Ale wyrwałam wczoraj godzinkę słońca, chyba z oka cyklonu, właściwie prawie półtorej godziny w przerwach między wianiem i laniem, w słońcu w ogrodzie z moją Mo, gdzie siałyśmy i sadziłyśmy i podlewałyśmy.
Chciałam trochę z nią pobyć, ze wszystkich sił staram się pozbyć tego okropnego, ekonomicznego podejścia, że najważniejsze jest wykonanie pracy, jak najszybciej i jak najlepiej.
Staram się teraz być z moim dzieckiem.
A wiecie, że jest to trudne? Bo wkłada sadzonki kapusty nie tak, jak trzeba, bo podlewa roślinki zbyt silnym strumieniem wody, bo sypie mi ziemię na głowę (przypadkowo!), bo źle sieje nasionka. Człowiek ma co chwilę ochotę wyrwać te nasionka/wąż ogrodowy/sadzonki kapusty i szybko i DOBRZE zrobić co trzeba samemu. Ale się bardzo staram uspokajać, bo przecież NAJWAŻNIEJSZE jest właśnie to, że robimy coś razem, że mi pomaga, że to NASZ fajny czas, a nie to, czy ta cholerna kapusta w ogóle wyrośnie. W Lidlu można ją kupić za 70 centów.
Ten ostatni rok (a właściwie dwa!) wymagał od nas bardzo wiele i fajnie, że daliśmy radę, zawalczyliśmy o naprawdę ważne sprawy. Ale rok ten również wiele zabrał, głównie czasu z rodziną. Zwłaszcza Mo była puszczona samopas z elektroniczną niańką, nie mam wątpliwości, że będzie to miało JAKIEŚ negatywne skutki. Staram się nie zanurzać w moim – zawsze obecnym – czarnym morzu poczucia winy, bo wiem, że innego wyjścia nie było, szczególnie, że mieliśmy nie tylko bardzo wymagające studia M, ale i światową pandemię i nawet szkoły trochę te dzieci olały. Nie dało się inaczej.
Ale uświadamia mi to, że każdy sukces ma swoją cenę. A w dodatku najczęściej płacą ją najsłabsi i najmniejsi, bo najłatwiej im coś zabrać. Mo miała tego czasu z nami – wbrew pozorom! wbrew siedzeniu w domu! – naprawdę niewiele – nie było wspólnych spacerów, wyjazdów, wycieczek, mało spotkań rodzinnych, w ogóle mało wspólnych aktywności. Do tego prawie żadnych zajęć po szkole. Żadnych zajęć muzycznych, zero sportu. Bardzo mało wspólnego ze mną pieczenia czy sadzenia, bo ciągle musiałam pracować. Na okrągło.
Postanawiamy sobie z Mi już nigdy nie mieć takich ambitnych planów. No, chyba, że dzieci już będą duże;)