Mam taki wstydliwy sekret: w tym szpitalu było mi całkiem dobrze. Dawno tak dobrze nie spałam – z córeczką w małym dziecięcym łóżeczku, z maszyną, która robi ping, kroplówką i inhalacjami, a jednak. Spałam jak dziecko, jakby ktoś ze mnie zdjął tę nieustającą odpowiedzialność za dobrostan, zdrowie i życie mojej progenitury. Miałam piękne sny, koleżanka która popełniła samobójstwo odnalazła się na wsi gdzieś na Roztoczu, na granicy polsko-ukraińskiej, ‚P mnie uratował’, powiedziała ‚teraz mam takie życie i jestem szczęśliwa’.
Szpital to była taka przerwa w nieustającym biegu przez płotki, taki wymuszony czas na zwolnienie tempa, bo oprócz pierwszej doby, kiedy naprawdę się o dziecko martwiłam, reszta tygodnia to sanatorium.
Jedzenie podstawione pod nos, Mo zaopiekowana zdrowotnie, pracą przestałam się przejmować, bo cóż mogłam zrobić? W środę odwołałam zajęcia, Mi był w pracy, w czwartek i piątek Mi wziął wolne, a ja poszłam do pracy. Ze spokoją głową, że Mi jest z Mo, a w razie czego ma cały sztab pielęgniarek i lekarzy. I sprzątaczek i kucharek. Salowych. Woźnych.
Mo też było dobrze w szpitalu. W czwartek odwiedził nas Mikołaj i Mo dostała mnóstwo prezentów, siedziała sobie w łóżku i rysowała, układała, oglądała bajki, mama, tato i pielęgniarki na każde żądanie, czegóż chcieć więcej. Do tego stopnia, że kiedy przyszła wieczorem pielęgniarka zmienić jej wenflon przynieść jej zamówione soczki jabłkowe (których nie pozwalamy pić w domu), Mo cała się rozmarzyła ‚I wish my home was like the hospital’ (chciałabym, żeby mój dom był jak ten szpital’).