Chodząc w kółko po korytarzu

Jak byłam mała, to za dużo czytałam. Czytałam w domu – przy obiedzie (największy smakołyk to smażone ziemniaczki posypane koperkiem i książka, podparta byle czym), w łóżku (z latarką pod kołdrą), na wersalce (bo nie było jeszcze sof), w kuchni, i oczywiście w toalecie, gdzie mogłam się oddawać czytaniu do woli, dopóki nikt nie chciał siku. Co zwykle nie trwało zbyt długo, bo było nas w domu pięcioro. Jak nie miałam co czytać, to brałam opakowania i instrukcje obsługi. Skład proszku do prania albo do pieczenia. Instrukcja używania wiertarki czy składania roweru. Wszystko dobre, by zaspokoić nałóg.

Mama skończyła matematykę, a tato cybernetykę. W Moskwie. W domu nie było prawie żadnej literatury – jedyna biblioteczka zawierała podręczniki do matmy i fizy. Po rosyjsku. Wśród opasłych tomiszcz pisanych nie dość że cyrylicą, to jeszcze matematyczną cyrylicą, zaplątane były jedynie nieliczne, cieniutkie książeczki science-fiction, które do dziś darzę sentymentem (na przykład taka cudowna seria Stało się Jutro).

Czytanie literatury pięknej było w domu uważane za słabość.

Niebo czekało na mnie u babci, bo dziadek miał ogromną bibliotekę i nikomu się nie chciało mnie za bardzo kontrolować, więc mogłam czytać do woli. Dziadek interesował się drugą wojną światową i Holokaustem, oraz wyznawał pogląd, że jak jestem wystarczająco duża, żeby mnie coś interesowało, to jestem również wystarczająo duża, żebym sobie z tym (emocjonalnie) poradziła. W latach osiemdziesiątych nie było to kontrowersyjne podejście do wychowania, więc w wieku jedenastu lat przeczytałam całą dostępną literaturę obozową, pamiętam szczególnie Dymy nad Birkenau.

Czytałam też w szkole. Na lekcjach miałam książkę na kolanach, pod ławką, dopóki nauczyciel się nie zorientował. Na przerwach musieliśmy chodzić w kółko po korytarzu, więc trzymałam otwartą książkę przed sobą, czytałam, starając się nie potknąć i nie wywrócić. Nauczyciele, jak klawisze, pilnowali, żeby nikt nie stał przy oknie.

Czytanie w szkole było jak wytrawny paradoks: szkoła zachęcała do czytania, ale tak, żeby jednak tego za bardzo nie polubić. Na lekcji można było czytać, ale baaaaardzo woooooolno i tylko to, co klasa, nie można było czytać do przodu, ani niczego innego, niż to, co akurat przerabiane, za to na przerwie można było czytać co się chce, ale tylko, jak się równocześnie chodziło w kółko po korytarzu. Najfajniej było na wuefie, kiedy się miało zwolnienie, bo można było siedzieć w szatni i czytać przez całą godzinę! Do dziś zapach spoconych chińskich tenisówek kojarzy mi się z intelektualną rozkoszą.

Skutkiem tych wszystkich wymyślnych utrudnień, czytanie stało się dla mnie zakazaną przyjemnością, słabością, nałogiem, czymś, z czym trzeba walczyć i się zmagać, widocznym znakiem słabej silnej woli.

Nurzałam się w tej rozkoszy z ogromnym poczuciem winy, że tracę czas, że marnuję życie, że nic dobrego z tego nie będzie. Przechytrzeniem systemu było czytanie tzw. książek naukowych, podręczników, czy literatury popularno-naukowej. Jak byłam starsza, polubiłam książki po angielsku, bo to nie było czytanie, tylko ‚uczenie się języka’ i mogłam to robić bez wyrzutów sumienia, ale niestety od jakiegoś czasu pisany angielski stał się dla mnie przeźroczysty i wygląda na to, że będę musiała się przerzucić na jakiś inny język. Może norweski?

Kiedy zatem ludzie na blogach (insta albo innym fb) z dumą pokazują stosiki książek (albo – tfu!- kryminałów, bo to nie książki przecież, Nesbo przeczytałam w tajemnicy nawet przed samą sobą), które przeczytali, albo zamierzają przeczytać, to NIE MOGĘ SIĘ NA TO PATRZEĆ.

To jakby chwalić się zestawem FLASZEK, KTÓRE SIĘ WYPIŁO. Albo zamierza.

Wstydziliby się!

Kazałabym im wszystkim czytać po norwesku, chodząc w kółko po korytarzu pomalowanym na szkolny seledyn!