Dzień przed Wigilią.

Apogeum chaosu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy w końcu nie zostać feministką w praktyce, a nie tylko w teorii, i pieprznąć to całe okołoświąteczne sprzątanie, bo przez cały ten tydzień czułam się jakbym była spóźniona ze wszystkim, z życiem, ze Świętami, z odbieraniem Mo, która to Mo poszła do szkoly na trzy dni i oczywiście jest chora, ze sprawdzaniem prac, bo znowu naobiecywałam studentom od trzech tygodni i o północy w poniedziałek dopiero im wystawiłam oceny. Ale to tylko 1/5 a może nawet 1/6 całości, co mnie zupełnie załamało we wtorek, kiedy okryłam, że mam w sumie 94 wypociny do sprawdzenia, a ja ledwie co 16 pierwszych, męczonych od dwóch tygodni wrzuciłam.

Ale, po sprzątnięciu szafki pod zlewem, a przed szorowaniem drzwiczek od szafek kuchennych, wycierając malutki witrażyk z niebieskim aniołkiem, stwierdziłam, że nie. Nie muszę nie sprzątać, żeby być feministką. Mąż wymył łazienkę.

Mo chora. To znaczy przeziębiona. Zawsze zaczyna się tak samo – katarem i ogólnym osłabieniem, a potem przechodzi w świszczenie i rzężenie, a potem bujamy się całą noc na siedząco i boję się, że się udusi, ale tym razem mamy inhalatory oraz nadzieję, że zadziałają i moja córka po raz pierwszy w życiu będzie miała NORMALNE PRZEZIĘBIENIE i po czterech dniach katar jej przejdzie, alleluja! Jutro się okaże.

Wszystkiego dobrego, kochane, na Święta, żebyście je spędziły, tak, jak lubicie, z tym, których kochacie.