Mo w szpitalu.

Zaczeło się jak zwykle katarem w sobote, lekką gorączką w nocy, w niedzielę już pokasływała, dla pewności pojechaliśmy zrobić test, nie wydawało mi się to TYM wirusem, ale w razie czego dobrze mieć wynik, bo bez tego bedą wszystko zwalać na covida i się prawdziwemu problemowi nie przyjrzą.

W poniedziałek ja cały dzień w pracy, a z nią było już gorzej, była słaba i trudno było jej oddychać, bardzo świszczało. Choć nie wyglądało to dużo gorzej niż jej zwykłe Vaderowanie, o którym już nie raz pisałam, spędzenie kolejnej nocy na bujaniu i nasłuchiwaniu, czy już jechać na pogotowie, czy jeszcze nie trzeba, umierając ze strachu z każdym jej oddechem, przerosło mnie tym razem. Pomyślałam, że może dobrze, że zobaczą ją lekarze w trakcie tego epizodu, może warto poczekać te siedem godzin na pogotowiu.

Na pogotowiu przyjęli nas od razu. Pielegniarka przyjmująca tylko zobaczyła ją świszczącą i bladą i wezwała pomoc, natychmiast położyli ją na łóżko, przypięli do kroplówki i tlenu.

I wtedy się przestraszyłam. Jakby kazali nam czekać w nieskończoność, nie zaczeabym się tak bardzo bać.

Spędziliśmy na tym łóżku następne 8 godzin, pod kroplówką i tlenem, z ciągłym monitoringiem akcji serca, pracy płuc i innych parametrów, których medyczne skróty już nic mi nie mówiły. Wlali w nią parę litrów kroplówek ze sterydami, dostała sterydy w płynie, tlen i inhalacje rozszerzające oskrzela. Widziało ją z pięciu lekarzy, a kiedy zawołali lekarza z OIOMu przestraszyłam się po raz drugi. Powiedzieli mi, że nie bardzo odpowiada na leczenie i jak stan się nie zacznie poprawiać, będą musieli ją przyjąć na OIOM. Ale na razie czekamy, jest przytomna i w kontakcie, więc można czekać.

Rano zadecydowali o przyjęciu do szpitala, na szczęście na zwykły oddział bo nadal jej w płucach świszczało. Pytali się mnie, czy zdarzyło się to pierwszy raz i nie chcieli uwierzyć, że przechodziła już takie akcje mnóstwo razy. I że wychodziłą z tego bez żadnych leków, a nigdy nie trwało to dłużej niż trzy dni, przy czym na drugi dzień była widoczna wyraźna poprawa.

Zaczęłam wątpić w moją ocenę sytuacji. A może tym razem było to dużo poważniejsze?

Tak czy siak, nadal jesteśmy w szpitalu. Mo nadal dostaje tlen, sterydy i inhalacje. Mamy nadzieję wyjść przed końcem tygodnia.

A najciekawsze jest, co zdiagnozowali.

Otóż nic szczególnego.

Nie jest to zapalenie oskrzeli, nie mogą też na razie powiedzieć, ża astma. Po prostu nadreaktywne oskrzele. Niektóre dzieci tak mają. Podobno.

Kiedy organizm na każdego wirusa zwykłago wirusa przeziębienia reaguje od razu bombą atomową.