Pora deszczowa

zaczęła się na dobre. Dziś Mo pojechała do szkoły w takim stroju:

Spodnie z Lidla, kurtka ze starszej kuzynki, hełm ze szmateksa (u nas w ponglish się mówi ‚z czariciaka’). Zadowolona jak sto pięćdziesiąt. Zaczęłam ją wcześniej kłaść i budzi się prawie sama, z tym naturalnym dobrym humorem, jaki mają dzieci (gdzieś do dziesiątego roku życia).

M miał wczoraj zdjęcie rtg – zaskoczona jestem jak to sprawnie idzie, wszedł i wyszedł, bez żadnego czekania w kolejkach, a zaledwie tydzień temu był u lekarza. Wynik ma być przesłany do GP w ciągu tygodnia.

Wczoraj rząd irlandzki po raz pierwszy nie posłuchał się NPHETu, czyli Narodowej Nadzwyczajnej Rady Zdrowia Publicznego i nie zamknął kraju całkowicie, tylko w całej Irlandii wprowadził obostrzenia, które do tej pory dotyczyły Dublina i Donegalu. Czyli restauracje, kina, galerie itd zamknięte, żadnych imprez rodzinnych (wesela i tak były do 50 osób), tylko jedno gospodarstwo domowe może odwiedzać inne gospodarstwo domowe, ale szkoły i sklepy otwarte. Były premier Irlandii, który nadal jest w rządzie (i wyraźnie gra już na nowe wybory) zjechał radę i jej dobre rady mówiąc co w stylu, że ‚urzędnicy nie boją się o swoją pracę, a mali przedsiębiorcy już ledwie zipią, ludzie mają rodziny na utrzymaniu i trzeba też myśleć o gospodarce’. Czyli wiatr opini publicznej się zmienia, a Varadkar doskonale to wyczuwa.

Przewiduję, że zamkną za miesiąc (czy coś koło tego), bo jak będą im liczby rosły to będą się bali, że nie starczy miejsc w szpitalach i na oddziałach intensywnej terapii. I będą chcieli uspokoić sytuację i zdążyć przed Bożym Narodzeniem, żeby ludziom już kompletnie nie odbiło. A opinia publiczna też zamknięciu będzie bardziej przychylna, jak szpitale będą zakorkowane i znowu im zaczną babcie umierać. Choć naprawdę chciałabym nie być Kasandrą.

Zupełnie jesienny dzień…

Pada, pada, pada, nawet już poprzecznie, jak to się mówi w Irlandii.

I do tego wszystko pozamykane – galerie, kina, kawiarnie, ośrodki sportu. I nikogo nie powinno się odwiedzać.

Do globalnego niepokoju u mnie nakłada się niepokój bardzo lokalny, mój osobisty, indywidualny czynnik zawsze wybijający mnie na orbitę strachu w milisekundę. M od trzech miesięcy kaszle, nie, nie covidowo, nie sucho, ale nieustająco, bez gorączki, mokro. W zeszłym tygodniu był u lekarza i muszę powiedzieć, że zareagowali bardzo szybko – jutro ma prześwietlenie płuc, a ja układam puzzle, bo nie chcę układać czarnych scenariuszy.

W takie dni – których będzie coraz więcej, bo winter is coming – najlepiej stworzyć sobie małą utopię w domu, zapalić wszystkie lampy, otoczyć się książkami, filmami, dobrym jedzeniem, gotować bigos i układać puzzle na dywanie. Można też robić na drutach.

Dziecko ogląda bajki, jak przygotowuję wykłady. Myślę, gdzie zasadzić klon japoński (chyba pod murem będzie mu dobrze?). Trzeba kupić sadzonki malin. Strach przychodzi falami, ale zawsze w końcu odpuszcza.