przeciwko bombardowaniu Gazy przez Izrael, ogranizatorzy odwołali demonstrację, bo nie dostali zgody przez Covid i nie chcieli wchodzić w konflikt z władzami, ale związek studencki stwierdził, że ma to gdzieś i i przejął protest.
Z Mo można wszędzie, trzeba jej tylko obiecać lody i dotrzymać słowa.
Pojechaliśmy na rowerach, świeciło piękne słońce, pomaszerowaliśmy pod ambasadę Izraela, trochę pokrzyczeliśmy (ja się wstydziłam, ale nie tak bardzo, jak wtedy, kiedy w biały dzień i na trzeźwo trzeby było krzyczeć WYPIERDALAĆ), a potem mieliśmy iść sobie do parku. Ale najpierw oczywiście po loda, zaczęło się chmurzyć, Mo wybrała sobie największego, jaki był w sklepie. Mieliśmy z poczuciem dobrze wypełnionego obywatelskiego obowiązku posiedzieć sobie w parku, może kupić sobie w nagrodę jakieś jedzenie na wynos, ale zaczęło padać, Mo lizała loda, a nam się plany zawiesiły, bo było coraz bardziej mokro i nieprzyjemnie, a ona lizała i lizała, bo lód był jak wiadomo ogromny, a my pod jakąś markizą, z rowerami i znajomymi blokowaliśmy chodnik i czekaliśmy, jak przestanie padać, albo lód się skończy, ale był to przecież największy lód w sklepie i w końcu w strugach deszczu, z połową loda, na rowerach pojechaliśmy z powrotem te 10 km do domu.
Jutro biegam.
Biega mi się coraz lepiej, ostatnio 9 km i tempo jakiego nie widziałam od pięciu lat, aż się sama zdziwiłam (6.13 km, wiem, że dla niektórych to słabo, ale dla mnie mocno;). Mam wrażenie, że to dieta działa, schudłam w sumie cztery kg z czego jeden odzyskałam, ale czuję się fantastycznie.
Choć prawdę mówiąc od dwóch miesięcy trochę sobie poluzowałam, bo byłam w ciąży no i w ciąży musiałam zacząć jeść nabiał, no bo wapń jak wiadomo, a że w ciąży ma się obniżoną odporność, to mój system immunologiczny się uspokoił i stan zapalny mi się nie pogarszał i nie czułam, czy mi coś szkodzi.
Ze wszystkich zaleceń nadal bardzo restrykcyjnie pilnuję nie jedzenia glutenu, ale w sumie jem ogólnie bez szaleństw, sałaty z olejem lnianym, warzywa, owoce, nie jem ziemniaków i pomidorów, ostrożnie z papryką i orzechami, kasze też nie za często. Ale jem nabiał, choć wydaje mi się, że jednak nie powinnam, bo trochę jednak palce zaczynają mi puchnąć ostatnio, choć takiego stanu zapalnego jak w grudniu, to nie miałam. Czyli działa. Ale powinnam podejść do tego naukowo i systematycznie, a nie tak na spontanie wprowadzać na co mam właśnie ochotę, no ale. Wiadomo.
Odkryłam ideał obiadowy, wiem, możecie się śmiać, ale to jest obiad perfekcyjny. Kiedyś z Mi ochrzciliśmy go ‚zupą ratującą życie’, bo kiedy się przychodzi zziębniętym i przemoczonym ze szkoły lub pracy, to taka zupa ni mniej ni więcej tylko właśnie ratuje życie. A zatem od czterech miesięcy jemy w kółko zupę na kapuście, co przychodzi Renia to aż mi głupio, że znowu ta zupa, no ale to mój dom i mój obiad i jak tu nie jeść zupy, która (1) jest bardzo zdrowa, (2) Mo ją lubi i nie marudzi (3) robi się dwadzieścia minut, więc jest u nas CODZIENNIE, naprawdę, możecie nas odwiedzić, i na pewno traficie na zupę, marchewka, kapusta, pora, pietruszka, cebula, seler, może być też kalafior, ostatnio był i też było spoko. Do zupy dorzucam rosołek, albo nawet dwa, ale niby taki lepszy, bez chemikaliów (choć pewnie się oszukuję), lubczyk, sól i pieprz, do tego smażę cebulę na oliwie. I natka pietruszki, natka pietruszki jest najważniejsza, jest czymś, co zmienia po prostu dobrą zupę w taką, którą możesz jeść codziennie. Mo i Mi z makaronem, a ja z ryżem, choć ostatnio odkryłam makaron bezglutenowy w Aldkiu i tak jak nie jestem fanem makaronu (a Mo sprzedałaby pół królestwa za spaghetti), to przez tydzień się zajadałam. Ale już mi przeszło, jutro znowu będzie z ryżem.
A co u was na obiad?