U mnie zawsze

kapusta z grochem, na tym blogu. To i dziś zgodnie z tradycją.

Rodzina sobie kupiła szybkie testy (takie, jakie są używane w Niemczech przed każdą próbą chóru, na przykład, w szkołach i w pracy), coby jakby co wiedzieć, czy dzieciaki mogą odwiedzać babcię. Bo o babcię najbardziej tu chodzi – ma już 80 lat, 20 chorób współistniejących, idealny kandydat na ‚zmarcie z powodu chorób’ w przypadku wirusa. A ja bym chciała jeszcze mamę żywą zobaczyć. No i przetestowali test i wyszło im, że bratanek ma covida.

O-O

Testy nie są bardzo czułe, fałszywie pozytywnych wyników prawie nie ma (większym problemem są fałszywie ujemne), ale dla pewności zrobili jeszcze raz – no i jak byk: wynik dodatni. Bratanek ma tylko lekki ból gardła i chrypkę, cała rodzina czuje się dobrze. A ja sobie gratuluję, że tak bardzo naciskałam na brata (i siostrę), żeby byli ostrożni, uważali z tym odwiedzaniem mamy. Trzy inne osoby z rodziny na razie mają ujemny. Zobaczymy.

Poza tym KURWA MAĆ CO SIĘ W TEJ POLSCE DZIEJE. Jak można zmuszać kobiety do rodzenia dzieci potwornie chorych? Z wrodzonymi wadami? Czyż to nie powinna być decyzja tej osoby, która przed takim potwornym dylematem staje? Moje pytania są – wiadomo – retoryczne, przeraża mnie konsterwatyzm i świętoszkowatość decydentów. I Godek z psychopatycznym uśmiechem. Nawet nie chce mi się o tym pisać, okrutne, bezmyślne, fałszywe. I do tego zrobili to samym środku pandemii. Mam nadzieję, że nikt im tego nie zapomni. W Irlandii Savita Halapanavar umarła na sepsę, bo lekarze nie mogli usunąć ciąży, mimo, że dziecko nie miało szans przeżycia. I dopiero jej śmierć ostatecznie przekonała opinię publiczną, że aborcja ratuje życie.

W weekend moja ulubiona zmiana czasu – już nie mogę się doczekać, wstawanie o 7.30, kiedy jest jeszcze ciemno, to dla mnie tortury.