Siedzimy sobie z mamcią w domu (bo straszne upały) i się opiekuję. Opiekowanie się staruszkami to bajka, mamcia sobie drzemie, a ja czytam książkę. Opiekowanie się niemowlakami i dziećmi jest stanowczo przereklamowane, staruszki nie drą ryja jak się obudzą, nie trzeba za nimi biegać i wymyślać atrakcji, nie trzeba odpowiadać na 100 pytań, dać sobie malować paznokcie/włosy/oczy/ręce, przyklejać brokat, robić lampion z kartonu i tak dalej.
Wieczorem mam wychodne, bo tato wraca z działki, a mama idzie spać.
Byłam w teatrze! Dostałam od przyjaciółki bilet na galę Przeglądu Piosenki Aktorskiej w reżyserii Klaty. Byłam zachwycona i nie wiem, czy dlatego, że rzeczywiście było takie dobre, czy dlatego, że nie byłam w teatrze prawie dwa lata. Tęskniłam bardzo.
Chodzę na spacery z mamą, pół godziny wokół bloku, a po południu sama do parku i na kawkę i pogaduchy. Byłam na imprezie. Czytam książki. I gadam.
W Polsce pięknie pachnie. Przez ostatni tydzień (prawie) chodziłam i wąchałam, jaśmin, akacja i wiewiemco, ale piękne. Dopóki mogłam, bo dziś zaczęło się uczulenie.
Co chwila mam wyrzuty sumienia, że mam taki luz, a tam w Irl, akurat jak wyjechałam, ognisko korony w klasie Mo, dzieci zostały wysłane do domu na kwarantanne, a do tego wszystkiego przyplątała się grypa żołądkowa (bo pierwszy test nie wykazał covida). A zatem Mo nie chodzi do szkoły, na szczęście lepiej się czuje, ale marudziła tacie ostro przez pierwsze dni – budziła go w nocy, żeby brzuszek masował.
Niestety, wróciły mi objawy RZS, bo przez ciążę odstawiłam dietę – bałam się niedoborów i nie czułam co mi szkodzi (ciąża obniża reaktywność, więc również łagodzi objawy). Siostra mi znalazła podobno fantastyczną dietetyczkę, z podejściem naukowym, specjalizującą się w leczeniu chorób autoimmuno dietą. Potwornie droga, ale liczę, że sobie poradzi z ustawieniem diety uwzględniając wszystkie moje wariactwa (nie jem mięsa). Po pierwszych konsultacjach nabrałam do niej dużego zaufania, teraz czekam na rozpisanie diety.






