Przed wakacyjną przerwą ostatnia prosta w pracy ciągnie się jak guma. Osiem prac licencjackich, ostatnie zagubione gdzieś oceny. Pogoda się poprawiła i jest choć trochę słońca, ale ciągle jeszcze włączam rano ogrzewanie, bo zimno.

Z Polski dobre wiadomości: mama czuje się bardzo dobrze, szczepienia idą jak burza, zgony spadają, Lewicy trochę w sondażach podskoczyło, a KO spadło. W obozie władzy prezes NIK Banaś donosi do prokuratury na premiera Morawieckiego:D Ziobro tylko czeka na taką okazję, bo od dawna bardzo chciałby napluć Kaczyńskiemu do zupy. Platforma wymyśla kombinacje alpejskie przez lewe ucho Gowina, które miałyby doprowadzić do upadku rządu, a najprawdopodobniej doprowadziłyby tylko do uwalenia funduszów z Unii. Platforma się dziwi, że Lewica nie głosuje zgodnie z jej, Platformy, interesem (a przeciwko interesowi ogółu). Kino za darmo, jak się mówiło na moim podwórku.

Wyrażnie widać powolny rozkład platformersów i wygląda na to, że młode pokolenie ma poglądy zbliżone do moich. Okazuje się, że jesteśmy z M awangardą: światopoglądową i gospodarczą;), ale zdaję sobie sprawę, że nie każdy może być lewakiem, weganem i cyklistą.

Chodząc w kółko po korytarzu

Jak byłam mała, to za dużo czytałam. Czytałam w domu – przy obiedzie (największy smakołyk to smażone ziemniaczki posypane koperkiem i książka, podparta byle czym), w łóżku (z latarką pod kołdrą), na wersalce (bo nie było jeszcze sof), w kuchni, i oczywiście w toalecie, gdzie mogłam się oddawać czytaniu do woli, dopóki nikt nie chciał siku. Co zwykle nie trwało zbyt długo, bo było nas w domu pięcioro. Jak nie miałam co czytać, to brałam opakowania i instrukcje obsługi. Skład proszku do prania albo do pieczenia. Instrukcja używania wiertarki czy składania roweru. Wszystko dobre, by zaspokoić nałóg.

Mama skończyła matematykę, a tato cybernetykę. W Moskwie. W domu nie było prawie żadnej literatury – jedyna biblioteczka zawierała podręczniki do matmy i fizy. Po rosyjsku. Wśród opasłych tomiszcz pisanych nie dość że cyrylicą, to jeszcze matematyczną cyrylicą, zaplątane były jedynie nieliczne, cieniutkie książeczki science-fiction, które do dziś darzę sentymentem (na przykład taka cudowna seria Stało się Jutro).

Czytanie literatury pięknej było w domu uważane za słabość.

Niebo czekało na mnie u babci, bo dziadek miał ogromną bibliotekę i nikomu się nie chciało mnie za bardzo kontrolować, więc mogłam czytać do woli. Dziadek interesował się drugą wojną światową i Holokaustem, oraz wyznawał pogląd, że jak jestem wystarczająco duża, żeby mnie coś interesowało, to jestem również wystarczająo duża, żebym sobie z tym (emocjonalnie) poradziła. W latach osiemdziesiątych nie było to kontrowersyjne podejście do wychowania, więc w wieku jedenastu lat przeczytałam całą dostępną literaturę obozową, pamiętam szczególnie Dymy nad Birkenau.

Czytałam też w szkole. Na lekcjach miałam książkę na kolanach, pod ławką, dopóki nauczyciel się nie zorientował. Na przerwach musieliśmy chodzić w kółko po korytarzu, więc trzymałam otwartą książkę przed sobą, czytałam, starając się nie potknąć i nie wywrócić. Nauczyciele, jak klawisze, pilnowali, żeby nikt nie stał przy oknie.

Czytanie w szkole było jak wytrawny paradoks: szkoła zachęcała do czytania, ale tak, żeby jednak tego za bardzo nie polubić. Na lekcji można było czytać, ale baaaaardzo woooooolno i tylko to, co klasa, nie można było czytać do przodu, ani niczego innego, niż to, co akurat przerabiane, za to na przerwie można było czytać co się chce, ale tylko, jak się równocześnie chodziło w kółko po korytarzu. Najfajniej było na wuefie, kiedy się miało zwolnienie, bo można było siedzieć w szatni i czytać przez całą godzinę! Do dziś zapach spoconych chińskich tenisówek kojarzy mi się z intelektualną rozkoszą.

Skutkiem tych wszystkich wymyślnych utrudnień, czytanie stało się dla mnie zakazaną przyjemnością, słabością, nałogiem, czymś, z czym trzeba walczyć i się zmagać, widocznym znakiem słabej silnej woli.

Nurzałam się w tej rozkoszy z ogromnym poczuciem winy, że tracę czas, że marnuję życie, że nic dobrego z tego nie będzie. Przechytrzeniem systemu było czytanie tzw. książek naukowych, podręczników, czy literatury popularno-naukowej. Jak byłam starsza, polubiłam książki po angielsku, bo to nie było czytanie, tylko ‚uczenie się języka’ i mogłam to robić bez wyrzutów sumienia, ale niestety od jakiegoś czasu pisany angielski stał się dla mnie przeźroczysty i wygląda na to, że będę musiała się przerzucić na jakiś inny język. Może norweski?

Kiedy zatem ludzie na blogach (insta albo innym fb) z dumą pokazują stosiki książek (albo – tfu!- kryminałów, bo to nie książki przecież, Nesbo przeczytałam w tajemnicy nawet przed samą sobą), które przeczytali, albo zamierzają przeczytać, to NIE MOGĘ SIĘ NA TO PATRZEĆ.

To jakby chwalić się zestawem FLASZEK, KTÓRE SIĘ WYPIŁO. Albo zamierza.

Wstydziliby się!

Kazałabym im wszystkim czytać po norwesku, chodząc w kółko po korytarzu pomalowanym na szkolny seledyn!

Cudowne dziecko dwóch pedałów

Mo wczoraj wsiadła na rower i pojechała. Po raz pierwszy w życiu. Po prostu wsiadła i pojechała i muszę to zapisać dla potomności, bo myśleliśmy, że będziemy ją uczyć i potrzebować kija od szczotki z tyłu i pocieszać po upadkach i będzie to trwało i trwało.

A ta wsiadła i pojechała, i skręca i obraca się do nas na luzaku. I startuje i zatrzymuje się.

Poszliśmy poprotestować

przeciwko bombardowaniu Gazy przez Izrael, ogranizatorzy odwołali demonstrację, bo nie dostali zgody przez Covid i nie chcieli wchodzić w konflikt z władzami, ale związek studencki stwierdził, że ma to gdzieś i i przejął protest.

Z Mo można wszędzie, trzeba jej tylko obiecać lody i dotrzymać słowa.

Pojechaliśmy na rowerach, świeciło piękne słońce, pomaszerowaliśmy pod ambasadę Izraela, trochę pokrzyczeliśmy (ja się wstydziłam, ale nie tak bardzo, jak wtedy, kiedy w biały dzień i na trzeźwo trzeby było krzyczeć WYPIERDALAĆ), a potem mieliśmy iść sobie do parku. Ale najpierw oczywiście po loda, zaczęło się chmurzyć, Mo wybrała sobie największego, jaki był w sklepie. Mieliśmy z poczuciem dobrze wypełnionego obywatelskiego obowiązku posiedzieć sobie w parku, może kupić sobie w nagrodę jakieś jedzenie na wynos, ale zaczęło padać, Mo lizała loda, a nam się plany zawiesiły, bo było coraz bardziej mokro i nieprzyjemnie, a ona lizała i lizała, bo lód był jak wiadomo ogromny, a my pod jakąś markizą, z rowerami i znajomymi blokowaliśmy chodnik i czekaliśmy, jak przestanie padać, albo lód się skończy, ale był to przecież największy lód w sklepie i w końcu w strugach deszczu, z połową loda, na rowerach pojechaliśmy z powrotem te 10 km do domu.

Jutro biegam.

Biega mi się coraz lepiej, ostatnio 9 km i tempo jakiego nie widziałam od pięciu lat, aż się sama zdziwiłam (6.13 km, wiem, że dla niektórych to słabo, ale dla mnie mocno;). Mam wrażenie, że to dieta działa, schudłam w sumie cztery kg z czego jeden odzyskałam, ale czuję się fantastycznie.

Choć prawdę mówiąc od dwóch miesięcy trochę sobie poluzowałam, bo byłam w ciąży no i w ciąży musiałam zacząć jeść nabiał, no bo wapń jak wiadomo, a że w ciąży ma się obniżoną odporność, to mój system immunologiczny się uspokoił i stan zapalny mi się nie pogarszał i nie czułam, czy mi coś szkodzi.

Ze wszystkich zaleceń nadal bardzo restrykcyjnie pilnuję nie jedzenia glutenu, ale w sumie jem ogólnie bez szaleństw, sałaty z olejem lnianym, warzywa, owoce, nie jem ziemniaków i pomidorów, ostrożnie z papryką i orzechami, kasze też nie za często. Ale jem nabiał, choć wydaje mi się, że jednak nie powinnam, bo trochę jednak palce zaczynają mi puchnąć ostatnio, choć takiego stanu zapalnego jak w grudniu, to nie miałam. Czyli działa. Ale powinnam podejść do tego naukowo i systematycznie, a nie tak na spontanie wprowadzać na co mam właśnie ochotę, no ale. Wiadomo.

Odkryłam ideał obiadowy, wiem, możecie się śmiać, ale to jest obiad perfekcyjny. Kiedyś z Mi ochrzciliśmy go ‚zupą ratującą życie’, bo kiedy się przychodzi zziębniętym i przemoczonym ze szkoły lub pracy, to taka zupa ni mniej ni więcej tylko właśnie ratuje życie. A zatem od czterech miesięcy jemy w kółko zupę na kapuście, co przychodzi Renia to aż mi głupio, że znowu ta zupa, no ale to mój dom i mój obiad i jak tu nie jeść zupy, która (1) jest bardzo zdrowa, (2) Mo ją lubi i nie marudzi (3) robi się dwadzieścia minut, więc jest u nas CODZIENNIE, naprawdę, możecie nas odwiedzić, i na pewno traficie na zupę, marchewka, kapusta, pora, pietruszka, cebula, seler, może być też kalafior, ostatnio był i też było spoko. Do zupy dorzucam rosołek, albo nawet dwa, ale niby taki lepszy, bez chemikaliów (choć pewnie się oszukuję), lubczyk, sól i pieprz, do tego smażę cebulę na oliwie. I natka pietruszki, natka pietruszki jest najważniejsza, jest czymś, co zmienia po prostu dobrą zupę w taką, którą możesz jeść codziennie. Mo i Mi z makaronem, a ja z ryżem, choć ostatnio odkryłam makaron bezglutenowy w Aldkiu i tak jak nie jestem fanem makaronu (a Mo sprzedałaby pół królestwa za spaghetti), to przez tydzień się zajadałam. Ale już mi przeszło, jutro znowu będzie z ryżem.

A co u was na obiad?

Okno na poddaszu

Salmiaki pokazała swoje okno z chmurkami jak z Magritta

The infinite recognition, 1963 - Rene Magritte
The Infinite Recognition

Marzę o pokoju na poddaszu, śnię o niebie Margritta nad bezkresnym błękitnym morzem.

Kiedyś zrobię sobie poddasze i całe je wykleję tapetą w chmurki. Będzie całe moje, nie będę musiała dzielić łóżka z Mi, Mo i Bobbym, któremu tak się u nas w domu podobało, że Mo zaprosiła go do naszego łóżka, jeszcze trochę, a będę musiała spać w dziurze pod ścianą;)

Korzyści z posiadania dorosłego syna

z dodatkowym bonusem w postaci dziewczyny z samochodem są takie, że wzięli Mo nad morze w sobotę. Wprawdzie dopiero po 16, bo kto wstaje przed drugą w sobotę, prawdaż, ale darowanemu koniowi i tak dalej, choć oczywiście Mi zaglądał w te zęby i zaglądał i wychodziło mu, że jest już bardzo stary. No ale.

Mo bardzo ucieszona, bo uwielbia morze i jeszcze z Adkiem i Renią to po prostu czysta zabawa. Biegali po skałach i nawet się kąpali. Jedli pizzę. No i w ogóle, muza w samochodzie i szaleństwo.

Taki bonus w postaci wolnego wieczoru postanowiłam oczywiście spędzić na pracy, bo się nie wyrabiam, i bieganiu, bo rzadko mamy okazję razem. Ale Mi, który codziennie odwozi Mo do szkoły na rowerze i często też przywozi, więc aktywności fizycznej mu nie brakuje, mówi do mnie ‚Wiesz, mam taką ochotę w sumie na jakiś fajny spacer, nie wiem, czy chce mi się dziś biegać, no i w ogóle dawno razemi nigdzie nie byliśmy” i od słowa do słowa pojechaliśmy do miasta na rowerach, na fantastycznego wegańskiego kebaba i gyrosa. Gyros wegański i w dodatku bez glutenu. Poezja!

Knajpa nazywa się Sova Butcher i już zdobyła sławę w kręgach wariatów (wegańskich), nasza znajoma swego czasu wrzucała posty na fb, że się uzależniła od wegańskich kebabów, a potem odkryliśmy, że właścicielem jest Polak, pan Sowa, bardzo miły facet.

Kiedyś bywaliśmy tam częściej, bo mieszkaliśmy w okolicy. Nadal bardzo lubię tę część miasta, taka studencka, hipsterka i artystowska, pełna wschodnich knajp, galerii i kawiarni. Trochę snobistyczna też, oczywiście.

A miasto pijane. Majem, słońcem, po bardzo długiej zimie, odmrażaniem gospodarki i oczywiście alkoholem. Knajpy nadal zamknięte, ale mogą sprzedawać na wynos i ludzie z tymi piwami, drinkami i kieliszkami wina na ulicach, na skwerkach, na murkach, na kocach i po prostu na krawężniku. Studenci właśnie skończyli ostatnie egzaminy, poskładali prace i stęskinieni za drugim człowiekiem wylegli tłumnie na ulice, a to uczucie zakończenia bardzo trudnego roku, wyjścia z długiej, samotnej i mrocznej zimy udzieliło się także nam.

Images of the Weekend

Pod wieczór te tłumy już były przepędzane przez Bardzo Grzeczną Policję, i mimo, że rozumiem dlaczego, to myślę, że powinni pozwolić tym młodym ludziom na siedzenie nad wodą, bo gdzie mają pójść?

My też usiedliśmy sobie nad Dublińskim kanałem i w zachodzącym słońcu delektowaliśmy się kebabem i tym niespodziewanym wyjściem we dwoje.

Photos of Ireland on Twitter: "Beautiful moment on the canal at Portobello,  Dublin, this evening. Picture by Sheila Larkin. (via @broadsheet_ie)  http://t.co/m9WchIiCec"

(zdjęcie z sieci, ale te łabędzie to przesada;D

A dzisiaj, właśnie dzisiaj

mój syn skończył 22 lata.

Zrobiłyśmy mu z Mo tort w kolorach jednorożca, z tej okazji. Mo sama dekorowała.

Po 22 latach nauczyłam się wreszcie piec biszkopt i robić taki tort, który mojemu synowi smakuje (kluczem jest dżem malinowy i sok z cytryny, który przełamuje słodycz bitej śmietany). Właśnie wtedy, kiedy już mi nie wolno ani kawałeczka (nie złamałam się tym razem).

Mieliśmy małe przyjęcie, pięcioro dorosłych i dwoje dzieci, z czego troje dorosłych już zaszczepionych (jedną dawką, ale się liczy;).

Syn przyszedł na swoje własne przyjęcie ze swoją dziewczyną, zjedliśmy tort (tylko wybrańcy ), pan przywiózł zamówioną japońszczyznę (kocham! i mogę jeść, bo to ryż i ryba) i po trzech godzinach syn i dziewczyna odjechali taksówką na kolejna imprezę z przyjaciółmi. A my z M cieszymy się wolnym wieczorem dla nas, chyba nam się należy po dwudziestu dwóch latach:)

Kapusta i czarne morze

Ale wyrwałam wczoraj godzinkę słońca, chyba z oka cyklonu, właściwie prawie półtorej godziny w przerwach między wianiem i laniem, w słońcu w ogrodzie z moją Mo, gdzie siałyśmy i sadziłyśmy i podlewałyśmy.

Chciałam trochę z nią pobyć, ze wszystkich sił staram się pozbyć tego okropnego, ekonomicznego podejścia, że najważniejsze jest wykonanie pracy, jak najszybciej i jak najlepiej.

Staram się teraz być z moim dzieckiem.

A wiecie, że jest to trudne? Bo wkłada sadzonki kapusty nie tak, jak trzeba, bo podlewa roślinki zbyt silnym strumieniem wody, bo sypie mi ziemię na głowę (przypadkowo!), bo źle sieje nasionka. Człowiek ma co chwilę ochotę wyrwać te nasionka/wąż ogrodowy/sadzonki kapusty i szybko i DOBRZE zrobić co trzeba samemu. Ale się bardzo staram uspokajać, bo przecież NAJWAŻNIEJSZE jest właśnie to, że robimy coś razem, że mi pomaga, że to NASZ fajny czas, a nie to, czy ta cholerna kapusta w ogóle wyrośnie. W Lidlu można ją kupić za 70 centów.

Ten ostatni rok (a właściwie dwa!) wymagał od nas bardzo wiele i fajnie, że daliśmy radę, zawalczyliśmy o naprawdę ważne sprawy. Ale rok ten również wiele zabrał, głównie czasu z rodziną. Zwłaszcza Mo była puszczona samopas z elektroniczną niańką, nie mam wątpliwości, że będzie to miało JAKIEŚ negatywne skutki. Staram się nie zanurzać w moim – zawsze obecnym – czarnym morzu poczucia winy, bo wiem, że innego wyjścia nie było, szczególnie, że mieliśmy nie tylko bardzo wymagające studia M, ale i światową pandemię i nawet szkoły trochę te dzieci olały. Nie dało się inaczej.

Ale uświadamia mi to, że każdy sukces ma swoją cenę. A w dodatku najczęściej płacą ją najsłabsi i najmniejsi, bo najłatwiej im coś zabrać. Mo miała tego czasu z nami – wbrew pozorom! wbrew siedzeniu w domu! – naprawdę niewiele – nie było wspólnych spacerów, wyjazdów, wycieczek, mało spotkań rodzinnych, w ogóle mało wspólnych aktywności. Do tego prawie żadnych zajęć po szkole. Żadnych zajęć muzycznych, zero sportu. Bardzo mało wspólnego ze mną pieczenia czy sadzenia, bo ciągle musiałam pracować. Na okrągło.

Postanawiamy sobie z Mi już nigdy nie mieć takich ambitnych planów. No, chyba, że dzieci już będą duże;)

Wieje i leje

właśnie przechodzi przez Irlandię sztorm, niespotykany o tej porze roku.

Bo przecież mamy podobno maj, halo płanetnicy!

Sztorm poszarpał mi resztki tulipanów, powyrywał płatki, potargał listki. Ani pójść do parku, ani na spacer, nawet do sklepu nie chce się jechać rowerem.

Rozmyślam nad planem na lato i nic mi na razie nie przychodzi do głowy, wszystko niepewne i w zawieszeniu. Miałam przyjechać na trzy miesiące, żeby opiekować się mamą, ale (na szczęście) mama lepiej się czuje i kwestia przestała być aż tak paląca.

Oraz jak sobie pomyślałam, że zostawiłabym Mo na trzy miesiące, to zrobiło mi się smutno. Mo nie mogłaby na razie jechać ze mną, bo ma szkołę. Może Mi mógłby ją potem przywieźć? Ale to wszystko zależy, czy musiałby się po powrocie kwarantannować, jeśli tak, to być może nie ma to sensu.

Miałam jeszcze robić prawko w Polsce, wtedy musiałabym być co najmniej trzy miesiące, ale prawda jest taka, że jest bardzo wątpliwe, czy rzeczywiście dam radę w trzy miesiące.

Poza tym chciałabym się załapać na szczepionkę, a tutaj mój rocznik zaczną szczepić dopiero w czerwcu. Jeśli J-J, to po jednej dawce nie musiałabym się kwarantannować i testować już więcej, więc wart może poczekać. Jeśli inną, to kiedy druga dawka? Przylatywać z Pl wtedy?

A może próbować się zaszczepić w Pl – formalnie mam prawo, bo jestem obywatelką Pl. Próbowałam sobie umówić szczepionkę na czerwiec, ale na razie rozdają tylko majowe terminy. I znowu – jak uda mi się dostać jedną dawkę, to muszę czekać w Pl na drugą? Jak długo?

Bez szczepionki jednak nie chciałabym mieć lekcji jazdy – w zamkniętym samochodzie przez godzinę co najmniej.

Zimno i w dodatku same wątpliwości.