katalonka) ale mamie wyszedł pozytywny test, a jeszcze miała z kimś tam chorym kontakt i dupa blada. Nie lecą. A zatem nasz wyjazd też zaczął coraz bardziej być niewyraźny, jak w tej reklamie rutinoscorbinu. Tym bardziej, że Mo przecież zaczynała ‚mieć objawy’, wprawdzie tylko zwykły katar, ale ‚a może to covid?’ wisiało w powietrzu jak siekiera w pokoju pełnym palaczy. I choć w czwartek nowa wiadomość, że mama Joanki jednak nie ma covida, bo PCR nie potwierdził, nie zmieniło to faktu, że Mo zaczynała się ze swoją chorobą rozkręcać i wyjazd niewyraźniał coraz bardziej.

Ale się udało, zapominam więc o trudnościach i oddaję się Reisefieber.